Thursday, 31 March 2011

półka

Jest i ona. Półka na której śpię.
To tak jakbyś był/-a na wiecznym kempingu. Spanie pod osłoną dachu i kołdry (tzw. winter protection) daje wrażenie namiotu. W środku ciepło, klimatu dodaje światło lampki, nawet internet tam łapię. Rozwiązanie zastępcze, ponieważ ciągle poszukuję swojego kąta przynajmniej na kilka m-cy. Abym mogła ruszyć z zinem i zająć się własnymi mini-projektami. Zatem zobaczymy jutro.


Czasem mam wrażenie, że mieszkanie na skłocie to taka zabawa w dom dla niedorosłych- dorosłych, które z przyczyn osobistych czy środowiskowych opuściły swój kraj, rodziny i znajomych. Które balansują w tym świecie rozpoczynając przypadkowe związki, karmią się łatwo dostępną kodeiną i lamentują 'oł dżiz, ajm tłenti.... ajm soł faking old'. A może to ja stałam się wybredna w doborze tematów do rozmowy, wbijam w wydarzenia i filmiki fejsbukowe i jestem tylko nudnym sxe dzieciakiem, co siedzi przed kompem, z nosem w książce lub pedałuje na rowerze.

Monday, 28 March 2011

Z wizytą u Robin Wursta

Hajlajf: Wegańskie wursty Lindy McCartney (i sojogurty made in Asda). Jazda na holenderce (na zmianę z ostrym kołem). Lokalny comicshop (zarejestrowałam komiks "Emitown" - lol). Hipis party z nutą reggae (i ziom w spodniach w kwiaty). Wieczorna jazda na rolkach (i polsko-romskie getto). Dumpsterdiving u Turasów (6 melonów i limonki). Hangout ze znajomym i zaleganie przed komputerem (ultimate utub seszyn). To był definitywnie udany wypad do Nottingham. Przy okazji Hi5 dla Dżastina i ekipy z Radford blvd.

Właśnie zalegam na "swojej" półce (zdjęcia wkrótce), słucham Tetrisa na zmianę z HiFi Bandą i myślę o tym jak to fajnie żyć z dnia na dzień, czytać książki na parapecie, budzić się o 12 i po prostu płynąć powoli do przodu. Dzień za dniem. Moje DNA ma zakodowaną informację o towarzyszącym mi trafie i bazując na tym płynę dalej wierząc, że moja łódka wpływa do bezpiecznych portów. Czasem pojawią się jacyś morscy piraci i inni hackerzy, ale nie daję się. I tak np. właśnie dowiedziałam się, że przez najbliższe dwa m-ce mam rower. I mimo, że nadal nie mam swojego miejsca, i tak jestem w "Yuppi!" nastroju.

Piosenka dnia. Plus za świetną nutę, tekst i oczywiście teledysk.

Thursday, 24 March 2011

Powrót na stare śmieci (Dove Row 2)

Na jakiś czas wróciłam na "półkę", czyli wolną przestrzeń w holu, tuż nad innymi pokojami. Mówię sobie, że mieszkanie nad innymi to jak koncepcja nadczłowieka u Nietzschego. Zobaczymy.
Po 3 godzinach spędzonych w Homerton Hospital dowiedziałam się, że mam impetigo (ze względu na negatywne konotacje, polską nazwę wolę przemilczeć) i grzyba na twarzy. Wspaniale.
Rower z powrotem jeździ, ale chyba nie jestem upoważniona do korzystania z niego. Czyli wracam do TfL-u (Transportation for London) :(
Przynajmniej nie narzekam na nudę. Potrzebuję wyfrunąć z miasta, jutro jadę do Nothingam.

Dove Row i czekająca na mnie półka na 2 piętrze.


Tuesday, 22 March 2011

the best joke you've ever heard

Pomyślałby kto. Jeden dzień, a ile tyle atrakcji losu. Dziś przytrafiło mi się tyle niemiłych rzeczy, że 22. marca mogę zaliczyć do prześmiewczych przypadków losu. Najpierw straciłam dach nad głową, czyli powrót do mojej sagi homeless doga za sprawą natychmiastowej eksmisji. Ponoń jutro mogę odebrać swoje rzeczy. Ciekawie. Następnie jakiś niecny uliczny złodziej ukradł mi przednie koło, i jak się później okazało rower jednak nie do końca był mój (co jest chyba kolejnym powodem rozżalenia). Po dwóch godzinach intensywnych przemyśleń i skoków aerobowych stwierdziłam, że muszę iść do szpitala, bynajmniej nie z powodów mięśniowych. Od kilku dni schodzi mi naskórek z twarzy. Zakładam, że przeistaczam się w zombie i dlatego odpada mi skóra. Tak, pewnie o to chodzi.
Na domiar złego coś szwankuje moja konstytucja, hmm, emocjonalna, a zatem konkluzja jest taka, że w ciągu 24 godzin moja mentalna sielanka zmieniła się w brunatne grzęzawisko.
A ja się z tego śmieję. I nieustannie podśpiewuję pod nosem "Chana Masala" od Loop Troopów.


compactflash dot com

Miesiąc temu będąc na pchlim targu wyłowiłam pewien aparat. Tzw. no name (z tego, co się orientuję compact flash nie est rejestrowanym trademarkiem 'made in HK' ala Lomo Smena 8M.



Przetestowałam w Rzymie. Jest Watykan, jest i przedziwny sklep z bielizną marki 'Clara'.









Thursday, 17 March 2011

dejs off end mystikal Łowinia

Czas przecieka przez palce. Albo zostaje złapany w wiadro, w miednicę czy w wannę. Być może z punktu widzenia wydajności czasowej ostatnie dni przypominają nieróbstwo w czystej postaci, jednak nie jest to czas stracony. Jest to czas złapany w miskę.

Bo czy można nazwać stratą czasu jazdę Vespą po autostradzie z szalonym Włochem? Lub zjazd materacem po schodach? Czy nawet jazdę na rowerze po pokoju (wychodzą niemal regularne kółka jak w cyrku, tylko na zakrętach rower trochę nie wyrabia i trzeba się nogą podpierać).

Właśnie tym zajmuje się tymczasowo bezrobotna testerka gier. Oprócz tego czyta, odpisuje na mejle, śpi z kotem i pozwala sobie stawiać tarota. Karty nie kłamią. Trzy razy stawiane trzy razy pominęły kwestię rocznej podróży po Azji, ale czeka mnie za to ‘propsperity and fertility’, w Londynie więc nie ma tego złego...

................................................................................

Podróż w krainę dzieciństwa do mistycznej Łowinii. Miejsca, gdzie wszystko się dla mnie zaczęło (podle legendy to tam spotkał się plemnik mojego ojca i komórka jajowa mojej matki). Pokój, do którego miałam ograniczony dostęp. Zbiór przypadkowych mebli i obiektów kolekcjonowanych na przestrzeni kilkudziesięciu lat: dwa solidne drewniane łóżka tworzące tzw. małżeńskie łoże, lampa pamiętająca zamierzchłe czasy designu lat 70-tych, przedwojenny obrazek święty i nieśmiertelna maska boska częstochowska. I paskudny kaczor siedzący na retro stojaku na doniczki.

Tej lipcowej nocy wszystko ułożyło się w jedną całość.

Monday, 14 March 2011

.as simple as it can be.

Has been long time since I put here post in English. Either way, living in London finally gets colours I wanted to. Spring colours, rainbow colours or just any colours but black and white. I am temporarily jobless and spend my days reading, getting fit or visiting friends. Managed to find my own place, though so far spent there less than 3 days. Seems that my 5-months habit of crashing friends’ places has put down its roots deeply enough. Oh, and I finally got my bike. Not necessarily comfortable one, but gonna work on it. All sounds idyllic, but I assume we create what we want to have and I simply follow this.


"as simple as it can be"

Sunday, 6 March 2011

less of homeless


Dopisek z 6. marca 2011:

Pokój przygotowany do zamieszkania. I pojawiła się mała rysa.

Dowiedziałam się mianowicie, że 18. marca mamy sprawę w sądzie a tym samym istnieje ryzyko eksmisji. I mimo, że w praktyce (a zarazem według tutejszych squat rights) od wydania ewentualnego nakazu eksmisji do jego uprawomocnienia mija około 2 m-cy, to w mych myślach zebrały się czarne chmury. A tym samym zdałam sobie sprawę, jak bardzo potrzebuję własnego kąta w tej makro aglomeracji. Miejsca, gdzie wiem, że mogę spać, trzymać swoje szpargały, zaszyć się z książką czy po prostu zapraszać znajomych (i nocować ludzi z couchsurfingu).

Tak czy owak, mam zapewniony dach nad głową na najbliższe 2 miesiące. Jest dobrze. Mam wolne w pracy, zapisałam się do biblioteki czeskiej, słońce coraz częściej gości na londyńskim niebie i jestem aktywna fizycznie, ba, nawet na saunę uczęszczam (!), więc mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Acha, właśnie tak.