Sunday, 25 October 2015

Wnioski na jesień

Długo nie pisałam. Nie pisałam w sierpniu, nie pisałam we wrześniu, październik już prawie za pasem a ja dopiero zabieram się do pisania.
Ostatnie miesiące minęły pod znakiem jednostajnej rutyny, braku wakacji i braku lata, chociaż możliwe, że to ostatnie zwyczajnie przeoczyłam zamknięta w czterech biurowych ścianach. Tegoroczne wakacje są jednak w planie, wyjeżdżam w jakże niewakacyjnym listopadzie do równie niewakacyjnej i obowiązkowej Polski na coroczny maraton dentysty, okulisty i znajomych.

Dni dzielę na weekdays i weekends, czyli jak każdy mieszkaniec/mieszkanka Londynu odliczam dni byle do piątku, zaczynając od poniedziałkowej mantry Yeah, I'm all right, you know, Monday blues, w środę recytuję Halfway there, które przechodzi w czwartkowy Nearly there, aby ostatecznie w piątek iść do pracy w jakże motywującym nastroju Happy Friday everyone!
Nie dziwi chyba, że długo oczekiwane nadejście weekendu trzeba w odpowiedni sposób przywitać, więc jak tylko wybija clock-out, większość pracowników biur i pracowników w ogóle zmierza w kierunku pubów, aby następnie zalać pałę, wylewając się przy okazji z pubów na ulice.
Ja dla odmiany idę dobrze zjeść albo się z kimś spotkam.
Weekend to dla mnie przede wszystkim na czas na wyspanie się, czas na zajęcia jogi w środku dnia a nie o 20:00, potem zakupy na lokalny markecie, gdzie kupuję owoce i warzyw, aby następnie przerobić je na sok; czytam, oglądam, studiuję, ostatnio udało mi się nawet podrasować pokój, pobawić młotkiem i w ogóle mieć z tego fajne poczucie. Mam też czas dla kota, który w weekendy pląsa się za mną krok w krok, zwyczajnie potrzebując zabawy i towarzystwa. Tak zwyczajnie i tak doskonale zarazem.

Czuję, że znalazłam się w punkcie, w którym obecna praca stała się demotywująca, odtwórcza i w bezmyślny sposób kradnie najlepsze godziny w ciągu dnia w zamian oferując wypłatę niewspółmierną za poświęcony czas i użeranie się z recepcjonistkami z firm PR, które mimo, że zamawiają tego samego kuriera dzień w dzień, nadal nie wiedzą, ile czasu zabiera dostarczenie paczki z punktu A (zazwyczaj siedziba firmy) do punktu B (w 90% jeden z wydawców magazynów typu Cosmo, Vogue czy Grazia). Thick, dense, bimbo po prostu.

Pierwszy raz w życiu też rozumiem te wszystkie żarciki o szefie, który odgrywa rolę pana i władcy, a my jego plebsu, który ani się waży z nim polemizować czy podważyć jego decyzję. Jam jest Le Boss i będzie po mojemu.
I tak np. jakiś czas temu wylądowałam “na dywaniku” za to, że chodzę w biurze bez butów. Chodzę tak od niemal półtora roku, więc tym bardziej zaskoczyło mnie, że nagle naruszam tym słynne Health & Safety, mimo, że jak zaczęłam drążyć tema o jakie H&S mu chodzi, ten zaczął szukać pomocy w Internecie. Następnie zwalił to na tzw. wyczucie, aby po weekendzie wrócić do tematu z nowym powodem itp itd...
Dało to początek aferze Shoegate w naszej firmie, po której musiałam iść na kompromis, ale co rusz obśmiewam tę nową zasadę nie-zasadę za każdym razem rzucając “Shoes On!”, kiedy któryś ze współpracowników odchodzi od biurka.

Szczerze mówiąc, to siedząc na dole z szefem i słuchając tej paplaniny o obuwiu, myślałam tylko o tym, że nie chcę tak spędzić swojego życia, nie chcę być ani czyimś pracownikiem i wysłuchiwać takiego steku bzdur ani czyimś pracodawcą aby dawać takie trywialne wykłady. Nie chcę stracić życia wykonując coś bezwartościowego, bez żadnej satysfakcji oprócz wynagrodzenia, które i tak nie nie jest współmierna do czasu, jaki poświęcam. Nie chcę być trybikiem w tej machinie zależności mówiąc najprościej. Nie twierdzę, że chcę przestać pracować i bimbać całymi dniami, ale na pewno nie chcę utopić życia w takiej bezcelowości. 

Kiedyś chciałam zdać certyfikat na nauczycielkę angielskiego, po powrocie z Chin miałam na to oszczędzać i potem... i potem się rozmyło, pojawiła się 'poważna' praca, zero opcji na kontynuowanie praktyk nauczycielskich, i co najgorsze spadek motywacji i wzrost braku niepewności językowej. Teraz co prawda odkrywam, że zaczynam mówić jak współpracownicy, ba, w końcu dzień w dzień siedzimy w swoim sosie 9.5 godziny, więc naturalnie wyłapuję te wszystkie 'iffy, stroppy' i 'fucking fuck ducky' od tych moich gitów 50+.

Wczoraj jeden z gitów przywalił szefowi. Czyn był nieadekwatny do sytuacji i naprawdę nie rozumiem, czemu inteligentny facet sięgnął po zszywacz i cisnął go w szefa, aby podeprzeć walkę na argumenty słowne. Mimo wszystko całym sercem jestem z Johnem, który mimo całej szorstkiej skorupy, niewyparzonego języka i ciągłego napuszania się, zapunktował u mnie jako idealista reprezentujący bliskie mi wartości. Niecałe trzy tygodnie temu z kolei inny No Worries Nigel wybiegł z biura rzucając F*ckami w kierunku managementu. Stawiam na to, że będę trzecia i wręcz taką mam nadzieję, aby w końcu rzucić tym wszystkim (no, może nie zszywaczem!), spakować siebie, kota i po prostu wybyć stąd.

No comments:

Post a Comment