Monday, 31 January 2011

amster.derstam.



from bunch of photos i took in amster.derstam, chose this one.
not that it's raining in london today, nor that i have bad mood.
just short reminder about my travels.

Saturday, 29 January 2011

Out with the old, in with the new

Mój tydzień w liczbach to:
7 znalezionych rękawiczek
6 godzin snu na dobę (średnia)
5 dzień z rzędu w tym samym ubraniu
4 godziny snu po wczorajszym karaoke
3 pomadki ochronne do ust znalezione na ulicy
2 metrowy mur, który o dziwo, udało mu się pokonać
1 nieudana próba skłotingu (i nielegalna ewikcja z samego rana)


Moja bezdomność zaczyna zakreślać coraz szersze kręgi. I może powinno mnie to martwić, ale jest wręcz na opak, bo im bardziej tracę dach nad głową, im więcej rzeczy wożę wszędzie z sobą w plecaku (grzebień, szczoteczka, pojawił się dezodorant i zapasowe skarpetki), i u czym większej liczby osób nocuję, tym bardziej wzrasta moja mentalna beztroska i wolność.

Fajnie mieć własny pokój, ale na chwilę obecną wystarczy mi nikła pewność, że tej nocy mam gdzie spać. Nie potrzebuję stricte swojego legowiska czy swojego roweru, wystarczy, że TU i TERAZ mogę korzystać z powyższych. W ogóle moja chęć posiadania maleje z dnia na dzień, nawet mój notebook jakby bardziej się uspołecznił.

Moje życie obrało chaotyczny kierunek (z dotychczasowego chaosu wpadłam w międzygalaktyczną czarną dziurę chaosu, to tak jak wpłynąć z rzeki do morza) i, paradoksalnie, jedynym szkieletem nadającym mu kształt jest moja praca. Klasyczny ‘9 to 5 job’, wokół którego toczy się mój 24 godzinny rytm dnia. Przy czym nadal towarzyszy mi totalny brak etyki pracy, jedynie pierwotny cel przyjazdu tutaj (patrz: pożądany powrót do Korei, tym razem na co najmniej rok) utrzymuje mnie za biurkiem. Choć nie ukrywam, fajnie być wynagradzaną za 8 godzin grania w Killzone.

Coraz częściej nie wyrabiam się z odpisywaniem na e-maile, z postami na bloga, ze zszyciem głupiej dziury w kurtce, nie zdążam nawet do pracy, ale wiesz co?

W głębi duszy towarzyszy mi poczucie szczęścia, niezależnie od tymczasowych trosk, braku stabilizacji, ba, wręcz przeciwnie, coraz bardziej dochodzi do mnie, że właśnie stan DESTABILIZACJI jest tym, co mnie nakręca do działania i akumuluje energię na później.

Nie żebym chciała temu nadać poczucie heroizmu, tudzież okrasić mój żywot szczyptą skłotersko-anarchistycznej zajebistości, ale w swoim otoczeniu znam mało osób, które doceniają po prostu to, co mają, ciesząc się z tego, co jest i jak jest.


Where are we going?
What have we done?
Everything we've learned, it's all just been ignored.
We turned it all to cinder, we turned it all to rust.
We're standing in these ruins, and it's all because of us.
We load the gun and we pull the trigger,
Looking into tomorrow, we'll all have turned to dust.
Lost, lost, lost in our own heads.
Lost, lost, lost to ourselves.

by Mouthpiece ‘Cinder’

Wednesday, 12 January 2011

a homeless dog in limbo

Jestem bezdomnym psem. Nie żeby słowo 'bezdomny' czy 'pies' miały znaczenie pejoratywne, a wręcz przeciwnie. Psy zawsze ceniłam bardziej niż koty, a swoista bezdomność daje mi nieukrywaną radość i, prozaicznie, poczucie wolności. I chociaż nie wiem jak długo mogę zostać na Dove Row, to jakaś durna nadzieja i poczucie życiowego fuksa (i jeszcze wewnętrznego 'czuja') podpowiadają mi, że zostanę tu na jakiś czas.

Co więcej, w pewien sposób jestem zawieszona między dwoma adresami. Oficjalnym i mniej oficjalnym, jeszcze jest ten najoficjalniejszy adres, na który przychodzi moja poczta, ale już dawno zerwałam kontakt z realiami pomieszkiwania na Ealingowym Polaczkowie.

Tak więc siedzę z kompem w nie swoim pokoju, gdzie w zasadzie tylko śpię, i gdzie nawet rzeczy swoich nie mam. Jedzenia też mam więcej na biurku w pracy, aniżeli tutaj, w końcu spędzam tam najwięcej godzin w ciągu dnia.

Freedom is a state of mind. A przynajmniej mój umysł jest w takim stanie.

Sunday, 9 January 2011

O Kozie Nostrze, Eskalatorze i innych paranojach

Ostatnimi czasy Koza Nostra prześladuje mnie niemal wszędzie.
Oglądając kolejne części Ojca chrzestnego śledzę poczynania Kozy Nostry.
Znajomy ze skłotu skarży się na 'Gout' (czyli podagrę), w wolnym tłumaczeniu po prostu cierpi na Kozę (Nostrę).
Na Kozę poniżej natrafiłam w Pradze. Słonecznej, czerwcowej Pradze, gdzie kozy jako takiej może i nie uświadczysz, ale Koza Nostra pojawia się np. na Vršovicach.



Koza Nostra. Lomo. Czerwiec. Praha 2010.

Z innej beczki. Statystycznie każdy ma swoje paranoje, ja na przykład mam dwie: parasole i ruchome schody.

Parasole - bo stanowią poważne zagrożenie na ulicach.

Sytuacja: Idziesz ulicą, zaczyna kropić. Coraz intensywniej i intensywniej krople wody atakują przechodniów, więc ci zawzięcie zaczynają wyciągać parasole. I wtedy zaczyna się sieka, ty momentalnie zapominasz o ulewie i skupiasz się nad tym, aby przypadkiem jedna z nasadek drutów, wystających z napiętych parasoli, nie trafiła Cię np. w oko. Parasol już szczerzy druty na Twoje ciało szkliste, rogówkę, tudzież ciecz wodną oka. Pół biedy jak nosisz okulary, ale jak krople zalewają Twój podstawowy ekran na świat (w sumie dwa), w końcu pasujesz, okulary zdejmujesz i jesteś narażony/a na atak z druta. A pociągnięcie z druta, mówiąc potocznie, może się skończyć wypłynięciem gałki ocznej, aby skończyć na jednej z wielu możliwości.

Ruchome schody - bo stanowią poważne zagrożenie w miejskiej dżungli.

Z ruchomymi schodami nie ma żartów. Przypuszczając, że eskalator ma 80 m długości, stoi na nim jednocześnie około 60 osób, i jedna z nich (ta na samej górze oczywiście) przechyli się do tyłu np. 45 stopni, to wszyscy po niej spadną na sam dół niczym klocki domino. Zasada reakcja łańcuchowej z następstwem twardego lądowania (TUTAJ znajduje się cała lista ‘top escalator accidents’). Nie mówiąc o możliwości wciągnięcia buta, sznurówki, czy hijabu, przed czym przestrzegają naklejki w teherańskim metrze.

Dlatego UWAGA na stojące przed nami mamuśki z wózkami, rowery i kogokolwiek z ponad gabarytowymi przedmiotami. Z reguły też trzymam się z daleka od krawędzi, choć przyznam się, że eskalatorowe szczotki świetnie polerują buty.