Wednesday, 30 November 2011

GG 10817922 "polski mental mnie przerasta"

Post będzie po polsku, bo akurat jestem w kraju z 'polskości' słynącym.
Długo wyczekiwana, ba w zasadzie jeden z 'hajlajtów'' i powodów wyjazdu do PL, wizyta u dentysty dostarczyła mi 'Day of Wacko (czyli Dzień świra, od razu przepraszam za wszystkie 'ponglizmy') feeling'.
A zatem, wizyta na 14, pojawiam się troszkę przed, wchodząc kłaniam się doktorowi, ten zaś mija mnie bez słowa (buc jakiś?). Równo o 14.01 wszyscy pracownicy gabinetu, łącznie z recepcjonistkami, znikają w pokoju przy poczekalni, aby celebrować czyjeś urodziny. Słychać konsumpcję ciasta, zaparzanie kawy, do tego 'ochy' i 'achy'. Czekam i myślę, że przynajmniej recepcjonistka mogła powiedzieć przykładowo 'proszę chwilę poczekać, doktor ma przerwę'. Cokolwiek, ale nie powiedziała.
Więc czekam dalej, analizuję pomalowaną na pomarańczowo tapetę (pewnie celowo na rozśmieszenie pacjentów wybrali taki mało 'szpitalny' kolor) i jakąś dziwną makietę zrobioną z muszli, która wisi tuż za kontuarem (pamiątka z Władysławowa?) i zaczynam myśleć o ESCejpowaniu się.

14.20 dentysta w końcu wychodzi zza drzwi i rzuca 'zapraszam do gabinetu'.
Pokrótce wykładam cel wizyty, że infekcja jeszcze w Hiszpanii, że 'dente muerte', że prawdopodobnie kanałowe, i w sumie dolna jedynka również wymaga interwencji ad hoc.
Lekarz postukał po zębach, wyliczył, o zgrozo, '-naście' ubytków, do chorego kanału nawet nie zajrzał, (nie wspominając o nieszczęsnej jedynce), krótko mówiąc zbył, zlekceważył, olał moje sugestie, i stanęło na usunięciu kamienia nazębnego oraz założeniu jednej plomby na zębie z mikro próchnicą zamiast, logicznie, uratować/naprawić/załatać* (*niepotrzebne skreślić) coś w gorszym stanie. W trakcie przyszła recepcjonistka (stara kaczka znaczy) i zaczęła kwękać o jakiejś zepsutej części (???), którą należy zareklamować. A co mnie to do CH*** obchodzi? I czemu jakaś stara torba ględzi mi nad uchem, i w zasadzie czy nie mogła(a może wręcz powinna?) załatwiać takie sprawy bez uczestnictwa pacjentów? Czy to nie świadczy o pewnym braku profesjonalizmu?

14.36 lekarz odkłada sprzęt, pytam więc czy jutro możemy ruszyć dalsze dwa zęby? 'A to proszę przyjść trochę wcześniej, bo dziś w ciągu pół godzinki niewiele możemy zrobić' (pół godzinki? a przerwa na ciasto?!?). 16 minut roboty i 180 zł z mojej kieszeni.
Spieszył się na niedopitą kawę, zignorował podstawowy, ba, nieczekający zwłoki wręcz, cel wizyty, i w zasadzie to buc jak się patrzy z niego. Absurd i powtarzanie w głowie mantry 'w normalnym kraju to się nie zdarza'. A nawet jak się zdarza, to w charakterze 1% na 100 a nie 'most likely to happen' jak w przypadku Polski.
Egrh... Na tym skończyłam moją przygodę z gabinetem dentystycznym przy Siemieńskiego 4a/1a.

OH, BY THE WAY... from what you see above is my never-ending (or especially now very 'touchy' subject) complaining about Poland. One day and here you go, getting messy in familiar mud you know from your early days. So basically I am visiting Poland (my hometown, Wroclaw, to be specoific), crushing my friends' sofas (as a result of letting my room to somebody so in practice I don't have place to sleep at my 'home'), struggling with 'normal' appointment at the dentist and eating shitloads of Polish vegan nibbles.
Also, I am not 'heartless' anymore (see below) and finally got my own heart however on knee instead of my chest. Still requires some shadowing but Michele ( ossoservadio.blogspot.com) did really good job! Thanks Michele!


Wednesday, 23 November 2011

use and abuse

Dostałam gwizdek. Z dedykacją jak na załączonym obrazku.
Nic tylko jeździć i gwizdać. Wczoraj o mały włos nie przejechałabym gościa. I nawet nie było by w tym mojej winy. Dlaczego? Bo jechałam na zielonym a ten jeleń nawet się nie obejrzał przechodząc przez ulicę. Syndrom żyrafy na wybiegu (lub jelenia na.. też na wybiegu).
Dziś był dzień z serii 'lubię tę pracę': niemal w ciągłym ruchu, zmęczenie nóg, wyprzedzanie na drodze i pchanie silne na pedały. Sweeet...

P.S.I. Mały update: Wraz ze mną na skłocie jest 8 kurierów. Sweeet..



P.S.II. Gunther, dzięki za gifta!

Wednesday, 16 November 2011

Whooo, cars man, whyyyyyyy?

7-my tydzień na kurierce. Zaczyna się robić smutno. Szaro, MISTycznie (od 'mist' jak mgła, bynajmniej nie chodzi o metaforyczno-mistyczny aspekt kurierki, bo taki po prostu nie istnieje, przynajmniej dla mnie) i wietrznie. Wiatr równa się zimno, a ja póki co nadal nie dorobiłam się 'wiatrostopu' (tzw. windstoppera ma się rozumieć), więc jak czekam na kolejne zlecenie z książką na ławce, to najzwyczajniej w świecie marznę. A aby nie marznąć, wynajduję różne miejsca na tymczasowe przechowanie, przy okazji natrafiam na fajne kafejki, jak np St Ali na Clerkenwell Road czy niezliczone zielone skwerki, niektóre z nich, niestety, zamknięte dla publiki jako tzw. private gardens (zwłaszcza w zachodnie części Londynu, grr...).

Na głównych artyleriach turystycznych ludzie łażą niczym żyrafy na wybiegu w zoo
(albo święte krowy na ulicach New Delhi), czyli zero koncentracji na tym, co się dzieje wokół, żucie liści (metaforyczne) i powolne snucie się po sawannie (w tym wypadku ulicy dwukierunkowej bez rozglądania się na boki, jak np Oxford Street). Stąd coraz częściej prześladuje mnie wizja, by jeździć z gwizdkiem (patrz niżej).

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu NIE WIEM, czy lubię swoją pracę. Po prostu jest to coś, co wykonuję 9 godzin dziennie, w ramach porannego zniechęcenia nie chce mi się z początku naciskać na pedały (push, push, pushbikeee), ale potem wchodzę w rytm, robi się 'ruchliwie', aby nie użyć jakże pasującego ponglizmu jakim jest słowo 'busy'. Busy dzień lub dużo 'stand by', czytaj oczekiwania na kurs właśnie. Pod wieczór znów ciszej, a czasem kilka tzw. multidropów czyli kilka przesyłek z jednego miejsca.

I jeszcze częściej 'fakam' na ulicach. To ktoś mnie zaatakuje parasolką na światłach (przeciskanie się między pieszymi: wiedząc, że ciała A i B przemieszczają się ze stałą prędkością X, wiem, że mam przykładowo metr między ciałami A i B na prześlizgnięcie się, szkoda tylko, że ani ciało A, ani ciało B o tym nie wiedzą, na skutek czego doświadczam ataku (najczęściej) werbalnego), to taksówkarz zajedzie drogę, tudzież 'taktownie' przyblokuje mnie przy chodniku, no i klasyczne otwieranie znienacka drzwi tuż przed Twoją kierownicą (czyli za późno na HALT).

Z poniższym video zbierałam się już jakiś czas, tak czy inaczej idea gwizdka i ciągłego przeklinania pod nosem staje mi się coraz bliższa. Messengerski trailer do wirtualnego serialu 'Portlandia'. Enjoy.



Saturday, 5 November 2011

z szuflady 2/from the bottom of bullocks 2

czyli iberyjsko, francusko, wakacyjnie i streetartowo.
that is (s)iberian, french, streetart 'n' summer part 2.