Sunday, 23 June 2013

transition


Mój pierwszy rower, nie wliczając tzw. flaminga w latach 90-tych, to była stara holenderka, która nie tylko dwukrotnie złamała się wpół, ale w efekcie owych złamań i prób reperacji, chowa w sobie "uwięzioną" rurę, więc za każdą przejechaną "kocią głową" wypluwa z siebie przedziwny dźwięk stalowy.
Druga damka pochodzi z Niemiec, mniej było z nią problemów, choć dało się odczuć jej czternastokilowość przy wnoszeniu na czwarte piętro w Pradze. Trzecim rowerem już nie była dama, ale po prostu rama mejd in Tajwan, która nie jest ramą szosową, ale dobrze się sprawdza zarówno jako wolnobieg, jaki i ostre koło.

Jakoś tak wyszło, że zaczęłam jeździć na kurierce, może z braku alternatyw, może z chęci przekopywania się przez setki ogłoszeń na gumtree, a pewnie też i z powodu jakieś sympatii dla odpłatnego jeżdżenia na rowerze. Jak do tej pory jest to moja najdłużej wykonywana praca, i ze wszystkich podjętych zajęć chyba najlepiej mi wychodzi (no, może na równi z tłumaczeniami, choć o tych już niemal zapomniałam). Na pewno nie jestem jakimś świetnym kurierem, nie śmigam w labiryncie ulic na Soho niczym strzała, chociaż wiem, że wiele osób powtarza mi, że jestem szybka. Tak naprawdę w tej pracy nie tyle chodzi o szybkość, ale liczy się przede wszystkim znajomość topografii ulic, skróty, no i dla Twojego dyspeczera na pewno stawienie się na czas w pracy i nie uciekanie w trakcie zmiany, bo deszcz, bo siniak, bo nic się nie dzieje i tracę czas siedząc na d**** za przeproszeniem. Pod tym względem sprawdzam się jako kurierka, bo najzwyczajniej w świecie ułatwiam dyspeczerowi pracę swoim niemarudzeniem czy zgadzaniem się na niedorzeczne nieraz kursy (typu mieszkam na południu a ostatnia paczka zabiera mnie na zachód od centrum).

Jednym z moich pierwszych wrażeń z Londynu było - jak tu w ogóle można jeździć na rowerze??? W centrum gigantyczne, dwupiętrowe autobusy, taksówki, szerokie jezdnie albo na odwrót zatkane, ciasne alejki i ludzie przeciskający się pomiędzy pojazdami w korku, zero rozglądania się na boki, bo pieszy nasz pan, w końcu tzw. jaywalking jest bezkarnie dozwolony na Wyspach. Drugą niespodzianką było przezwyciężenie niedogodności pogodowych, których w Londynie stereotypowo można się spodziewać - dużo deszczu, mało słońca a tak naprawdę zazwyczaj na niebie siedzi szara chmura, z której nic nie kapie przez dzień cały. Szarą chmurę zresztą bardzo cenię, bo ani słońce nie świeci chamsko w twarz, ani kropla z niej nie spadnie, a często bryza smaga po policzkach i praca idzie bardziej ochoczo. W te niewygodne dni jednak wieje wiatr, i to wieje tak, że jadąc mostem kurczowo zaciskam kierownicę, mija autobus, potem drugi (bo autobusy to zwierzęta stadne są, albo żadnego albo całą gromadą przepychają się przez miasto) i tylko czekam na ten podmuch, który zaraz zionie a ja zachwieję się ze skutkiem fatalnym lub zostanę w siodle.

Sama się zastanawiam jak w ogóle przyzwyczaiłam się do pracy outdoorowej, nieraz w zimnie, nieraz  w deszczu, przecież ja do Skandynawii obawiam się pojechać z powodu zimna, a jakimś cudem przejeździłam na kurierce cały grudzień i styczeń. Ponoć człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, może zbliżam się do tego poziomu człowieczeństwa. 

Tuesday, 18 June 2013