Wednesday, 16 May 2018

28.03 - 16.05 summary

It's been difficult 6 weeks. Starting with 28th of March when my grandma passed away after a short, yet very painful battle with cancer. I remember how I found out about it... I was on the beach in Sri Lanka, checking daily updates from my mum on grandma's health however this time the news were devastating.
The funeral took place six days later on a beautiful, sunny Tuesday. I took calming pills knowing that they probably wouldn't ease my pain, barely numb my senses and perception of the events, if anything. I was holding strong till I saw my dearest grandma in the coffin and from that moment I couldn't stop my tears. They were dropping like rain till smudged the inscription on the photo of me I managed to slip before the casket was closed. For her I will always remain that little girl from the photo, the one she used to walk to school and waited with potato pancakes after school.

The following day I rummaged through her belongings, through endless bagged up clothes, papers, even fruit and vegetables hidden in the wardrobe as a side effect of progressing Alzheimer's... I picked various items, those I remembered from my childhood, clothes she made (as a mistress she used to sew and alternate for our family and neighbours), I even picked a semidry lemon which I am gonna keep as a very special home decor item. 
On Thursday I had to catch a plane back to London, not really looking forward to come back to my work and the ever grey city.

Gdzieś pod skórą przeczuwalam, że te same problemy powrócą i pierwszy weekend w pracy tylko to potwierdził: chaos wynikający z kiepskiego managementu, niewystarczająca ilość ludzi w zespole, dziwna atmosfera i rozzalenie, że kierownictwo nie spełniło mojej prośby względem zmiany grafiku pracy. W domu z kolei narastający problem z piciem mojego chłopaka, wieczorne kłótnie, przerzucanie winy na mnie i wyrzucanie sobie wszystkiego.

W poniedziałek po powrocie podjęłam decyzję o rozejściu się z chlopakiem i rzuceniu pracy.  Postanowiłam, że mam dosyć 84 godzinnego tygodnia pracy, kiedy funkcjonuje niczym zombie. Postanowiłam również, że postępowanie mojego chłopaka negatywnie wpływa na moje samopoczucie, zwłaszcza że najważniejsza osoba w moim życiu właśnie odeszła i potrzebuje wsparcia. Czyli poszłam cios za ciosem, podjęłam dwie ultra ciężkie decyzję, i chociaż obie były przemyślane, to nie do końca przekalkulowalam, ile sobie wzięłam na klatę. 

W między czasie zadecydowalam, że nareszcie i już definitywnie wyjadę z Londynu, ale najpierw znajdę fajną pracę i załatwię sobie status stałej rezydentki, abym w razie zmiany planu zawsze mogła tu wrócić.  Po przeanalizowaniu za i przeciw, stwierdzilam, że zostaję w kawalerce na Notting Hill mimo, że wynajem nie należy do najtańszych ale w Londynie mieszkanie jest horrendalnie drogie, tym bardziej komfort mieszkania w pojedynkę. Przynajmniej nie będę musiała się uzerac że współlokatorami, przechodzić przez stres związany z przeprowadzką, nie wspominając jaką traumą byłaby kolejna przeprowadzka dla mojego kota.

To było na początku kwietnia, teraz mamy połowę maja, pracy szukam nadal, ponieważ mam konkretne doświadczenie i umiejętności w biznesie kurierskim i chciałabym iść w tym kierunku. W między czasie pomagam w malej firmie kurierskiej na telefonach a popołudniami piszę listy motywacyjne i przeszukuję ogłoszenia.

Generalnie skupiam się na przyszłości, ponieważ przeszłość trochę ciągnie w dół i staram się utrzymać balans, skupiać na tym, co mam do zrobienia zamiast tego, co zrobiłam nie tak. 

Rozstanie to proces. Strasznie żmudny, cholernie bolesny i niestabilny niczym sinusoida, bo wydaje Ci się, że jest lepiej i nagle wpadasz w dół. W ciągu dnia masz totalny koktajl emocji, zaczynając od poranku z lekko depresyjnym podtekstem, atakiem łez w okolicy południa a potem ataku śmiechu kiedy jesteś wśród znajomych i starasz się nie poddawać, a potem znowu wracasz do pustego domu, gdzie tylko kot na Ciebie czeka i znów dopada Cię chandra i piszesz czarne scenariusze. 

Mój ostatni dzień w pracy, kiedy to pożegnałam się z kurierami, zabrałam rzeczy z szafki i wróciłam do pustego domu był jednym z najgorszych...  Mieliśmy taka tradycje z moim byłym chłopakiem, że ostatni dzień w pracy i pierwszy w nowej był zawsze okazją do świętowania. A tu klapa, kot na mnie miauknal, dookoła pomieszczenie pełne naszych wspólnych rzeczy wydalo się nagle przepełnione lodowata pustką i smutkiem. 

Czasem lubię się przyglądać sobie, temu jak przetrawiam te zmiany w życiu, jak z tygodnia na tydzień czuję się lepiej, choć czasem się potykam i upadam, a potem podnoszę się i idę dalej. 

Na początku starałam się otaczać ludźmi, ponieważ dawało mi to wytchnienie od ciągłego doła, tylko potem musiałam wrócić do domu i wtedy ten znów czestowal mnie pustką. Później mój terapeuta zasugerował,  że powinnam dac sobie prawo do smutku, do przeżycia tych najgorszych momentów i zaakceptowania sytuacji, w jakiej się znalazłam. Tak więc na początku maja zmierzylam się z całym dniem wolnym bez szukania okazji do spotkań towarzyskich. To był chyba przełom dla mnie. Zawsze dobrze się czułam w swoim towarzystwie, ale chyba odzwyczailam się od organizowania dnia od A do Z samej. Teraz nie mam wyjścia, ponieważ o ile jestem wdzięczna przyjaciołom za wspieranie mnie i poświęcony czas, każdy ma swoje życie i problemy i czas podążać swoim kierunkiem a nie, jak to lubię mawiać, uwieszac się ze swoimi problemami na innych. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystko, tym, którzy po prostu dla mnie byli, słuchali i wspierali. 

Mój dobry kolega Leo powiedział, że jak ma doła, to idzie na rower. Nie wiem czemu tak wzięłam sobie jego słowa do serca, ale zaczęłam jeździć więcej na rowerze i powoli cieszyć się na nowo przyjemnoscią jeżdżenia. Odkrywam nowe zakątki Londynu, przemierzam wzdłuż i wszerz, tworząc  nowe skróty na przyszłość. Wróciłam również do biegania, tak pół regularnie, kiedy to biegam co najmniej raz w tygodniu wzdłuż kanału, a najlepiej dwa razy jak deszcz daje odetchnąć i moje mięśnie nie są nadwyrezone przez rower lub jogę. 

Nie wiem gdzie stoję z moim byłym partnerem, wątpię, aby pewne rzeczy się zmieniły, a jednocześnie nie znoszę tego, że gdzieś tam karmię się nadzieją. Rozstania nie są jednoznaczne, nie ma podziału na białe i czarne, na pozytywnego i negatywnego bohatera historii. Czasem pytam się jak długo to jeszcze potrwa, kiedy nadejdzie ten dzień, kiedy się obudzę i poczuje, że w końcu zostawiłam to za sobą i ze życie toczy się dalej. Wkurzam mnie to, że na obecnym etapie nie trafiają do mnie racjonalne argumenty i jestem w takiej emocjonalnej zawiesinie, a już w ogóle wkurza mnie, że nie ma definitywnej recepty wg której wyjście na prostą zajmuje X czasu i ta zasada odnosi się do każdego.  

Nigdy nie chciałam, aby ten blog był zbyt osobisty, ale od kilku tygodni układałam w glowie powyższe słowa i publikacje ich traktuje jako swego rodzaju terapie. Tak więc... take it od leave it. And always stay honest with yourself. 

No comments:

Post a Comment