Sunday, 25 October 2015

Wnioski na jesień

Długo nie pisałam. Nie pisałam w sierpniu, nie pisałam we wrześniu, październik już prawie za pasem a ja dopiero zabieram się do pisania.
Ostatnie miesiące minęły pod znakiem jednostajnej rutyny, braku wakacji i braku lata, chociaż możliwe, że to ostatnie zwyczajnie przeoczyłam zamknięta w czterech biurowych ścianach. Tegoroczne wakacje są jednak w planie, wyjeżdżam w jakże niewakacyjnym listopadzie do równie niewakacyjnej i obowiązkowej Polski na coroczny maraton dentysty, okulisty i znajomych.

Dni dzielę na weekdays i weekends, czyli jak każdy mieszkaniec/mieszkanka Londynu odliczam dni byle do piątku, zaczynając od poniedziałkowej mantry Yeah, I'm all right, you know, Monday blues, w środę recytuję Halfway there, które przechodzi w czwartkowy Nearly there, aby ostatecznie w piątek iść do pracy w jakże motywującym nastroju Happy Friday everyone!
Nie dziwi chyba, że długo oczekiwane nadejście weekendu trzeba w odpowiedni sposób przywitać, więc jak tylko wybija clock-out, większość pracowników biur i pracowników w ogóle zmierza w kierunku pubów, aby następnie zalać pałę, wylewając się przy okazji z pubów na ulice.
Ja dla odmiany idę dobrze zjeść albo się z kimś spotkam.
Weekend to dla mnie przede wszystkim na czas na wyspanie się, czas na zajęcia jogi w środku dnia a nie o 20:00, potem zakupy na lokalny markecie, gdzie kupuję owoce i warzyw, aby następnie przerobić je na sok; czytam, oglądam, studiuję, ostatnio udało mi się nawet podrasować pokój, pobawić młotkiem i w ogóle mieć z tego fajne poczucie. Mam też czas dla kota, który w weekendy pląsa się za mną krok w krok, zwyczajnie potrzebując zabawy i towarzystwa. Tak zwyczajnie i tak doskonale zarazem.

Czuję, że znalazłam się w punkcie, w którym obecna praca stała się demotywująca, odtwórcza i w bezmyślny sposób kradnie najlepsze godziny w ciągu dnia w zamian oferując wypłatę niewspółmierną za poświęcony czas i użeranie się z recepcjonistkami z firm PR, które mimo, że zamawiają tego samego kuriera dzień w dzień, nadal nie wiedzą, ile czasu zabiera dostarczenie paczki z punktu A (zazwyczaj siedziba firmy) do punktu B (w 90% jeden z wydawców magazynów typu Cosmo, Vogue czy Grazia). Thick, dense, bimbo po prostu.

Pierwszy raz w życiu też rozumiem te wszystkie żarciki o szefie, który odgrywa rolę pana i władcy, a my jego plebsu, który ani się waży z nim polemizować czy podważyć jego decyzję. Jam jest Le Boss i będzie po mojemu.
I tak np. jakiś czas temu wylądowałam “na dywaniku” za to, że chodzę w biurze bez butów. Chodzę tak od niemal półtora roku, więc tym bardziej zaskoczyło mnie, że nagle naruszam tym słynne Health & Safety, mimo, że jak zaczęłam drążyć tema o jakie H&S mu chodzi, ten zaczął szukać pomocy w Internecie. Następnie zwalił to na tzw. wyczucie, aby po weekendzie wrócić do tematu z nowym powodem itp itd...
Dało to początek aferze Shoegate w naszej firmie, po której musiałam iść na kompromis, ale co rusz obśmiewam tę nową zasadę nie-zasadę za każdym razem rzucając “Shoes On!”, kiedy któryś ze współpracowników odchodzi od biurka.

Szczerze mówiąc, to siedząc na dole z szefem i słuchając tej paplaniny o obuwiu, myślałam tylko o tym, że nie chcę tak spędzić swojego życia, nie chcę być ani czyimś pracownikiem i wysłuchiwać takiego steku bzdur ani czyimś pracodawcą aby dawać takie trywialne wykłady. Nie chcę stracić życia wykonując coś bezwartościowego, bez żadnej satysfakcji oprócz wynagrodzenia, które i tak nie nie jest współmierna do czasu, jaki poświęcam. Nie chcę być trybikiem w tej machinie zależności mówiąc najprościej. Nie twierdzę, że chcę przestać pracować i bimbać całymi dniami, ale na pewno nie chcę utopić życia w takiej bezcelowości. 

Kiedyś chciałam zdać certyfikat na nauczycielkę angielskiego, po powrocie z Chin miałam na to oszczędzać i potem... i potem się rozmyło, pojawiła się 'poważna' praca, zero opcji na kontynuowanie praktyk nauczycielskich, i co najgorsze spadek motywacji i wzrost braku niepewności językowej. Teraz co prawda odkrywam, że zaczynam mówić jak współpracownicy, ba, w końcu dzień w dzień siedzimy w swoim sosie 9.5 godziny, więc naturalnie wyłapuję te wszystkie 'iffy, stroppy' i 'fucking fuck ducky' od tych moich gitów 50+.

Wczoraj jeden z gitów przywalił szefowi. Czyn był nieadekwatny do sytuacji i naprawdę nie rozumiem, czemu inteligentny facet sięgnął po zszywacz i cisnął go w szefa, aby podeprzeć walkę na argumenty słowne. Mimo wszystko całym sercem jestem z Johnem, który mimo całej szorstkiej skorupy, niewyparzonego języka i ciągłego napuszania się, zapunktował u mnie jako idealista reprezentujący bliskie mi wartości. Niecałe trzy tygodnie temu z kolei inny No Worries Nigel wybiegł z biura rzucając F*ckami w kierunku managementu. Stawiam na to, że będę trzecia i wręcz taką mam nadzieję, aby w końcu rzucić tym wszystkim (no, może nie zszywaczem!), spakować siebie, kota i po prostu wybyć stąd.

Sunday, 18 October 2015

London's Calling 8

Not a while ago a local messfam (that is a bunch of pushbike couriers) had its annual weekend full of festivities known as London's Calling. This year was 8th edition of the event and although not many people attended, I am sure everyone had a whale of time boozing, cycling or just chatting. Here are few portraits I snapped with Fuji Instax. 





  

 
 





 

Monday, 27 July 2015

Dum*itch Dynamo

Trzy tygodnie temu podjęłam się nie lada wyczynu rowerowego jakim jest Dunwich Dynamo czyli całonocny przejazd rowerowy z Londynu na plażę w miejscowości Dunwich. Przeszło 180 kilometrów (120 mil) drogami lokalnymi przez hrabstwa Essex i Suffolk.


Od początku

Zacznijmy od tego, że o DD myślę co roku i za każdym razem przesuwam na następny, więc nie dziwi, że i w tym roku automatycznie odłożyłam to do szufladki pamięci z etykietką “next year”. I pewnie tak by się stało, gdyby nie znajomy, który podsunął temat i jął kreślić idylliczną niemal wizję przejazdu w blasku księżyca  przez sielską Anglię usianą małymi domkami, uwieńczoną dojazdem na plażę o wschodzie słońca.. - 'you know, cottage houses and full moon above 'em kinda thing..'

Chociaż temu romantycznemu wyobrażeniu zbytnio nie zawierzyłam, to jednak pod wpływem chwili, pizzy i zarysowania przebiegu jazdy ze szczegółami i totalnie niewiedząc w co ja się pakuję, szala przechyliła się na 90% za. Kolega jeszcze zaoferował swoją zapasową kolarkę, dał czas do namysłu i po dalszej konwersacji smsowej dopiął swego. Zdecydowałam się na mój pierwszy (rowerowy) ultramaraton dla ciała i umysłu.

So...
W dniu wyjazdu dostosowaliśmy kolarkę do moich potrzeb, czyli zmieniliśmy pedały zatrzaskowe na strapy, zmieniliśmy siodełko, aby 9 (sic!) godzin nie odcisnęło zbytnio piętna na komforcie jazdy. Suma sumarum, nie miałam czasu się porządnie “karnąć” na nowym jednośladzie a dodam, że było to moje pierwsze doświadczenie z kolarką w ogóle.
W drodze na start nie mogłam A. ogarnąć, że napęd nie jest na wolnym biegu; B. jak się tym hamuje i czemu, do diaska, muszę się tak pochylać do przodu???; C. ponoć wyglądałam na tyle niepewnie, że znajomy zaczął nieśmiało proponować, że możemy zawrócić i wziąć mojego fixa...
Odparłam “spoko, dam radę”, usilnie starając się przekonać chyba bardziej siebie niż ich. Oto porwałam się na coś, co mogło mnie przerosnąć, w głowie motały mi się scenariusze, że odpadnę w połowie z bólu, że nawali sprzęt a ja o naprawie kolarek wiem tyle, co o balecie, ale tak naprawdę co ja tu robię?!?


Ech...

Czasem łapię się na tym, że podejmuję się przedsięwzięcia, niewiedząc dokładnie na co się piszę, ale robię to mimo wszystko z wizją fundamentalnej porażki. I trochę z przekory.
Tak więc, show must go on i my wyruszyliśmy z parku London Fields w kierunku obrzeży Londynu. Faktycznie musiałam wyglądać raczej niezdecydowanie na rowerze, bo znajomi co rusz pytali się czy wszystko w porządku, ja na szczęście zaczynałam nabierać jako takiej pewności na nowym sprzęcie. Wyjazd z Londynu był utrudniony z powodu chmary uczestników jazdy i w sumie mam wrażenie, że skutecznie zakorkowaliśmy wyjazd z miasta tego wieczoru :P

Dość szybko okazało się, że niełatwo będzie nadążyć za znajomymi, ponieważ była to dla nich już 5 edycja DD, są silnymi zawodnikami kurierskimi i posiadają kolarski niezbędnik jakim jest endurance, do z powodu silnego parcia pozostałych zawodników na wymijanie, przez co zwyczajnie traciłam ziomków z widoku.
Czym dalej Londynu, tym peleton bardziej się rozrzedzał. Ja z kolei musiałam się pogodzić z samotną jazdą, w dodatku bez muzyki, bo empetrójka została u znajomego w mieszkaniu. Damn!

Powoli zaczęły wyłaniać się angielskie cottages, biało-czarne domki tudorskie, łany zbóż, wiejskie zapachy, dodatkowo pomarańczowy księżyc (a jednak!) wisiał wysoko na granatowym niebie. Może znajomy nie przekolorował swojej idyllicznej wizji, jednak ja bardziej zwracałam uwagę na widok przede mną (migające światła), za mną (starałam się pozostawiać wszystkich tych głośnych uczestników z soundsystemami jak najdalej) i obok. Tu dochodzimy do zdobywczych okrzyków RIGHT, kiedy to peleton zalajkrowanych jegomości na dużej dawce adrenaliny nadciągał z prawicy, więc ty powinnaś/-nieneś dać im pierwszeństwo przejazdu.
Nie sądziłam, że to miał być wyścig, choć przyznaję, że rysopis zgadzał się z tym, który widuję codziennie w godzinach szczytu kiedy to po cyklostradach ścigają się karbonowi zawodnicy niczym z Tour de France, naładowani stresem i testosteronem (sorry, musiałam to wymienić) biznesmeni z City, ścigający się o to kto dojedzie na następne światła pierwszy...

Tak, to mnie irytowało. W ogóle niemal wszystko mnie irytowało – ścigacze, spowalniacze, zagadywacze… dodatkowo po kilku godzinach nieustannej jazdy zaczynałam odczuwać zmęczenie fizyczne i dyskomfort. W tym miejscu chciałabym podważyć twierdzenie, że nie cel drogi się liczy, lecz podróż. Otóż nie, chodziło mi tylko i wyłącznie o dojazd na tę plażę w Dunwich (kamienista, z kulawym przedrożonym barem i jeszcze podlejszą kawą.. szkoda gadać... Ko Phi Phi beach to jednak nie było..), im szybciej, tym lepiej!

Dlatego miałam tylko jeden solidny postój w połowie. I znowu, oferta posiłków była mocno średnia; do wyboru jałowy makaron z bułką lub zupa. Też z bułką. Posiliłam się węglami i czym prędzej pognałam do znajomych, którzy przejechali stołówkę i czekali na mnie.

Po czym znowu ich straciłam, już nawet przestało mi zależeć naa doganianiu ich, byle do przodu w swoim tempie.
Pomału zaczęło świtać, budynki wyłaniać z szarzyzny nocy i dopiero wtedy zaczęłam na dobre rozglądać się i podziwiać widoki i lokalną architekturę. Zmęczenie i zarwana nocka coraz mocniej dawały się we znaki, ja zaś w duchu dziękowałam znajomemu za pożyczenie kolarki i te chwile wytchnienia, kiedy zjeżdżałam z górki bez przymusu pedałowania i mogłam odlepić się czterema literami od siodełka... Tssst..
Pedałowałam i pedałowałam, patrząc kurczowo na mapę i pytając siebie ile jeszcze ?!? Aż w końcu zobaczyłam znaki drogowe na Dunwich. 12 mil. 10. 7. 6. Dunwich 2 miles... K*rwa, czemu te mile tak się ciągną w porównaniu do kilometrów?!?



W między czasie spóźnione peletony zaczęły nadciągać w skumulowanych szeregach, nie wiem po co, skoro i tak były pobite gary a oni dojadą jako setni...
Ostatnie mile ciągnęły się jak nudle aż w końcu dojechałam do skrzyżowania: 'Dunwich beach this way -->>' i wiedziałam, że ta szaleńcza jazda nareszcie dobiega końca.
Na finiszu bynajmniej nie czułam się jak zwyciężczyni, nie było uśmiechu, ręcznika zarzucanego na szyję, oklasków i wiwatów. Było potworne zmęczenie materiału i zmierzłość.
Znajomi zasypywali pytaniami jak mi się podobało. Na co ja kwaśno wybełkotałam NEVER AGAIN. Nie była to możliwie konstruktywna odpowiedź, ale w tej chwili nawet nie mogłam patrzeć na rower. Sama nie wierzyłam, że dojechałam a znajomi dodatkowo pokrzepili mnie rzucając, że mimo siedzącego trybu życia (z tym bym polemizowała, no ale niech im będzie) i faktu, że nigdy nie jeździłam na kolarce, rzuciłam się na głęboką wodę i dojechałam w całkiem dobrym czasie. Miło z ich strony, aczkolwiek ja już się gotowałam na najgorszą część całego wyjazdu... 


Prawdziwą wisienką na torcie miało było dodatkowe 50 km (30 mil) z Dunwich do Norwich skąd mieliśmy złapać pociąg do Londynu. Tu już na serio przeklinałam. Zapowiedziałam, że jadę do najbliższej stacji kolejowej i stamtąd łapię pociąg do Norwich i spotkamy się na miejscu. Okazało się, że Dunwich Dynamo zaskoczyło angielskich kolejarzy na tyle, że postanowili nie współpracować z rowerzystami co przełożyło się na zakaz wejścia z rowerem do pociągu bez rezerwacji i innych utrudnieniach. Rezerwacji brak, żywej duszy na stacji też, więc spojrzałam bezradnie na rower i wiedziałam, że muszę zacisnąć zęby i spiąć resztki mięśni w drodze do Norwich.

Wtedy w mojej głowie odgrywał się drugi Grunwald. Dużo K** i eFFowania. Wizja dodatkowych, wtedy już “tylko” 40 kilometrów do N. raczej nie sprzyjała pozytywnym afirmacjom.
Z bólem kolana, w pocie czoła i w towarzystwie innych dolegliwości psycho-fizycznych, drałowałam do przodu. Powoli do przodu nawet, jak to śpiewali polscy hiphopowcy. Dopingowała mnie wizja zasłużonego odpoczynku w kulturalnym, wygodnym pociągu. Mmmm...
Tu niestety nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością: na ostatnich kilometrach złapała nas ulewa, na stacji kolejowej okazało się, że nie ma bezpośredniego pociągu do Londynu i jedyną możliwością jest pociąg do Cambridge a tam może uda nam się złapać pociąg do Londynu (a może nie). To nie było to miękkie lądowanie. Przejazd do Cambridge odbył się w ścisku, na stojąco i niestety znajoma została wyproszona przez konduktora z powodu rzekomego braku miejsca na 4 rowery w wagonie. Nie pomogło tłumaczenie, że miejsce było, ani daremna próba koleżanki na przejazd w toalecie. Health and safety regulations. Kropka.
Z Cambridge było już z górki. Choć bez snu a za to w atmosferze rozmów o życiu.

 

Tyle mojego wyczynu. Dunwich Dynamo przemianowałam na Dum*itch Dynamo i zapowiedziałam, że nigdy więcej się na to nie piszę. Chociaż muszę przyznać, że przesunęło to trochę moje horyzonty i udowodniłam sobie, że jak trzeba, to zaciskam zęby i brnę do przodu. Grin and bear it. Skoro w 10 godzin udało mi się zrobić te 180 km, to teraz wypad do Brighton (45 mile) wydaje się pestką, chociaż tam z kolei jest dużo pagórków po drodze.
Dodatkowo zajarałam się kolażówką i całym asortymentem możliwości, jakie oferuje, tak więc Brighton next!

Saturday, 25 April 2015

Sycylia. Jak zdjęcia wskazują wyjazd był zróżnicowany i z pewnością postmodernistyczny

 
 

 
 

Smęt na kwiecień: monotonny babilon

Moja frekwencja postowania spada na łeb na szyję, a jak już coś powstaje, to wychodzą z tego smęty o powrocie do Pragi lub o tym jaki ten Londyn jest do baniasty albo wrzucam stare zdjęcia wygrzebane z dysku twardego. Chociaż nie, ostatnio byłam na Sycylii, więc najbliższa seria zdjęć będzie całkiem recent (bo Ponglish moją zmorą jest).

Do Pragi swoją drogą wybieram się w maju na tzw. rekonesans, wybadanie gruntu pod ewentualną przeprowadzkę. O przenosinach myślę po lipcu, po przerobieniu okrągłego roku w biurze a tym samym zdobędę solidną pozycję w CV na future job w Pradze. 
 
Ostatnio wyluzowałam z czasem wolnym, już nie staram się wykorzystać czas po pracy w sposób najbardziej użyteczny, bo i tak jakikolwiek wysiłek intelektualny wychodzi miernie po 9 godzinnym zblazowaniu przed komputerem. Tak więc po pracy jest relaks. Pomęczenie kota, filmu, książki - niepotrzebne skreślić. W weekend też jest relaks - wspieram lokalną ekonomię na lokalnym, niezgentryfikowanym (jeszcze, bo w Londynie to modny temat, patrz Brixton, Hackney i pewnie inne) markecie lub w lokalnej, niesieciowej cafe (celowo nie napisałam kawiarni, bo jednak inglisz kafej to nie do końca to). Monotonnie żyje się.

Wednesday, 4 March 2015

Rok temu w Wewnetrznej Mongolii

Spora część moich zdjęć trafia do szuflady, bo czasem coś się prześwietli, bo za grube ziarno, bo wstydzę się tych publikacji, bo coś. Potem jednak do nich wracam i mimo wszystko decyduję się je opublikować. Tak też jest z poniższymi fotografiami, nie doceniłam nasłonecznienia w chińskiej części Mongolii i użyłam ISO400 zamiast 200 czy nawet 100. Moim ulubionym zdjęciem jest to ze stepu, nie ma tam nic, a jedynie ugór, przebijające się dźbła trawy, czysty horyzont czasem przyozdobiony jurtami, a przede wszystkim cisza. Niezmącona niczym cisza.









Sunday, 22 February 2015

Przemyślenia na luty

Dwa lata temu byłam w zupełnie innym miejscu. Dosłownie i w przenośni. Byłam w Tajlandii i w innym punkcie życiowym. Mimo pobytu na wolontariacie jako nauczycielka, mentalnie cały czas pozostawałam na kurierce rowerowej. Wiedziałam, że wrócę do Londynu, wrócę na rower, do znanych twarzy i stworzonego bezpiecznego świata (chociaż wcale bezpiecznie po powrocie nie było - wróciłam spłukana, z widmem ewikcji skłotu i naciągnęłam ścięgno).

Rok później ponownie wyjechałam, tym razem do Chin; znów pożegnałam się ze znanym środowiskiem, wiedząc, że podejmuję się kolejnego wyznania na dwa miesiące a po powrocie czeka mnie miękkie lądowanie. Brakowało mi londyńskich zakątków, kurierskiej kliki, mojego mikroświata po prostu. Dotarło do mnie, że cała ta otoczka składa się na część mojej tożsamości.

Myliłam się. Z roweru przesiadłam się za biurko, nadal w tym samym kurierskim sosie, jednak z upływem czasu ten  pierwiastek zaczął słabnąć, jakbym wypadła z gry po prostu. Nie brakuje mi stricte tego świata, ale umknęła mi cząstka wolności i jakaś lekkość bytu.

Teraz jestem w tym miejscu, fizycznie w Londynie, mentalnie niezdecydowana. Czas zapier**** a skupiam się na trywialiach okołorutynowych lub nawet nie skupiam się na niczym, chcąc aby czas płynął szybciej i nie ważnym się staje czym go wypełnić, byle by płynął.

Dwa lata temu otaczały mnie różne twarze, te bliższe i te dalsze, teraz to grono się znacznie przerzedziło, część twarzy się rozmyła, poszarzała, inne z kolei nabrały kolorytu. Z jakiegoś powodu stałam się zdystansowana i społecznie ograniczona lub raczej wybiórcza. Przed dwoma laty byłam w Tajlandii z kimś bliskim, w Chinach byłam sama, choć wybrakowany kontakt pozostał, w Londynie, na miejscu, ten kontakt już nawet nie ogranicza się do przywitania.

Przykre to, smuci i zastanawia, czemu krąg zatacza się w taki sposób, powtarzając się cyklicznie w różnych konstelacjach. Czasem łapie mnie powyższa nostalgia, która ostatecznie sprowadza się do wniosku, że to beznadziejne i tak naprawdę po co to wszystko? Czasem nawet nostalgia kiełkuje we mnie zamiary zmian, naprawy błędów, ale pewne błędy są zakopane w przeszłości i choć bym chciała, nie jestem w stanie na kogoś wpłynąć. Po prostu Errare humanum est, a może osłem jest ten, który nie wybacza, nie daje drugiej szansy i pozostaje w okopach złości i żalu. 

Wednesday, 4 February 2015

this is Walworth

Po raz pierwszy od dawna wybrałam się na spacer. Tzn. spacer miał być, ale po drodze dodałam kilka przystanków praktycznych, dzięki czemu m.in. pozbyłam się automatycznego karmnika dla kotów, książki i dzbanka, zyskałam jednak matę do ćwiczeń (używaną, co by nie wspierać nadprodukcji produktów w krajach rozwijających się) i piłkę, też do ćwiczeń, ale niestety nie mieli używanej, więc bilans jest -1 posiadanych rzeczy. I 1:0 dla made in China.

Mieszkam teraz na Walworth, dzielnicy, którą "znam", ale nic o niej nie wiem. Nie znam jej historii, tak samo jak nie znałam historii otoczenia poprzedniego lokum.
Mieszkam tuż przy 'hajstricie' (ang. high street to nie tyle, co ulica główna, ale przede wszystkim zbieranina sklepów w tym samym, kopiowalnym zestawie, czyli Greggs, Boots, Iceland, Tesco, Peacock lub Primark, Cex itp.), co wygodne jest i praktyczne, bo sklep turecki, wietnamski i nawet market warzywny tuż za rogiem, nie wspominając 'funciaków' (po pol. Wszystko za 5zł) jak przyjdzie nagle żarówkę wymienić najtańszym kosztem (te funciaki to podbramkowo nieetyczne, takie głębokie zagłębie Ruhra, z tym, że daleko im od made-in-Germany), supermarketów i sklepów specjalizujących się we włosach afro (hair or afro shop???).

Na samej górze Ulicy Głównej znajduje się supermarket wietnamski, specjalizujący się w zasadzie w kuchni całej Azji, a przy okazji serwują tam Bubble Tea, (to ja poproszę bez bąbli) jakieś dania wietnamskie, tudzież ich imitacje i wietnamską kawę. Kawa smakowała chyba dość wietnamsko, bazując na moim wcześniejszym doświadczeniu z tą kawą bynajmniej. Aromat ma przyjemny, orzechowy i ścina z nóg po prostu.

W drodze powrotnej wybrałam alternatywną trasę bocznymi uliczkami ii nawet za aparat, uwaga, analogowy chwyciłam - tak na przekór poprzedniemu postowi i wszechobecnym trendom. Zachowało się kilka ulic ze starego Walworth, i tak np. przy Portland St znajdują się przepiękne szeregowce wiktoriańskie; przyznaję, że po naoglądaniu się setek ulic londyńskich, tych kilka faktycznie cieszy oko.
Są też szpecące estejty, council flaty i nieśmiała sztuka uliczna. Zresztą, sami oceńcie Walworth:


 
 
el loco

Thursday, 22 January 2015

przemyślenia na start

Daję sobie czas 'do następnej wiosny'. Co roku daję sobie 'do wiosny' i co roku ten okres sprytnie się przedłuża. Bo nowa praca, bo nowe mieszkanie, bo chłopak, bo A, bo B.
Moja ostatnia wizja to wyjazd za około pół roku. Byle dobić rok w obecnej firmie, a potem wciskam klawisz ESC. Założę się, że i tym razem pojawią się przesłanki ku temu, aby zostać, ba, chociażby fakt, że za 10 dni się przeprowadzam do nowej, jakże fajnej chatki; mam fajnego chłopaka, który mieszka i chce mieszkać tutaj; i pewnie jeszcze coś zarzuci mi się na szyję.. o już wiem – ustanowiony pułap na koncie bez którego o wyprowadzce z Londynu ani rusz.
(or maybe I'm just not a risk taker). 
 
Tłamsi mnie wydzielany urlop, tłamszą mnie 47.5 godziny, które muszę odsiedzieć w pracy. Tłamsi mnie to, że ta praca nie ma sensu, nie przynosi żadnej satysfakcji a jedynie opłaca rachunki i pozwala coś tam oszczędzić. Wreszcie, tłamsi mnie to, że nie liczy się tu wykształcenie, że totalnie nie używam wiedzy zdobytej na studiach, może z wyjątkiem roku na anglistyce, ale żeby po czesku przyjmować zamówienie na kuriera? Zapomnij.
A nawet jakbym chciała być wytrwała i tłumaczyć wolontaryjnie lub za śmieszne stawki po godzinach i w weekendy, to z garstki czasu wolnego zostanie mi ubogie minimum. A gdzie życie towarzyskie, gdzie czas na reset systemu?

Staram się produktywnie wykorzystywać czas w pracy, wszystkie artykuły z Wysokich, Dużego i Gazety przeczytane, tu BBC sprawdzone, tu mejle odpisane, na fejsbuku gram w Scrabble, w Wordzie dla kogoś tłumaczę i jeszcze podtrzymuję znajomości online. Multitasking, którym maskuję totalną blazę biurową. Policzyłam, że w ciągu dnia co najmniej 15 razy sprawdzam fejsa, insta, mejla, odczuwam natrętną potrzebę logowania i apdejtu.

Jeden z klientów zawsze się pyta (ofkors, Anglik w końcu!) 'how are you, Em?', moja typowa odpowiedź 'I'm survivin'. Survivaluję-surfuję więc po falach biurowej nudy. 
 
Co ja tu robię. Tu? Praca biurwy, po pracy siłka, aby za bardzo nie poszło w d*** siedzenie za biurkiem, potem posiłek, jakiś film, książka i jutro kolejne JUTRO. I wałkujemy to samo, w weekend z kolei jestem tak sprasowana, że najczęściej siedzę w okolicy domu (siłka) i coś tam skubię, ogarniam, czytam, ale szczerze to nie pamiętam kiedy ostatnio poszłam na spacer dla samego spaceru. Pojechałam na rowerze w celu odkrycia czegoś w Londynie, czego nie znam. Poszłam w nieznane z analogiemw ręku, nie pamiętam kiedy ostatni raz cieszyłam się czymś jak małe dziecko.

Wysuszam się od środka i po cichu obmyślam plan ucieczki. Albo od razu do Pragi albo przez Azję i też ostatecznie do Pragi.. jak mnie nic nie zatrzyma po drodze, bo... kto wie w podróży? W podróży różne rzeczy się wydarzają, a ja jestem otwarta na pracę tu i tam, na kilku miesięczne przystanki na trasie azjatyckiej.