Monday, 27 July 2015

Dum*itch Dynamo

Trzy tygodnie temu podjęłam się nie lada wyczynu rowerowego jakim jest Dunwich Dynamo czyli całonocny przejazd rowerowy z Londynu na plażę w miejscowości Dunwich. Przeszło 180 kilometrów (120 mil) drogami lokalnymi przez hrabstwa Essex i Suffolk.


Od początku

Zacznijmy od tego, że o DD myślę co roku i za każdym razem przesuwam na następny, więc nie dziwi, że i w tym roku automatycznie odłożyłam to do szufladki pamięci z etykietką “next year”. I pewnie tak by się stało, gdyby nie znajomy, który podsunął temat i jął kreślić idylliczną niemal wizję przejazdu w blasku księżyca  przez sielską Anglię usianą małymi domkami, uwieńczoną dojazdem na plażę o wschodzie słońca.. - 'you know, cottage houses and full moon above 'em kinda thing..'

Chociaż temu romantycznemu wyobrażeniu zbytnio nie zawierzyłam, to jednak pod wpływem chwili, pizzy i zarysowania przebiegu jazdy ze szczegółami i totalnie niewiedząc w co ja się pakuję, szala przechyliła się na 90% za. Kolega jeszcze zaoferował swoją zapasową kolarkę, dał czas do namysłu i po dalszej konwersacji smsowej dopiął swego. Zdecydowałam się na mój pierwszy (rowerowy) ultramaraton dla ciała i umysłu.

So...
W dniu wyjazdu dostosowaliśmy kolarkę do moich potrzeb, czyli zmieniliśmy pedały zatrzaskowe na strapy, zmieniliśmy siodełko, aby 9 (sic!) godzin nie odcisnęło zbytnio piętna na komforcie jazdy. Suma sumarum, nie miałam czasu się porządnie “karnąć” na nowym jednośladzie a dodam, że było to moje pierwsze doświadczenie z kolarką w ogóle.
W drodze na start nie mogłam A. ogarnąć, że napęd nie jest na wolnym biegu; B. jak się tym hamuje i czemu, do diaska, muszę się tak pochylać do przodu???; C. ponoć wyglądałam na tyle niepewnie, że znajomy zaczął nieśmiało proponować, że możemy zawrócić i wziąć mojego fixa...
Odparłam “spoko, dam radę”, usilnie starając się przekonać chyba bardziej siebie niż ich. Oto porwałam się na coś, co mogło mnie przerosnąć, w głowie motały mi się scenariusze, że odpadnę w połowie z bólu, że nawali sprzęt a ja o naprawie kolarek wiem tyle, co o balecie, ale tak naprawdę co ja tu robię?!?


Ech...

Czasem łapię się na tym, że podejmuję się przedsięwzięcia, niewiedząc dokładnie na co się piszę, ale robię to mimo wszystko z wizją fundamentalnej porażki. I trochę z przekory.
Tak więc, show must go on i my wyruszyliśmy z parku London Fields w kierunku obrzeży Londynu. Faktycznie musiałam wyglądać raczej niezdecydowanie na rowerze, bo znajomi co rusz pytali się czy wszystko w porządku, ja na szczęście zaczynałam nabierać jako takiej pewności na nowym sprzęcie. Wyjazd z Londynu był utrudniony z powodu chmary uczestników jazdy i w sumie mam wrażenie, że skutecznie zakorkowaliśmy wyjazd z miasta tego wieczoru :P

Dość szybko okazało się, że niełatwo będzie nadążyć za znajomymi, ponieważ była to dla nich już 5 edycja DD, są silnymi zawodnikami kurierskimi i posiadają kolarski niezbędnik jakim jest endurance, do z powodu silnego parcia pozostałych zawodników na wymijanie, przez co zwyczajnie traciłam ziomków z widoku.
Czym dalej Londynu, tym peleton bardziej się rozrzedzał. Ja z kolei musiałam się pogodzić z samotną jazdą, w dodatku bez muzyki, bo empetrójka została u znajomego w mieszkaniu. Damn!

Powoli zaczęły wyłaniać się angielskie cottages, biało-czarne domki tudorskie, łany zbóż, wiejskie zapachy, dodatkowo pomarańczowy księżyc (a jednak!) wisiał wysoko na granatowym niebie. Może znajomy nie przekolorował swojej idyllicznej wizji, jednak ja bardziej zwracałam uwagę na widok przede mną (migające światła), za mną (starałam się pozostawiać wszystkich tych głośnych uczestników z soundsystemami jak najdalej) i obok. Tu dochodzimy do zdobywczych okrzyków RIGHT, kiedy to peleton zalajkrowanych jegomości na dużej dawce adrenaliny nadciągał z prawicy, więc ty powinnaś/-nieneś dać im pierwszeństwo przejazdu.
Nie sądziłam, że to miał być wyścig, choć przyznaję, że rysopis zgadzał się z tym, który widuję codziennie w godzinach szczytu kiedy to po cyklostradach ścigają się karbonowi zawodnicy niczym z Tour de France, naładowani stresem i testosteronem (sorry, musiałam to wymienić) biznesmeni z City, ścigający się o to kto dojedzie na następne światła pierwszy...

Tak, to mnie irytowało. W ogóle niemal wszystko mnie irytowało – ścigacze, spowalniacze, zagadywacze… dodatkowo po kilku godzinach nieustannej jazdy zaczynałam odczuwać zmęczenie fizyczne i dyskomfort. W tym miejscu chciałabym podważyć twierdzenie, że nie cel drogi się liczy, lecz podróż. Otóż nie, chodziło mi tylko i wyłącznie o dojazd na tę plażę w Dunwich (kamienista, z kulawym przedrożonym barem i jeszcze podlejszą kawą.. szkoda gadać... Ko Phi Phi beach to jednak nie było..), im szybciej, tym lepiej!

Dlatego miałam tylko jeden solidny postój w połowie. I znowu, oferta posiłków była mocno średnia; do wyboru jałowy makaron z bułką lub zupa. Też z bułką. Posiliłam się węglami i czym prędzej pognałam do znajomych, którzy przejechali stołówkę i czekali na mnie.

Po czym znowu ich straciłam, już nawet przestało mi zależeć naa doganianiu ich, byle do przodu w swoim tempie.
Pomału zaczęło świtać, budynki wyłaniać z szarzyzny nocy i dopiero wtedy zaczęłam na dobre rozglądać się i podziwiać widoki i lokalną architekturę. Zmęczenie i zarwana nocka coraz mocniej dawały się we znaki, ja zaś w duchu dziękowałam znajomemu za pożyczenie kolarki i te chwile wytchnienia, kiedy zjeżdżałam z górki bez przymusu pedałowania i mogłam odlepić się czterema literami od siodełka... Tssst..
Pedałowałam i pedałowałam, patrząc kurczowo na mapę i pytając siebie ile jeszcze ?!? Aż w końcu zobaczyłam znaki drogowe na Dunwich. 12 mil. 10. 7. 6. Dunwich 2 miles... K*rwa, czemu te mile tak się ciągną w porównaniu do kilometrów?!?



W między czasie spóźnione peletony zaczęły nadciągać w skumulowanych szeregach, nie wiem po co, skoro i tak były pobite gary a oni dojadą jako setni...
Ostatnie mile ciągnęły się jak nudle aż w końcu dojechałam do skrzyżowania: 'Dunwich beach this way -->>' i wiedziałam, że ta szaleńcza jazda nareszcie dobiega końca.
Na finiszu bynajmniej nie czułam się jak zwyciężczyni, nie było uśmiechu, ręcznika zarzucanego na szyję, oklasków i wiwatów. Było potworne zmęczenie materiału i zmierzłość.
Znajomi zasypywali pytaniami jak mi się podobało. Na co ja kwaśno wybełkotałam NEVER AGAIN. Nie była to możliwie konstruktywna odpowiedź, ale w tej chwili nawet nie mogłam patrzeć na rower. Sama nie wierzyłam, że dojechałam a znajomi dodatkowo pokrzepili mnie rzucając, że mimo siedzącego trybu życia (z tym bym polemizowała, no ale niech im będzie) i faktu, że nigdy nie jeździłam na kolarce, rzuciłam się na głęboką wodę i dojechałam w całkiem dobrym czasie. Miło z ich strony, aczkolwiek ja już się gotowałam na najgorszą część całego wyjazdu... 


Prawdziwą wisienką na torcie miało było dodatkowe 50 km (30 mil) z Dunwich do Norwich skąd mieliśmy złapać pociąg do Londynu. Tu już na serio przeklinałam. Zapowiedziałam, że jadę do najbliższej stacji kolejowej i stamtąd łapię pociąg do Norwich i spotkamy się na miejscu. Okazało się, że Dunwich Dynamo zaskoczyło angielskich kolejarzy na tyle, że postanowili nie współpracować z rowerzystami co przełożyło się na zakaz wejścia z rowerem do pociągu bez rezerwacji i innych utrudnieniach. Rezerwacji brak, żywej duszy na stacji też, więc spojrzałam bezradnie na rower i wiedziałam, że muszę zacisnąć zęby i spiąć resztki mięśni w drodze do Norwich.

Wtedy w mojej głowie odgrywał się drugi Grunwald. Dużo K** i eFFowania. Wizja dodatkowych, wtedy już “tylko” 40 kilometrów do N. raczej nie sprzyjała pozytywnym afirmacjom.
Z bólem kolana, w pocie czoła i w towarzystwie innych dolegliwości psycho-fizycznych, drałowałam do przodu. Powoli do przodu nawet, jak to śpiewali polscy hiphopowcy. Dopingowała mnie wizja zasłużonego odpoczynku w kulturalnym, wygodnym pociągu. Mmmm...
Tu niestety nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością: na ostatnich kilometrach złapała nas ulewa, na stacji kolejowej okazało się, że nie ma bezpośredniego pociągu do Londynu i jedyną możliwością jest pociąg do Cambridge a tam może uda nam się złapać pociąg do Londynu (a może nie). To nie było to miękkie lądowanie. Przejazd do Cambridge odbył się w ścisku, na stojąco i niestety znajoma została wyproszona przez konduktora z powodu rzekomego braku miejsca na 4 rowery w wagonie. Nie pomogło tłumaczenie, że miejsce było, ani daremna próba koleżanki na przejazd w toalecie. Health and safety regulations. Kropka.
Z Cambridge było już z górki. Choć bez snu a za to w atmosferze rozmów o życiu.

 

Tyle mojego wyczynu. Dunwich Dynamo przemianowałam na Dum*itch Dynamo i zapowiedziałam, że nigdy więcej się na to nie piszę. Chociaż muszę przyznać, że przesunęło to trochę moje horyzonty i udowodniłam sobie, że jak trzeba, to zaciskam zęby i brnę do przodu. Grin and bear it. Skoro w 10 godzin udało mi się zrobić te 180 km, to teraz wypad do Brighton (45 mile) wydaje się pestką, chociaż tam z kolei jest dużo pagórków po drodze.
Dodatkowo zajarałam się kolażówką i całym asortymentem możliwości, jakie oferuje, tak więc Brighton next!