Sunday, 24 November 2013

z rozmyślań po kolacji

Moja działalność blogowa (wraz z fotograficzną) zamiera. Czy wynika to z obawy, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, czy do kogo to trafi, czy faktycznie nie dzieje się u mnie nic wartego opisania, czy po prostu wszystko skrzętnie chomikuję dla siebie.

Nevertheless, właśnie zdałam sobie sprawę, że już napisałam posta o podobnym wydźwięku.

Kurierka w Londynie robi się mniej przyjemna, z dnia na dzień coraz chłodniej, BBC straszy coraz to surowszymi prognozami pogody typu „wintry shower” czyli nie dość, że mokro (choć przelotnie, ale i tak), dosadnie, to jeszcze z zimowym powiewem. Brr.
W ramach równowagi, w domu rozgrzewam się grzejnikiem, herbatą, oczywiście kotem, i ostatnio tzw. onesie, czyli  jednoczęściowymi śpiochami polarowymi, które jako wyjątkowo dobrze zapowiadajacy się przetrwalnik zimowy i zapewne survivalowy, polecam każdemu.
Czytam „Pasażerkę ciszy” Fabienne Verdier, historię Francuzki, która spędziła dziesięć lat w Chinach ucząc się sztuki kaligrafii, zgłębiając kulturę i język mieszkańców, przybliżając nam historię współczesnych, pomaoistycznych Chin. Książka niezwykle wciągająca i pouczająca. Chiny w ogóle od jakiegoś krążą wokół mnie, zobaczymy, co się z tego wykluje.
Ostatnio obserwuję jak moja produktowność a. ) Spada, b. ) Zależy od pory dnia. Spada, ponieważ biczuję się w myślach, aby napisać artykuł, pobawić się edycją zdjęć, cokolwiek poza pisaniem mejli czy siedzeniem na fejsie, a de facto czas mi przecieka między palcami i kolejny dzień zamykam z zerowym dorobkiem literacko-intelaktualnym, jakimkolwiek prócz przygotowywania się do kursu Celta, który o dziwo idzie mi. Nie pod górkę, nie prężnie, ale całkiem regularnie. 
W ciągu dnia mam niemal setki przemyśleń, złotych myśli, pojawiają się pomysły, i nawet jeszcze koło 18 jestem w stanie cały ten materiał produktywnie spisać w formie elektronicznej lub papierowej, ale już po 20 energia, zapał i moce twórcze siadają totalnie i spełzam na niczym. 
Codziennie powtarzam sobie "Jutro będzie lepiej", i tym optymistycznym akcentem kończę, jutro nowy tydzień, dzień, kończę o 18, więc jest licha nadzieja, że zrobię coś więcej, niż posiedzenie na kompie, z podręcznikiem do angielskiego, Pasażerką ciszy etc, itd, itp.

Sunday, 10 November 2013

seatpost variation

froggie seatpost I guess...

Monday, 4 November 2013

raport z dnia codziennego


Przyznaję, że frekwencja postowania na tymże blogu drastycznie spad(Ł)a. Nie wiem czy dzieje się tak, ponieważ nic się u mnie nie dzieje czy jest to wynik zamykania się na świat. Robienie jeża tak zwane. 
Tak naprawdę może i coś się dzieje, w końcu współorganizowałam spory event kurierski London's Calling we wrześniu, w ostatni piątek alleycat halloween’owy, w między czasie pojechałam do Polski, miałam mini wypadek rowerowy (przednie koło R.I.P) i rozpoczęłam praktyki w szkole angielskiego. Mimo to patrzę na ostatnie miesiące w Londynie jako na linię ciągłą: kurierka – dom – kurierka – dom -  dej off – kurierka – dom – kurierka – dom – weekend przesiedziany w domu itd.

Dni przeskakują niczym kody pocztowe na mapie Londynu, tak jak dziś na przykład: N1 (Angel)>WC1>W1>W8 (Kensington)i z powrotem do bazy, czyli W1. Zadziwia mnie jak szalone dystanse robię w ciągu dnia, te wszystkie „rozciągniete” zlecenia między E8(Hackney) i NW5(Kentish Town) lub paczki z SE1 z dodatkowym kursem przez SE15(Peckham) czy SE17(Walworth). W większości firm kurierskich, tzw. pushbike circuit nie wykracza poza pierwszą strefę, w mojej nabierasz przekonania, że jesteś mega wyjadaczem, bo nie tylko robisz szalone mile czy wyrabiasz sobie skróty w N5 czy SW8 (w zasadzie nie wiadomo po co), ale też wiesz, gdzie jest tania herbata, gourmet coffee czy frikowa toaleta.

W ciągu dnia niezapisane myśli i wnioski zacierają się wraz z przejechanym asfaltem, jest tyle rzeczy, które chciałabym zapamiętać, zapisać, odtworzyć w formie pisanej, wizualnej czy dźwiękowej i wszystko to odchodzi w niepamięć. Może kiedyś spełnię swoje ever-lasting, ever-hungry marzenie i sprawię sobie dyktafon, aby nagrywać dźwięki miasta, te wszystkie ulotne i trywialne myśli dnia powszedniego (kurierskiego?). 

Nawet nie, żebym chciała ponownie smęcić o kurierce, ale tak naprawdę, to co u mnie ciekawego się dzieje? No właśnie.