Saturday, 21 May 2011

M jak Macierz, W jak Wrocław

Post, który napisałam pierwszej nocy po przyjeździe:

Nieoczekiwanie zdecydowałam się na wyjazd do mojej Macierzy. Do Wrocławia znaczy się. A dokładnie na Kleczków, który przywitał mnie swojskim disco polo rozbrzmiewającym już od pierwszych kroków stawianych na znajomej ulicy, gdzie po prawej stronie wystaje paskudna biała plomba wypełniająca powojenną lukę mieszkalną a po lewej ostała się secesyjna kamienica z kwiecistymi ornamentami charakterystycznymi dla początku XX wieku. Na rogu plomby od kilku lat mieści się lumpeks, który kiedyś był warzywniakiem a jeszcze wcześniej spożywczakiem, w którym za dzieciaka zaopatrywałam się w ciasteczka 'BeBe' na pięciominutowych przerwach w szkole. Na drugim rogu również sklep z przedziwną historią, a bramę za nim 'Lewiatan' przed którym zawsze wystają bądź 17 - letnie matki z wózkami, bądź Romowie zamieszkujący Kleczkowską, bądź też mijający się w drzwiach lokalni sztajmesi i sztajmeski. Szczerze współczuję tamtejszym sprzedawczyniom. Wyobrażam sobie ile razy były błagane na kolanach, by sprzedać piasta 'na kreskę', a w zasadzie pewnie zeszyt z zakupami na kreskę leży schowany pod ladą.
Obmyślam plan działania na pozostałe dni, jak tu załatwić wszystko jak najszybciej, abym mogła więcej czasu spędzić na słodkim lenistwie cyklistycznym, spotkanio-przyjacielskim, bądź czysto piracko-internetowym.

Post, nad którym skupiam się teraz:

Ostatnimi czasy pochłania mnie Geocaching, czyli rodzaj gry miejskiej polegającej na znajdywaniu różnych mini-skarbów rozsianych po różnych miejscach typu pod ławkami, za rynnami czy przy murach. Jak można przeczytać na stronie geocaching.com:
"Geocaching is a real-world outdoor treasure hunting game. Players try to locate hidden containers, called geocaches, using GPS-enabled devices and then share their experiences online".
Dużo zabawy, zgadywania, i dzięki temu odkrywam swoje miasto poniekąd na nowo, układając w głowię siatkę 'keszów', które mijanych codziennie a o których mało kto wie.
Innymi słowy 'I'm soooooo into it', tak samo jak z poniższym "protest-songiem".
Elo rap!


Wednesday, 4 May 2011

unlucky tuesday theory

Kilka dni temu wróciłam z wyluzowanej Barcelony i niemal od razu wpadłam w stresujące sytuacja codziennego życia w Londynie. Pokój w wegańskim domu, który zdecydowałam się (o dziwo) wynająć, zwalnia się dopiero za 3 - 4 tygodnie, czyli kontynuuję moje wieczne waletowanie u znajomych. Aktualnie w nowej odsłonie - południowy Londyn. Coraz bardziej uzmysławiam sobie, że nie wiadomo jakbyś się nie starał/a być fair, zawsze trafisz na jakiegoś debila na swojej drodze. Wczoraj ktoś mnie potraktował w strasznie chamski sposób,i mam wrażenie, że w tym mieście nie trudno o takie osoby. Poza tym zepsuł się mi dysk przenośny, zaś odzyskanie i skopiowanie w serwisie to wydatek rzędu 100 funtów:/

Wczoraj był wtorek, czyli potwierdza się teoria pechowego 'unlucky tuesday' jak zwykłam go nazywać. Nie wiem, gdzie spędzę przyszły wtorek, ale postaram się być z dala od ludzi, od komputera i telefonu, by zminimalizować krążące nade mną fatum.

Nie narzekam jednak. Przywiozłam z Barcelony dwa suweniry (poniżej).






Since 22nd of March 2011 every second Tuesday tends to be very unlucky to me. First unlucky day ended up with visit in hospital, I got stolen wheel from not even mine bicycle and got evicted from squat in Leyton. Next, two weeks later I again faced two housing rejections. Then decided to go abroad to take breath and rest from London. I came back three days and seems that I've been dogged by ill fortune. Just when I had decided to rent a room in a vegan house with friends of mine, it turned out that the room will be available not in one week but up to 3 - 4 weeks. So I still crash friends' places. Yesterday I took my broken portable hard drive (which has all my data) to repair shop and service man explained that recovering data would cost at least 100 quid :/ Later that day somebody was very nasty to me just out of nothing.

I collect all these coincidences and misfortunes that happened to me in last 6 weeks and I am trying put them together, so I could draw an interpretation from it. No luck so far. Nobody said it's gonna be easy however sometimes I feel simply overwhelmed by incidents I have to face.
I am really thankful tough that Imanaged to meet few people here I can always rely on.

p.s. Pictures above are my 'souvenirs' from Barcelona. Czech 'upřímnost' stands for 'honesty'.