Monday, 27 January 2014

Best Run Ever

That was an easy-peasy run from my company office in W1 to West London that slightly reminded me of distance work I used to do a lot while working for my former company, except for the fact that I had several, not just one, jobs that took me to W-ish side of Central London and a couple that brought me to SE1 through W1.

So:

Pickups from W1: 2 x W8, 1 x W14 and 2 x W11.
In the meantime I was given a job next street from my W8 drop and then round-the-corner pickup from W11 to SE1. At this point my controller told me to call him once I get to W1. Didn't need to as once I passed W2, my XDA went nuts and 6 or more jobs from W1 to WC2 and SE1 popped up. Bosh!

I set off from Wilder Walk, Soho, smashed 1 Leicester Sq drop, then dropped 2 Upper Grounds, picked up cheeky taking-me-back-to-the-middle Hatfiields, smashed 3 jobs at Blu Fin, proceeded to Financial Times and was given an extra priority docket from 10 Lower Thames to High Holborn. Bosh!

Wish I had more sweet runs like this. Bish bash bosh!

Sunday, 19 January 2014

28K


W ostatni piątek przyjechała do mnie Agata. Agata jest maratonką, biega po Kampinosie, wzdłuż linii metra, biegnie przez życie. Wiadomo było, że będziemy chodzić, że w ten weekend oleję rower na rzecz pieszej wędrówki po zaułkach metropolii. I tak ruszyłyśmy z Ovalu przez SW1, kawiarnie na Soho, tajemnicze Clerkenwell i hej na górę przez N1 i N7, gdzie oglądałam być może (a jednak nie!) przyszły pokój. Kolejno w dół na Angel, kanałem rzecznym na London Fields, gdzie wraz z zaprzyjaźnionymi kurierami świętowaliśmy urodziny jednego z nas, następnie z powrotem na Angel (falafel na Kingsland Rd!), przez WC1 i ulubiony Percy Circus, z przystankiem na Holborn (wystawka suszi z Wasabi) i Waterloo (ostatni espresso shot przed snem) na Oval.
Wyszło ponad 28 kilometrów (17.7 mili) doprawione dodatkowymi 15 kilometrami w sobotę. Weekend marathon rozłożony na 24 godziny. Feels G.







Friday, 3 January 2014

January

Zeszły rok przypomina ciągle zmieniającą się konstelację znajomych. Nie wiem czemu tak jest, ludzie ot po prostu pojawiają się, następnie jest ich coraz mniej aż do totalnego zaniku ich obecności w moim życiu. Przekonuję się zarazem, że człowiek to tak naprawdę istota relatywna, jest, nie ma, pojawia się ktoś inny i tak w kółko. Nieprzerwany cykl korelujący z innymi cyklami w naszym życiu. Dzieciństwo, młodość, dorosłość, starość. Boom.

W zeszłym roku o tej porze byłam na Bali. Egzotycznym (dla nas) raju na Ziemi, gdzie co prawda makaki kradną Ci okulary a tubylcy widzą w Tobie chodzący bankomat, ale w zderzeniu z ofertą przyrodniczą (typu nieczynne wulkany, nieodkryte plaże, tarasy ryżowe), kulturalną (wgląd w kulturę Bali, tradycyjne tańce i przepiękne świątynie hinduskie na każdym kroku) a nawet cenową, nadal jawi się jako paradajs. Rok temu miałam wrócić do Dżakarty, dokończyć swój projekt wolontaryjny, mając w perspektywie następującą potem podróż po Azji Południowo-Wschodniej, a potem powrót do idealizowanego (wtedy) Londynu, do znajomych, do kurierki, na skłot. Do kota też.

W tym roku jestem w zimnym, wietrznym i mokrym Londynie. W najbliższej przyszłości nie czeka mnie żadna przygoda, a jedynie jutrzejsza perspektywa jazdy na rowerze w deszczu i  wichurze* przez 9 godzin. Nie mam żadnych pomysłów na wyjazd w przeciągu kilku miesięcy (może Islandia a może Włochy... wszystko palcem na piasku pisane), w ogóle nie mam pomysłu na to, co miałabym z sobą robić. Sprawdzam tzw. odd jobs, jednak nie potrafię się ulokować w sztywne ramy tutejszego rynku. Mam wrażenie, że zaprzepaściłam swoją szansę w tym mieście, jakbym w którymś momencie skręciła w niewłaściwą ulicę (kurierka...) a potem to już po równi pochyłej, sam dead-end.  

Wracają myśli o powrocie do Pragi, gdzie mogłabym pracować z czeskim, z angielskiem i z polskim. Pewnie jakiś chujowy customer service czy inne korpo, ale przynajmniej dni mijały by mniej boleśnie i w ciekawszym otoczeniu, zarówno architektonicznym jak i, hmm, społecznym.
Czasem myślę sobie, że musiałabym się porządnie kopnąć w zadek, aby się stąd wyprowadzić, Londyn pochłąnął mnie niczym czarna dziura i z każdym dniem, miesiącem i rokiem wsysa bardziej tą swoją ułudą, że można zarobić więcej, aby potem dłużej szmulać się po zadupiach Azji chociażby. 

A może po prostu dałam się wchłonąć tej bezradności dookoła.
  
*) Za BBC 02.01.2014:
   
 Friday 
“A windy day with gales, locally severe on coasts, some sunshine but also bands of squally, heavy showers blowing through. perhaps with hail and thunder.”