Sunday, 21 February 2016

Polki Bez Granic

W zeszłym tygodniu otrzymałam e-mail od redakcji Wysokich Obcasów z informacją, że oto mój list zostanie opublikowany w wydaniu z 15 lutego. Strasznie miło mi się zrobiło, zważywszy na to, że list wysłałam w marcu 2015 i zwyczajnie wyszłam z założenia, że albo nie spełniał wymogów publikacji lub zaginął w lawinie listów.

Tak czy owak, wspomniany list dostępny jest  tutaj. Zapraszam do krótkiej lektury!

Szczerze mówiąc, gdybym teraz miała napisać list w ramach tej samej akcji, miałby on znacznie bardziej pozytywny wydźwięk. Czytając tekst z marca 2015 mam wrażenie, że towarzyszył mi kompleks pochodzenia, doprawiony dozą doświadczeń rzucających negatywny cień na całokształt egzystencji w Londynie. 

Zdecydowanie jestem teraz w innym miejscu, lepszym. Podjęłam decyzję o wyjeździe, i mimo, że data ciągle ulega zmianie, to raz zasiana idea zapuściła w korzenie, które z dnia na dzień umacniają swój byt. Powoli przesiąkam wiedzą na temat Wietnamu, nabywając pewności, że jestem w stanie odciąć londyńską pępowinę, zanurzyć się w zupełnie innym świecie i zdać się na to, co przyniesie kolejny dzień. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, jak rozpieściło mnie życie tutaj - zaspokajanie potrzeb materialnych, towarzyskich, ba, nawet dbanie o rozwój fizyczny i duchowy dzięki zajęciom jogi, które nie ukrywajmy, nie są bezpłatne. Myślę, że dojrzewam do wyjścia poza tę comfort zone, jak mówią lokalni tubylcy, i zdaję sobie sprawę, że im dłużej zagnieżdżę się tutaj, tym ciężej będzie się stąd wyrwać. 

Sunday, 7 February 2016

My Perfect Day in 10 Sentences

Mój pierwszy post od 2015 (mam ochotę napisać od 1999, aby podkreślić od jak dawna nie pisałam) będzie lakoniczny i treściwy. Ostatnio rzuciłam temat Mój Idealny Dzień i bez namysłu wyrecytowałam:

Pobudka koło 09.00, gdyż o wiadomo, że porannym słowikiem nie byłam, nie jestem i pewnie już nie zostanę. Poranne muesli, kawa, do tego czytadło książkowe lub Dużo Formatowe. Potem na spacer, bo spacerować lubię a przy okazji można pobawić się w postharcerskie odławianie skrytek w ramach GeoCachingu. Spacer oczywiście po drodze na jogę - Dharmę, Rocket lub inne Ashtangopochodne zajęcia. Po jodze mogłabym w spokoju studiować w domu, zgłębiać ciemne zaułki angielskiego, odświeżać mocno zakurzony czeski a być sięgnąć nawet po hiszpański? Pod wieczór ponownie joga lub przebieżka 5km, aby dostarczyć organizmowi trochę endorfin przed snem. Wieczorem do kolacji serial (Breaking Bad calutki obejrzałam, nowy The Walking Dead tuż za rogiem) i przed snem ponownie zanurzanie się w lekturze. 

I tak mógłby wyglądać mój każdy dzień, coś dla ciała, coś dla ducha, coś dla umysłu. Więc póki co spinam się i odkładam zaskórniaki, aby tak  zaplanowany dzień uskuteczniać w Pradze.