Monday, 25 April 2011

Przed, po i w międzyczasie czyli in the meantime travel

Najpierw był Paryż. Ze swoim ulicznym przepychem, wieczornym zaleganiem na polach marsowych i totalnym poczuciem beztroski. I dużą ilością zdjęć (patrz niżej).


All photographs were taken by Chris, check out his website: http://bwyh.wordpress.com/

Potem był Londyn. Dwa dni przenoszenia swoich rzeczy w bezpieczne miejsce, dwa dni niepewności, spania na zaprzyjaźnionym skłocie, i wiem, że po powrocie czeka mnie ostateczne rozwiązanie kwestii mieszkalnej.


Jestem w zrelaksowanej i tętniącej życiem Barcelonie. Zalegam na sympatycznym polskim skłocie z ekipą, która żyje z robienia gigantycznych baniek mydlanych i skippingu (lokalnie zwanego ‘recyklingiem’). Przez skłot przewala się mnóstwo ludzi, jeszcze więcej poznaję chodząc na różne akcje i skłoty, co nadaje tempa pobytowi tutaj, i tak np. w piątek nieoczekiwanie wylądowałam o 1 w nocy w domu dopiero co poznanej meksykanki z Teksasu, która katowała mnie winylami typu ‘Schoolgirls’ i opowieściami o koreańskim romansie. A potem pojechałam na koncert iberopunka do pobliskiego skłotu, choć wcale nie gustuję w brudnym rzępoleniu z półwyspu. Po prostu nastawiam umysł na tryb ‘działanie’ i daję się ponieść temu, co przyniesie chwila, nie zastanawiając się zbytnio co i jak.

Druga strona pobytu tutaj, to zaleganie na plaży z książką, przeskakiwanie przez bramki w metrze i bogactwo jedzenia wysypujące się z pobliskich śmietników. W centrum znajduje się multum lokalów przyjaznych dla wegan (np. vegan bar Gopal), w lodziarniach dostępne są przepyszne lody sojowe a na półkach z jogurtami stoją sojowe Danone’y (czym nie mam zamiaru propagować tejże marki).

Przypominam sobie mój ostatni pobyt w Barcelonie, odwiedzane miejsca, moje podejście do tego miasta, towarzyszące mi poczucie wyobcowania i to, jak czuję się teraz. Jak powoli wdrążam się w tutejszą załogę, jak przecieram swoje barcelońskie skróty i szlaki, jak odkrywam łatwość życia tutaj i jak nabieram powietrza w płuca. Jakże inaczej wpływa na mnie dawka świeżych promieni słonecznych z południa, aura miasta, gdzie w co drugim słyszanym zdaniu pojawia się słowo ‘tranquillo’ (‘spokojny’). To już nie jest zasmogowany, zestresowany Londyn, ale wyluzowana stolica Katalonii, w której najzwyczajniej w świecie łapię równowagę i oddycham pełną piersią.


Zapiski z Hiszpani 2006


Three European cities. Paris – London – Barcelona.

Had felt nearly like home staying with Shobhana and other CSurfers at her parisian appartment. Felt emotionally homeless back in generally hostile London. Feel so good in Barcelona. Staying at the friendly squat with super – nice Poles. We dumpsterdive (or ‘recycle’, to use more Spanish term) heaps of fruit and veg found in nearby supermarkets, we helped with cooking for ‘Zombie movies night’ and fun is gonna last few more days. Living here, like in London, can be moneyless, but the sun appears more often in Barcelona’s sky.

Sunday, 17 April 2011

Celá Paříž. All Paris. Cały Paryż

Pod takim tytułem sprzedaje się Paryż na stoiskach z souvenirami.
Souvenirów w brud, najczęściej w formie ejflowskiej ikony. 4 breloczki w cenie 1 euro pod wieżą. Good deal?

Mam za sobą 3 dni tzw. hangoutu z rozrywkowym Joelem, wyluzowanym Zackiem i bliskim kolegą z Niemiec, którego znam jeszcze z 'praskich' czasów. W między czasie miałam okazję przypatrywać się złodziejskiej praktyce 'na bransoletkę' w dzielnicy Montmartre, jeździłam na deskorolce po Champs - Elysees, jeździłam też na gapę w metrze i co najważniejsze odpoczęłam od wszystkich negatywnych wydarzeń z ostatnich tygodni w Londynie.

Take a breath. Clear your mind. Take a rest.

CouchSurfing to super sprawa.

Thank you Chris for a meeting!

Sunday, 10 April 2011

life goes on

biegam,
pływam,
skaczę,
byłam na hapkido,
na bbq,
na performensie,
jeżdżę kolażówką,
odwiedzam skłoty,
szukam pustych budynków,
szukam jedzenia na śmietnikach,
błąkam się po stoke newington,
rozwiązuję kwestie mieszkalne,
poznaję ludzi
i jeszcze raz poznaję ludzi.
spotykam się ze znajomymi,
słucham sigur rós,
czytam książki,
siedzę w parkach
i w końcu znalazłam cs hosta w paryżu.

podejrzewam, że ostatnio nie tylko grunt mieszkalny tracę pod nogami, ale i emocjonalnie bywa krucho, jednak jak to mówią lokalni 'life goes on', więc staram się być zajęta i nie myśleć za wiele. codzienność gejms testerki, która ma dejs of innymi słowy.

Friday, 8 April 2011

Przed dwoma tygodniami miałam tzw. unlucky tuesday. Ostatni wtorek podobnie, tym razem jednak uderzył podwójnie w kwestie bytowe. Cóż, od momentu przeprowadzki tutaj nie miały się najlepiej, więc teoretycznie nic nowego. Wzloty i upadki. Potrzebuję zresetować umysł, opuścić London z niesprzyjającą aurą. Odpocząć innymi słowy. 40 funtów za autokar tam i z powrotem do Paryża. Środa. 5 dni w trybie ‘reset’.

Poza tym staram się zabić czas. Czytaniem, wysiłkiem fizycznym, spotkaniami z ludźmi, internetem i chodzeniem po galeriach. Mogę przyznać, że nowoczesna sztuka w wykonaniu londyńskich hipsterów zaskakuje przerostem formy nad treścią a przede wszystkim wygórowanymi cenami.

Ludzie są po prostu ludźmi. Nie liczy się na ile w porządku jesteś, na ile nie przeszkadzasz nikomu, ale na ile jesteś towarzyski/a, nie odmawiasz jointa i siedzisz w living roomie gadając o przysłowiowej d**** maryny. Zawsze natrafisz na jakiegoś buca.

nudny SxE dzieciak.