Saturday, 27 August 2011

Pari' et Bordo'

Dwa dni temu bylam w Bordeaux:

Jest francusko. Haute couture i powolne delektowanie sie jedzeniem. Wegetuje w St Michel, czyli na starowce w Bordeuax, w kamienicy z poczatku XVIII wieku, ktora oprocz hosta z couchsurfingu, zamieszkuje wielki, spasiony kot o imieniu Sza Szu.
Chodzac po Bordeaux mam wrazenie, ze stara zabudowa nigdy sie nie konczy, charakterystyczne dwupietrowe budynki z drewnianymi okiennicami i dekorowanymi balkonami ciagna sie niczym waz. Jedna waska uliczka za druga, i tylko barwnych tynkow brakuje, aby rozkleic sie jak w japonskiej mandze.
Zawsze powtarzam, ze wszystkie drogi prowadza nie do Rzymu, ale do Tesco, wiec we Francji wszystkie drogi prowadza do znanego rowniez w Posce Kerszczura. Ledwo wysiadlam z pociagu (nowy InterRail dziala lepiej, niz swietnie) i ufdalo mi sie zrecyklowac cukinie i marchewki. Sweet.

A teraz "rewizytuje" Paryz:

Nie sadzilam, ze szczury moga byc tak bezczelne. W Paryzu potrafia biegac ot tak miedzy zapatrzonymi w Notre Dame turystami. Tak jakby w lecie miasto bylo opanowane nie przez turystow, ale szczury wlasnie. Samym Notre Dame tez sie specjalnie nie jaram, juz chociazby notre dame w St Reims jest o wiele ciekawszy. Ale Eiffel... Eiffel ROBI WRAZENIE swoja majestatycznoscia i iloscia metalu wznoszaca sie w gore.
Ten rok to taka rewizytacja miejsc odwiedzonych wczesniej, odswiezanie znanych juz ulic i odkrywanie nowych. Ulice Paryza to jedna z najwiekszych sypialni bezdomnych w Europie, co przy ilosci sklepow typu Louis Vuiton i Givenchy tworzy tym wiekszy kontrast.
Bez odbioru. Weganskie crossainty w piekarni nieopodal. Mmmm...

Wednesday, 24 August 2011

año tras año. year by year. rok za rokiem (sejm szit)

Urodzilam sie w dobrym roku, tak jak wino. Tak jak ksiazka Georga Orwella o tym samym tytule.
Rok za rokiem spedzam ten dzien za granica. Choc w zasadzie termin "za granica" semantycznie dla mnie nie istnieje, jestem tu czy tam, teraz mieszkam w Londynie a pewnie za jakis czas przeniose sie gdzie indziej. Fajnie, ze zyje w dobie otwartych granic, ze juz nic nie stoi na przeszkodzie w pokonywaniu mil morskich czy ladowych.
Urodziny w Bilbao. Dzwiny sen, w ktorym studiowalam podyplomowo - proroctwo czy niespelnione ambicje? Nie wiem, ale jestem cholernie szczesliwa, ze okres studiow mam za soba. Dzis udalo mi sie sfabrykowac bilet InterRail na zkonczenie tego nieplanowanego tripu. Dzis po raz pierwszy w zyciu pieklam placki ziemniaczane, odwiedzilam Muzeum Euskadi czyli Kraju Baskijskiego i bylam w pracowni sitodruku, gdzie wydrukowalam miedzy innymi naszywke Orchid.
To byl fajny dzien. Jutro jade do krainy Year Of No Light, czytaj Made in Bordeaux.

///Jestem wytworem miejskim. Wlasnie to pomyslalam chodzac uliczkami Bilbao i popijajac sojowe latte z papierowego kubka (trywialny nawyk londynski?). Nie jezdze w gory, do puszczy czy do stepu. Jezdze w lasy szklanych domow, przenikam do malych uliczek na poludniu Europy i znikam w plataninie podziemnych tuneli seulskiego metra. Potrafie znalezc jedzenie w miejskiej dzungli, nauczona instynktem zawsze wyladuje przy smietnikach jednego z supermarketow. Poruszam sie bez mapy, chyba odziedziczony po homo erectusie zmysl kierunkow. A z zielenia obcuje tylko w parkach lub warzywniaku. Ciekawe na ile te umiejetnosci przydadza sie w dzungli amazonskiej? Na dzien dzisiejszy jest to jedyny ulamek przyrody, ktory mnie pociaga. Powaznie. ///


Tuesday, 23 August 2011

Euskera, Bilbao i Antifaxista

Wpadlam w sam srodek Fiesty de Bilbao. Aste Nagusia AD 2011.
W centrum miasta stoi kilkanascie scen, na kazdej widnieje symbol skloterski, flaga Antifaxista lub przynajmniej czerwona flaga baskijska. Jedna ze scen zajeta jest przed jeden z tutejszych sklotow, Kukutza, ktory dziala prezenie jako lokalne centrum kultury, i niestety jest zagrozony ewikcja.
W ogole mam wrazenie, jakby cala fiesta organizowana byla przez skloty, w dodatku po calym Bilbao rozsiane sa rzesze zalogi punkowej. Jak tak dalej bedzie przeniose sie do Hiszpanii, choc wybor miedzy Barcelona a Bilbao bylby raczej trudny.
Ludzie na ulicach tancza, pija (nawet nie na umor, jakby to mialo miejsce w przypadku Polski), krotko mowiac festyn jak sie patrzy, ale bez chcrakterystycznej odpustowej otoczki jak w Polsce chociazby. Jeden z performerow ulicznych aspirowal do miana hiszpanskiego Dub FXa ze swoim beatboxowym show, Jakby ktos byl zainteresowany pan nazywa sie Ram Z i z latwoscia mozna go znalezc na majspejs.
A w miedzy czasie zaliczylam wizyte u baskijskiej dentystki, ktora lamana angielszczyzna zdolala mi wytlumaczyc, ze moj zab jest "muerte" i ze czeka mnie powazne leczenie po powrocie do Londynu. Life goes on. Victoria, moja znajoma, piecze wlasnie weganska tortille a w miedzy czasie przesluchujemy kapele screamowe. Jest pieknie. Ponizej filmik przedstawiajacy troche Kukutze.


Thursday, 18 August 2011

LisboA:WESOME SKIPPING!!!

It is said that Barcelona is unofficial European capital of skipping (or "recycling" as they say in Spain) BUT Lisboa´s dumpsters seem to be even more spoiling... Everyday I have fresh bread (well, everynight to be precise) from local Pingo Doce. Big green bin is full of bread, and the bigger one offers loads of fruit, veg and dairy products. And its only local PD branch!
My favorite skipping site though, is health food store called "Celeiro Dieta" located in very centre of Lisbon. Yesterday, for instance, I skipped goji berries, pumpkin seeds, provamel soy milks, loads of vegan sausages and different kinds of tofu. Today I found ready-to-eat chinese noodles, even more tofu sausages and soy yogurts, not mentioning I had to limit my finds, knowing I am not gonna eat that all! And thats just on the right side from entrance to the shop.
Again today, I was skipping with homeless man and was amazed how nice he was to me:
- I am looking for yogurts
- You need to dig in the bottom, he said.
As Uniform Choice sang "Cooperatin is the key!"

My "Lisboa" tima is over, time to travel further north to Bilbao. So that's my goal for tomorrow - exactly 860 kilometers to Bilbao by hitching. So exxxcited about tomorrow, wish me luck...

Tuesday, 16 August 2011

A vida na estrada: Portugal

Estou em Portugal.
I'm in Portugal.

After fake Interrail voyages in Spain, swimming naked in Barcelona and sleeping on the rooftop in Huelva, I finally got to Lisbon.
I love to revisit cities I have been once before, as I always look forward to catch changes in cityscape, to recognise places I am familiar with and to check whether I am gonna get lost in streets labyrinth. My first visit in Lisbon was in Feb 2010 and I had told myself then "I wish I could come back here during summer". So there you go, I unplannedly arrived here.
Speaking about "unplanning", well, I hadn't plan holidays this summer but situation in London made me taking holiday break and without slightest idea where to travel I took a train from Lille and got to Barcelona.
Staying with friends, hanging out till dawn and catching sun rays were all I needed after dusty and rainy atmosphere in London. My stay in Barcelona extended to nearly two weeks and there was time to set out further South. I did try, however to frame my trip and had idea to visit Malaga and Morocco but my "destiny" (hehe, yeah right...) led me to Madrid instead.
Booking reservations on fake Interrail ticket is always fun as cashiers don't doubt about authenticity of the ticket, whats more they are so kind to ask about your seat preference ("by window or by aisle?", "by window please..."). Funny.
From Spain I got to Portimao which is situated in warmest part of Portugal, Algarve. Again, staying at 6th floor of "more glass than walls" apartment in the heart of old town, easy access to the ocean and playing Mario Bros made my stay there nearly perfect. Thanks Antonio for hosting me!
For now I know that on Friday (Probably? Well, you never can be sure 100%, can you?) I am hitching to Salamanca, and after then to Bilbao. Wish me luck and read you soon.

Oh, and short greetings from Hackney rapper, Professor Green, who sounds more or less like British Emidem, doesn't he?

Sunday, 14 August 2011

Hajlajf vs. Lowlife

Hajlajf w mowie.
W 4-gwiazdkowym hotelu na przedmiesciach Madrytu i w ultra szybkich pociagach Ave przemierzajacych Hiszpanie na wskros. Na 6 pietrze przeszklonego apartamentu w centrum Portimao i na parterze apartamentu w sercu zabytkowej dzielnicy Belem. Nad blekitnym oceanem w Algarve i w koncu tutaj, przed gigantycznym XL calowym monitorem komputera i szybkim laczem.

Lowlife w pismie.
W Huelva spalam na dachu, na ktory musialam sie wkrasc, a nastepnie przejsc po barierce. O 1 w nocy smieciarze bezlitosnie sprzatneli wszystkie kartony w okolicy, wiec spanie bylo raczej "na twardo". Lizbonskie smietniki aka "pingo doce"* to raj dla skipperow. W lokalnym oddziale wyhaczylam caly kosz pieczywa, mase owocow i warzyw. Nic tylko lowic.

Czuje, ze robie sie bezczelna. Podrabiany Interrail dziala bez zarzutu, ba, nawet rezerwuje na niego pociagi IC, EC a pani kasjerka jeszcze z usmiechem dopytuje sie czy wole miejsce przy oknie czy przy przejsciu. Dzis jechalam w wagonie z inymi interrailowcami i mimo wyraznej roznicy miedzy moim biletem a ich, konduktor poswiecil 3 sekundy na pokiwanie glowa z aprobata na podany mu skrawek papieru rzekomo made in Denmark. In Interrail we trust!

Na wiekszosci dworcow w Hiszpanii przed wpuszczeniem do pociagow klasy EC nastepuje szczegolowa kontrola bagazu podobna do tej na lotnisku, czyli odpada przewozenie ostrych przedmiotow, materialow latwopalnych i innych pseudoniebezpiecznych gadzetow. I nie wiem ile w tym bezczelnosci, ile ryzyka a ile czystej glupoty, ale udalo mi sie przejsc przez bramki z moim zestawem do otwierania puszek, krojenia pomidorow i samoobrony w formie scyzoryka i gazu pieprzowego.

W centrum Madrytu maja idealne kino znane jako "cine ideal", w Huelva sprzedaja "buergery" a w Lizbonie reklamuje sie "BIG Banco. Banco de investamento global". I jeszcze jedno, na dworcu Atocha uslyszysz, ze pociag odjezdza o "seventeen hours", kolejno o "eighteen hours" i tak do 12 w nocy. Nice one.

*) Tytul kojarzy mi sie ze skadinad wysmienita bajka Pingu, a "doce" brzmi jak hiszpanskie 12 a zatem czyzby chodzilo o "12 pingwinow" w nawiazaniu do filmu "12 malp"?!? Bynajmniej nie, znajomy tlumczyl cos na ksztalt "Slodkiej kropli" czy jakos tak.

Thursday, 11 August 2011

Zupa z trujacych jaszczurek czyli Bem vindo em Portugal

Zaciekawiona lokalna fauna, zapytalam sie Antonio, znajomego poznanego przez CouchSurfing, na co moge sie natknac w Portugalii.
- Sluchaj, macie tutaj jaszczurki i skorpiony?
- Mamy paskudne trujace jaszczurki. Bylo kilka przypadkow zatrucia sie nimi.
- ???
- Jak jest goraco, jaszczurki wchodza przez male otwory do kominow, a potem jak gotuje sie zupe, odpadaja od scian komina i laduja w zupie, a jak zupa trafia na stol, to...
- Czekaj, czekaj, ale jak to, ze jaszczurki chowaja sie w kominach? (znajac moja definicje kominu, cala koncepcja wydala mi sie co najmniej abstrakcyjna)
- Ty chyba nie wiesz za wiele o Portugalii, co?
- No nie do konca...

Po czym dowiedzialam sie, ze o tradycyjnych portugalskich kominach, o tym ze kuchenka logicznie stoi pod wlotem do komina, na kuchence gotuje sie zupa i stad mozliwosc, ze jaszczurka wyladuje w zupie a nastepnie zupa trafia na stol, a trucizna w zoladkach nieswiadomej niczgo familii. Funeral diner jak sie patrzy.

Saturday, 6 August 2011

Say no to ´cerveza, beer, coca cola, agua´

´Cerveza, beer, coca cola, agua´.
´Massaje, massaje´.

Na barcelonskich plazach nie ma zmiluj. Nawet beach party o 3 nad ranem nie obedzie sie bez wiecznego nawolywania pakistanczykow z reklamowkami wypelnionymi estrella. Przy wprowadzonej w Barcelonie prohibicji i stosunkowo duzej liczbie turystow, musi to byc rentowny interes.

Choc sama nie pije, to od przyjazdu tutaj uczestnicze we wszelkich alko nasiadowach z lokalnymi gettopunkami. Getto, bo statystyczny iberopunk wyroznia sie wygladem sposrod innych europunkow. Tu zapalniczka przyczepiona do lancucha na szyi, tu jakas opona od wozka dzieciecego owija kostke. Jest gitwa innymi slowy.

Zawsze sadzilam, ze absurdem by bylo, gdyby policja spisala mnie za picie alkoholu tylko dlatego, ze siedze z osobami, ktore pija. Okazuje sie, ze w Barcelonie i to jest mozliwe, a zatem moge siac legende o tym jak straight edge dostal mandat za picie. LOL.

´Patatas ondulades´i ´pipas gigantas´czyli falowane chipsy ala popularne kiedys ruffles i duze ziarna slonecznika. Jezykowe podobienstwa ´iberoizmow´tego typu tylko wzbogacaja ten trip.

Chyba jade dalej na poludnie. Chyba w poniedzialek. Codziennie zbieram sie aby jechac, ale po chwili wlacza mi sie ´mañana´ i kolejny dzien zalegam na plazy.

A zatem hasta mañana.

Monday, 1 August 2011

B2B, czyli Back To Barcelona

Nie jaram się Barceloną w znaczeniu stricte. Nie fascynuje mnie Barrio Gotico, architektura natchniona Gaudim czy widok ze wzgórza Montejuic. A jednak wracam tu, znalazłam schronienie tak jak w tekstach Grammatika, swój back up data system czy po prostu ostoję.

Po przeszło dwudziestoparogodzinnych wojażach francuską koleją na sfałszowanm bilecie interrail global pass, dotarłam do Barcelony. Po drodze zaliczyłam krótki nocleg w parku w Lille, pierwszą jazdę ultra szybkim francuskim ekspresem i w końcu potwornie zmęczona dojechałam do stacji Barcelona El Clot Arago. A potem już prosto na squat La Revultosa, gdzie nie spiesząc się szukam spokoju ducha.

Londyn jest jak czarna dziura. Wchłania, zabiera energię i mogę w nim funkcjonować tylko pod warunkiem, że średnio co dwa miesiące wyjeżdżam. Coś się dzieje, tracę równowagę pod nogami, pakuję się i jadę.

Nie wiem jak długo tu zostanę, nie wiem gdzie pojadę dalej, bez pośpiechu chcę płynąć przed siebie.