Thursday, 22 January 2015

przemyślenia na start

Daję sobie czas 'do następnej wiosny'. Co roku daję sobie 'do wiosny' i co roku ten okres sprytnie się przedłuża. Bo nowa praca, bo nowe mieszkanie, bo chłopak, bo A, bo B.
Moja ostatnia wizja to wyjazd za około pół roku. Byle dobić rok w obecnej firmie, a potem wciskam klawisz ESC. Założę się, że i tym razem pojawią się przesłanki ku temu, aby zostać, ba, chociażby fakt, że za 10 dni się przeprowadzam do nowej, jakże fajnej chatki; mam fajnego chłopaka, który mieszka i chce mieszkać tutaj; i pewnie jeszcze coś zarzuci mi się na szyję.. o już wiem – ustanowiony pułap na koncie bez którego o wyprowadzce z Londynu ani rusz.
(or maybe I'm just not a risk taker). 
 
Tłamsi mnie wydzielany urlop, tłamszą mnie 47.5 godziny, które muszę odsiedzieć w pracy. Tłamsi mnie to, że ta praca nie ma sensu, nie przynosi żadnej satysfakcji a jedynie opłaca rachunki i pozwala coś tam oszczędzić. Wreszcie, tłamsi mnie to, że nie liczy się tu wykształcenie, że totalnie nie używam wiedzy zdobytej na studiach, może z wyjątkiem roku na anglistyce, ale żeby po czesku przyjmować zamówienie na kuriera? Zapomnij.
A nawet jakbym chciała być wytrwała i tłumaczyć wolontaryjnie lub za śmieszne stawki po godzinach i w weekendy, to z garstki czasu wolnego zostanie mi ubogie minimum. A gdzie życie towarzyskie, gdzie czas na reset systemu?

Staram się produktywnie wykorzystywać czas w pracy, wszystkie artykuły z Wysokich, Dużego i Gazety przeczytane, tu BBC sprawdzone, tu mejle odpisane, na fejsbuku gram w Scrabble, w Wordzie dla kogoś tłumaczę i jeszcze podtrzymuję znajomości online. Multitasking, którym maskuję totalną blazę biurową. Policzyłam, że w ciągu dnia co najmniej 15 razy sprawdzam fejsa, insta, mejla, odczuwam natrętną potrzebę logowania i apdejtu.

Jeden z klientów zawsze się pyta (ofkors, Anglik w końcu!) 'how are you, Em?', moja typowa odpowiedź 'I'm survivin'. Survivaluję-surfuję więc po falach biurowej nudy. 
 
Co ja tu robię. Tu? Praca biurwy, po pracy siłka, aby za bardzo nie poszło w d*** siedzenie za biurkiem, potem posiłek, jakiś film, książka i jutro kolejne JUTRO. I wałkujemy to samo, w weekend z kolei jestem tak sprasowana, że najczęściej siedzę w okolicy domu (siłka) i coś tam skubię, ogarniam, czytam, ale szczerze to nie pamiętam kiedy ostatnio poszłam na spacer dla samego spaceru. Pojechałam na rowerze w celu odkrycia czegoś w Londynie, czego nie znam. Poszłam w nieznane z analogiemw ręku, nie pamiętam kiedy ostatni raz cieszyłam się czymś jak małe dziecko.

Wysuszam się od środka i po cichu obmyślam plan ucieczki. Albo od razu do Pragi albo przez Azję i też ostatecznie do Pragi.. jak mnie nic nie zatrzyma po drodze, bo... kto wie w podróży? W podróży różne rzeczy się wydarzają, a ja jestem otwarta na pracę tu i tam, na kilku miesięczne przystanki na trasie azjatyckiej.