Sunday, 22 February 2015

Przemyślenia na luty

Dwa lata temu byłam w zupełnie innym miejscu. Dosłownie i w przenośni. Byłam w Tajlandii i w innym punkcie życiowym. Mimo pobytu na wolontariacie jako nauczycielka, mentalnie cały czas pozostawałam na kurierce rowerowej. Wiedziałam, że wrócę do Londynu, wrócę na rower, do znanych twarzy i stworzonego bezpiecznego świata (chociaż wcale bezpiecznie po powrocie nie było - wróciłam spłukana, z widmem ewikcji skłotu i naciągnęłam ścięgno).

Rok później ponownie wyjechałam, tym razem do Chin; znów pożegnałam się ze znanym środowiskiem, wiedząc, że podejmuję się kolejnego wyznania na dwa miesiące a po powrocie czeka mnie miękkie lądowanie. Brakowało mi londyńskich zakątków, kurierskiej kliki, mojego mikroświata po prostu. Dotarło do mnie, że cała ta otoczka składa się na część mojej tożsamości.

Myliłam się. Z roweru przesiadłam się za biurko, nadal w tym samym kurierskim sosie, jednak z upływem czasu ten  pierwiastek zaczął słabnąć, jakbym wypadła z gry po prostu. Nie brakuje mi stricte tego świata, ale umknęła mi cząstka wolności i jakaś lekkość bytu.

Teraz jestem w tym miejscu, fizycznie w Londynie, mentalnie niezdecydowana. Czas zapier**** a skupiam się na trywialiach okołorutynowych lub nawet nie skupiam się na niczym, chcąc aby czas płynął szybciej i nie ważnym się staje czym go wypełnić, byle by płynął.

Dwa lata temu otaczały mnie różne twarze, te bliższe i te dalsze, teraz to grono się znacznie przerzedziło, część twarzy się rozmyła, poszarzała, inne z kolei nabrały kolorytu. Z jakiegoś powodu stałam się zdystansowana i społecznie ograniczona lub raczej wybiórcza. Przed dwoma laty byłam w Tajlandii z kimś bliskim, w Chinach byłam sama, choć wybrakowany kontakt pozostał, w Londynie, na miejscu, ten kontakt już nawet nie ogranicza się do przywitania.

Przykre to, smuci i zastanawia, czemu krąg zatacza się w taki sposób, powtarzając się cyklicznie w różnych konstelacjach. Czasem łapie mnie powyższa nostalgia, która ostatecznie sprowadza się do wniosku, że to beznadziejne i tak naprawdę po co to wszystko? Czasem nawet nostalgia kiełkuje we mnie zamiary zmian, naprawy błędów, ale pewne błędy są zakopane w przeszłości i choć bym chciała, nie jestem w stanie na kogoś wpłynąć. Po prostu Errare humanum est, a może osłem jest ten, który nie wybacza, nie daje drugiej szansy i pozostaje w okopach złości i żalu. 

Wednesday, 4 February 2015

this is Walworth

Po raz pierwszy od dawna wybrałam się na spacer. Tzn. spacer miał być, ale po drodze dodałam kilka przystanków praktycznych, dzięki czemu m.in. pozbyłam się automatycznego karmnika dla kotów, książki i dzbanka, zyskałam jednak matę do ćwiczeń (używaną, co by nie wspierać nadprodukcji produktów w krajach rozwijających się) i piłkę, też do ćwiczeń, ale niestety nie mieli używanej, więc bilans jest -1 posiadanych rzeczy. I 1:0 dla made in China.

Mieszkam teraz na Walworth, dzielnicy, którą "znam", ale nic o niej nie wiem. Nie znam jej historii, tak samo jak nie znałam historii otoczenia poprzedniego lokum.
Mieszkam tuż przy 'hajstricie' (ang. high street to nie tyle, co ulica główna, ale przede wszystkim zbieranina sklepów w tym samym, kopiowalnym zestawie, czyli Greggs, Boots, Iceland, Tesco, Peacock lub Primark, Cex itp.), co wygodne jest i praktyczne, bo sklep turecki, wietnamski i nawet market warzywny tuż za rogiem, nie wspominając 'funciaków' (po pol. Wszystko za 5zł) jak przyjdzie nagle żarówkę wymienić najtańszym kosztem (te funciaki to podbramkowo nieetyczne, takie głębokie zagłębie Ruhra, z tym, że daleko im od made-in-Germany), supermarketów i sklepów specjalizujących się we włosach afro (hair or afro shop???).

Na samej górze Ulicy Głównej znajduje się supermarket wietnamski, specjalizujący się w zasadzie w kuchni całej Azji, a przy okazji serwują tam Bubble Tea, (to ja poproszę bez bąbli) jakieś dania wietnamskie, tudzież ich imitacje i wietnamską kawę. Kawa smakowała chyba dość wietnamsko, bazując na moim wcześniejszym doświadczeniu z tą kawą bynajmniej. Aromat ma przyjemny, orzechowy i ścina z nóg po prostu.

W drodze powrotnej wybrałam alternatywną trasę bocznymi uliczkami ii nawet za aparat, uwaga, analogowy chwyciłam - tak na przekór poprzedniemu postowi i wszechobecnym trendom. Zachowało się kilka ulic ze starego Walworth, i tak np. przy Portland St znajdują się przepiękne szeregowce wiktoriańskie; przyznaję, że po naoglądaniu się setek ulic londyńskich, tych kilka faktycznie cieszy oko.
Są też szpecące estejty, council flaty i nieśmiała sztuka uliczna. Zresztą, sami oceńcie Walworth:


 
 
el loco