Sunday, 30 October 2011

skłoticzka, czyli maj komjunity

Skłoticzka to bynajmniej nie jest pieszczotliwe zdrobnienie słoterskiego psa, ale naszego skłotu. Jest nasz sporo, jesteśmy zgrani, mamy wege kuchnię, wspólne obiadki, stół pingpongowy i piłkarzyki. Mieszka z nami kilka psów, kotów i dookoła zawsze plątają się znajomi domu, ekipa z RatStara (pobliskie social centre) czy po prostu dzieciarnia znajomych. Innymi słowy Wayne miał rację mówią "you must kiss many frogs before you find a prince".
A zatem skłoticzka crew i przyjaciele.



Sorbeta - skarpeta



Pirat Remek jedzący z pokrywki od słoika



Mefisto aka Mefik



Wąchal aka Martin



Stephen aka maj best nejtiv spiker frend


Wąchol goli wąsa



Wegański tort z bezami (urodziny Igora)



Marcelina mówi: jest G(reat)



Iga (chyba nie do końca przekonana do nakrycia na głowie)



Pajka zza Kuby aka Goliata


świeżonka

czyli nowe (stare też) wynalazki na skórze:
buka
pogrubiona wstążka
o mój faworyt - 'oko boga'


Saturday, 29 October 2011

faki, fiu fiu*y i k___wy

I jeszcze retardy. To mój podstawowy zasób słownictwa w trakcie pracy. No i brytyjskie thank you, excuse me where is post room/loading bay? i czasem cheers mate, żeby nie było, że totalnie zchamiłam się w pracy. Cztery tygodnie za kierownicą, 4 złapane gumy (wszystkie z ostatnich 7 dni), 3 mini wypadki, również z ostatniego tygodnia. Najpierw zaklinowałam się pedałem o krawężnik wskutek czego upadłam na (stojący) autobus. Rezultat: lekko scentrowane tylne koło, ale jadę dalej. Wczoraj wpadłam na maskę wykręcającego powoli auta, p-o-w-o-l-i czyli kierowca szybko zahamował, ja też, ale i tak polizałam maskę. Rezultat: jadę dalej. A dziś cofający kierowca nie zauważył mnie i tylko lekko szturchnął przednie koło. Jest lajtowo (hejtowo też przyznaję).
Zaopatrzyłam się w zajefajne łyżki do zmiany dętki (PEDROSy, polecam!), zatem za każdym razem, kiedy zmieniam dętkę ustalam swój nowy rekord. Mięśnie też przyzwyczaiły się do stałego wysiłku i chyba pora, by trochę przyspeedować z kursami, co chyba będzie celem na nadchodzący tydzień.
Acha, i praca w deszczu jest do kitu, ale ponoć prawdziwa frajda zaczyna się wraz z oblodzonymi ulicami. Sweeet...

photo by Chris [http://bwyh.wordpress.com/]



Saturday, 22 October 2011

- it made me feel unhappiness. does it make sense?

Usłyszałam na St Katherine's Way, tuż przy Tower Bridge, E1. A potem na skrzyżowaniu Theobalds Rd i Grays Inn Rd (czyli dużym skrzyżowaniu, WC1) zobaczyłam gościa, który jak gdyby nigdy nic prowadził po ulicy białego kucyka. Tak po prostu, szedł przez siebie a obok mijały go rzesze aut i rowerzystów.
Ostatni rok mieszkania w Pradze był obsesyjnie związany z nazwami ulic. Minął rok, odkąd mieszkam w Londynie i znów zaczęłam obcować z ulicami, tym razem jednak zwracam uwagę na to gdzie są i jakim dojechać skrótem, aby szybciej dowieźć paczkę, aby ominąć korek etc. (ale i tak jako kurierka jestem na razie sofciarą, choć moje 'traffic skills' chyba lekko wskoczyły do góry).
Ups and downs jednym słowem. Dalsza seria zdjęć z szarej strefy dysku C.

paris







ldn







skipping: ldn/paris/bcn







Sunday, 16 October 2011

schowane do szuflady/pigeon hole photographing

Zdałam sobie sprawę, że robię dużo zdjęć do przysłowiowej szuflady. Fotografuję, wywołuję, skanuję, po czym upycham po najciemniejszych zakamarkach dysku C. Nadszedł czas na odsłonę, dziś w wersji IMPRESJE: W ŚRODKU , cokolwiek mają one oznaczać/
I realised how many photograps I take are my pigeon hole photos. I photograph, develop, scan and then cram it in the darkest dead-end on my disc C. It' s time for disclosure, first one goes as IMPRESSIONS: INDOORS, whatever they mean/










Friday, 14 October 2011

zero one_zero one_

W końcu zdecydowałam się na coś, co świtało mi w głowie od dobrych kilku miesięcy. Zajmuje mi to dokładnie 9 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu, co razem daje 45 godzin w ciągu 7 dni. Przejeżdżone na rowerze, przeczytane w parku, kiedy czekam na zlecenie czy przeczekane w windzie, którą wjeżdżam do biur, post roomów czy np. na 15 piętro Broadgate Tower w samym centrum londyńskiego City.

Pushbiker. Messenger. Bike courier. Krótko mówiąc wylądowałam na kurierce.

Śmieję się, że nie miałam innego wyjścia, że mieszkanie z pięcioma kurierami zobowiązuje. I w zasadzie wybrałam nienajlepszy moment na rozpoczęcie, ale w sumie zawsze mogłam zacząć przygodę z kurierką w styczniu a tym samym rzucić się na głęboką wodę czy raczej głęboki lód zalegający na ulicach. Oswajam się ze stopniowo obniżającą się temperaturą, codziennie sprawdzam prognozę pogody na dzień kolejny i pomału kupuję goretexy, baselejery i inne windstoppery. I powoli zaczynam inwestować w mój single speed (powyżej).

Zobaczymy jak długo utrzymam się na messangerskim siodle, na razie jest fajnie. Są pozdrowienia na ulicy, machanie znajomym kurierom i częstowanie cukierkami w post roomach. Ale czasem jest też przepychanka między londyńskimi double-deckerami (co w gruncie rzeczy też jest fajne), wyzywanka z taksówkarzami czy gwizdanie na zapatrzonych w niebo turystów.

A 201, w skrócie 01 to mój call number. Poniżej moje ID z fotosem z foto-budki na Waterloo. Bez odbioru.