Sunday, 26 June 2011

it feels like summer

Właśnie wróciłam z Brighton. Słońcem zmęczona, opalona, nawet zaliczyłam pierwszą kąpiel w morzu 2011. Brighton jest trendy i gay friendly, mnóstwo wegańskich miejsc ze słynnym co-opem Infinity Foods na czele. Plaża niestety kamienista, w powietrzu fruwają watahy ćwierkających mew (jedna nawet spuściła mi na nogę 'spadochron'), ale atmosfera w Brighton i tak sprzyja całkowitemu resetowi systemu. Laaato...
Przy okazji testowałam Smenę 8, zdjęcia z serii 'lomo niewiadoma' wkrótce. Na razie coś, co choć minimalnie kojarzy się z wakacjami.


Tuesday, 21 June 2011

Jestem na swoim

Właśnie tak. Cały m-c i pół mieszkania w studio w słynnym eks magazynie znanym jako Cable Street Studios. Antresola, prysznic (do soboty wyłącznie zimny), szybki internet i gigantyczne okno z widokiem na City. Po sąsiedzku hipsterka.
Mieszkam 15 minut na pieszo od Canary Wharf, które fascynuje mnie swoją szklaną sterylnością i statusem drugiego po City centrum biznesowego w Londynie (a jeszcze w latach 60-tych ubiegłego stulecia było dzielnicą dokową) . Obecnie Canary Wharf stanowi siedzibę największych bankowych molochów, przy wjeździe do kompleksu czekają gotowi do kontroli strażnicy, zaś pracujące tam happy-yuppie zieją stresem niczym smok wawelski ogniem.
Przyznam się niechlubnie, że dziś zabłądziłam tam w labiryncie podziemnego centrum handlowego, które z dala błyszczy się marmurem niczym jedna ze słynących z przepychu stacji moskiewskiego metra.
Dziś czuję rosnące we mnie poczucie szczęścia. Wraca chęć do fotografowania, w głowie kwitną projekty fotograficzne, Jutro wypełnię zbieraniem keszy a w czwartek piekę wegańskie muffiny w jednej z zaprzyjaźnionych wege firm. Jest dobrze.



Idziemy na La Papę. Barcelona, kwiecień 2011.



Dżastin. Notts', 04/2011



Aussie, German and Me. Paryż, kwiecień 2011

Friday, 17 June 2011

A proposy i smędy owędy

Otoczona zewsząd tzw. hipsterką nie mogłam się powstrzymać przed zamieszczeniem poniższego video. Od ponad 6 m-cy mieszkam (noooo... zostańmy przy 'pomieszkuję') w okolicach trójkąta: Brick Lane, Stoke Newington i Broadway Market. Gdzieś po środku plasuje się mekka londyńskich hipsterów, czyli Shoreditch. Jest lans, jest hip, jest wąs i są 'rajbany'. I ciuchy żywcem wyjęte z epoki New Kids On The Block. Tutoriał poniżej:



A propo mieszkania. W ciągu 48 godzin przenoszę się do studia, gdzie przez najbliższy m-c będę mieszkać. Moja pierwsza, płatna baza od ponad 9 mc-y. LOL. I daleko od 'taking photos in London Fields'.
A propo pracy. Ponoć nowy projekt rusza i za dwa tygodnie wracam do testowania gier. Tak ciężko w to uwierzyć, że nadal po głowie krąży mi kurierka. Coś, w czym chciałabym się sprawdzić, wejść w tryby i na pewno nabrać lepszej kondycji kosztem rosnącej niechęci do roweru (wątpię).
A propo czasu. W ciągu 5 tygodni zabawy w Geocaching mam 94 'kesze'. Dziś uderzam w setkę.
Mentalnie czuję się bezrobotna. Są dni kiedy budzę się i mam wrażenie, że stoję nad przepaścią. A potem zabijam czas czytaniem, geocachingiem, spotkaniami, byle tylko nie mieć poczucia nicnierobienia, ale zaczyna mi brakować harmonogramu zajęć. I niby zajebiście, że tyle wolnego, że laba i dobrobyt w głowie, ale jakieś robaki zaczynają mnie podgryzać od środka.

Paweł, mejlowy znajomy, szczeciński kurier i działacz prorowerowy właśnie podesłał mi zdjęcie. wOw. Ukłony dla fotografa.



Tuesday, 7 June 2011

... on a mission?

Czuję, że zaczynam wszystko od początku. Z mieszkaniem, z pracą, z relacjami międzyludzkimi. Wpisuję w wyszukiwarkę Gumtree hasła 'hostel', 'Polish', 'Czech' czy 'translations' i pomału rozglądam się za pracą, która umożliwiłaby mi zarobienie hajsu na wytyczony cel w najmniej upodlający sposób. Teoretycznie cały czas jestem na grach, ale de facto od 3 m-cy nie spędziłam ani godziny za konsolą PS2.

W zasadzie z dnia na dzień mogłabym to wszystko rzucić, kopnąć i wysłać rzeczy do Polski, wybrać resztkę pieniędzy z konta i udać się na tripa chociażby po Europie.
Po prostu brakuje mi jaj. Zarazem wiem, że wyznaczyłam sobie cel pobytu tutaj i powoli zaczynam odliczać do stycznia/lutego.

Pocztówka z Londynu.




Sunday, 5 June 2011

7 days past

Po powrocie do Londynu miałam napisać spóźniony post o Pradze, i jeszcze zamieścić zdjęcia z Barcelony by było weselej.
Po powrocie miałam wprowadzić się do vegan chatki, ale i tu pojawiły się pewne perturbacje i w efekcie nadal waletuję u kogoś.
Po powrocie też miałam nadzieję, że wrócę do pracy a tym czasem wielkie, nieme 'coś' ma ruszyć pod koniec miesiąca i też nie wiadomo, czy będzie praca dla mnie.
'Mrdka' jednym słowem (cz.)
Gromadzą się małe mikro sprawy i zaczynają i kłuć, i wnerwiać i prowadzą do frustracji.

Dzieją się też fajne rzeczy. Jak na przykład to, że w ciągu niecałego miesiąca od zarejestrowania się na geocaching.com, odłowiłam 70 'keszów'. W środę po intensywnym step aerobiku przebiegłam dodatkową godzinę na bieżni, bez zwalniania tempa czy przerw w trakcie. I w końcu złowiłam aparat średnioformatowy, na który od X czasu polowałam: Lubitel 166B.



Mam czas. I ten przecieka mi czasem przez palce. I jeżdżąc na rowerze, czytając książkę czy zwyczajnie nadrabiając z mejlami powtarzam sobie, że przynajmniej aż tak go nie marnuję, to i tak pojawia się jakieś poczucie straty. Więc FROM NAŁ ON: rozejrzę się za nową pracą, poszukam nowej opcji wynajmu, ruszę z zinem i podgonię komórki mózgowe do efektywniejszej pracy.

Rozpoczynam serię zdjęć B&W zgromadzonych przez ostatnie 6 m-cy. Na pierwszy rzut łatwo zgadnąć co. Wybór tematów i dobór zdjęć całkowicie przypadkowy.