Wednesday, 18 January 2012

dzień wolny = dzień [od]zyskany

Dzień wolny od pracy smakuje jak ekler z bitą śmietaną.
A dzień pracujący, który w trakcie przeradza się w dzień wolny smakuje jeszcze lepiej, jak podwójny ekler z podwójną śmietaną. Dzisiaj nie tylko wzięłam sobie (ponad!) miesięczne wolne w pracy, ale skróciłam dzisiejszy etat z 9 godzin do niecałych 2, dzięki czemu zyskałam ponad 7 bezcennych godzin, które miałam przeznaczyć na godziwe cele, na zine'a, na czytanie i pewnie jeszcze tysiąc innych szczytnych sposobów na zagospodarowanie czasu.
Przejeżdżając przez Blackfriars bridge cieszyłam się jak sztubak, który udał się na pierwsze w życiu wagary. W myślach kreśliłam mini-plany jak spędzić dzień i w końcu stanęło na jakże owocnych odwiedzinach na znajomym skłocie na Deptford, na ugotowaniu obiadu dla współlokatorów, na pysznej kawie (patrz obrazek - zwróć zwłaszcza uwagę na napis, naaaaaaaaapis), na zabawie z kotem i oglądaniem filmu na projektorze.

Po prostu
"Czysta zysk!",
"2 w 1"
a nawet
"30% gratis".



Sunday, 15 January 2012

piłka party // ball party

Nie mogłam się wręcz oprzeć pokusie opublikowania zdjęć z ostatniego sylwestra. Występują: moja osoba jak różowa pantera, Zbyszka osoba jako on sam i R.I.P piłka, również w swojej roli.







I just couldn't help myself and simply had to publish pics from last new yrs eve. Playing: me as a pink panther, Zbyszek playing himself and R.I.P fitness ball, also playing its role.

Wednesday, 4 January 2012

the real bike messenger feeling

Prawdziwy i jedyny Bike Messenger Feeling możesz zyskać na 3 sposoby:
1. brodząc w śniegu
2. walcząc z wiatro-deszczem
3. śmigając szybko metropolią w blasku zachodzącego słońca

Pierwsze doświadczenie jest z pewnością 'harsh' lub 'difficult' (anglizm), sprawia, że brylujesz w oczach młodych adeptów zawodu i przyczynia się do oznaczania kurierskich lat pracy jako 'przejeździłem/-am 4 zimy'.
Trzecie doświadczenie niesie w sobie poczucie wolności, które towarzyszy ulicami miasta, uszlachetnia, uwrażliwia i nakręca kurierską zajawkę.
Drugie doświadczenie miałam szanse doświadczyć dziś ja sama. Sam deszcz nie jest najgorszy, ten 'chrzest' już dawno mam za sobą, jak dochodzi wiatr (dziś miejscami dochodziło do 24 mph), to oprócz stopniowego przemaczania, czujesz jak ściąga Cię na boki, a już w ogóle na mostach. Do tego doszedł grad, a żeby było zabawniej w ramach POBu (ang. Package On Board) miałam plecak wypchany pudłem wypełnionym po brzegi dokumentami, na kierownicy torbę z butami, a w niej jeszcze kopertę A4. Najzabawniej było jak silny podmuch wiatru zmiótł deszcz z budynku, powstała fala deszczu przetoczyła się po autobusie i rozbryzgała się w końcu na ulicy. Fun.
O przemoczeniu i martwych płetwach schowanych w równie martwych, oziębłych, przemoczonych i, przede wszystkim, dziurawych butach nie wspomnę; mimo że towarzyszyły mi do końca dnia, wiedziałam, że większość mesendżerów w Londynie spotkała dziś ta sama przyjemność.
Zaczęłam oglądać paradokumentalny serial o nowojorskich kurierach 'Triple Rush', po pierwszym odcinku mogę powiedzieć, że charakteryzuje się typowo amerykańskim montażem i tendencją do budowania 'dramatycznego' napięcia tam, gdzie go nie ma, np. scena, w której jeden z nowicjuszy gubi tzw. manifest (rodzaj dokumentu z podpisami potwierdzającymi nadanie/odebranie przesyłki) i wkurzony dyspozytor odsyła go do domu. Ale i tak serial jest zajawkowy.