Tuesday, 27 December 2011

Nic a nic



Zdałam sobie sprawę, że w grudniu nie pisałam nic. Nic a nic.
Nie pisałam, bo i nie miałam o czym. Od razu po powrocie wpadłam w wir pracy. 9 godzin nieustannej jazdy z różnego rodzaju prezentami świątecznymi, przy okazji ustaliłam swój kurierski rekord (30 kursów w ciągu dnia!) i jeszcze bardziej zajarałam się kurierką.
Haruki Murakami napisał kiedyś książkę pt. "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" udzielając tym samym częściowej odpowiedzi na często zadawane mu pytanie "O czym Pan myśli biegając?".
Zaczęłam sobie zadawać podobne pytanie i doszłam do wniosku, że pojawiają się idee. Jak na przykład ta, że potrzebuję wyrwać się do ciepłego kraju. Idea dorasta i przekształca się w stan namacalny w postaci zabookowanych biletów lotniczych do Maroka na luty. Kolejna idea to przemalowanie pokoju, i dziś korzystając z wakacji, dodałam kolejne wzorki do swojego i tak już wzorzystego pokoju (patrz wyżej). Pojawiła się też idea zmiany pracy, tudzież statusu zatrudnienia na bezrobotny (skoro i tak wyjeżdżam...), na razie jednak jest to nadal pomysł "nienamacalny".
W ramach mobilizacji ogłaszam również wszem i wobec, że zabieram się za zine'a, za Crossroads #4. Będzie podróżniczo, filozoficznie, wegańsko i wszystko okraszone cut'n'paste'owym layoutem.

Wednesday, 30 November 2011

GG 10817922 "polski mental mnie przerasta"

Post będzie po polsku, bo akurat jestem w kraju z 'polskości' słynącym.
Długo wyczekiwana, ba w zasadzie jeden z 'hajlajtów'' i powodów wyjazdu do PL, wizyta u dentysty dostarczyła mi 'Day of Wacko (czyli Dzień świra, od razu przepraszam za wszystkie 'ponglizmy') feeling'.
A zatem, wizyta na 14, pojawiam się troszkę przed, wchodząc kłaniam się doktorowi, ten zaś mija mnie bez słowa (buc jakiś?). Równo o 14.01 wszyscy pracownicy gabinetu, łącznie z recepcjonistkami, znikają w pokoju przy poczekalni, aby celebrować czyjeś urodziny. Słychać konsumpcję ciasta, zaparzanie kawy, do tego 'ochy' i 'achy'. Czekam i myślę, że przynajmniej recepcjonistka mogła powiedzieć przykładowo 'proszę chwilę poczekać, doktor ma przerwę'. Cokolwiek, ale nie powiedziała.
Więc czekam dalej, analizuję pomalowaną na pomarańczowo tapetę (pewnie celowo na rozśmieszenie pacjentów wybrali taki mało 'szpitalny' kolor) i jakąś dziwną makietę zrobioną z muszli, która wisi tuż za kontuarem (pamiątka z Władysławowa?) i zaczynam myśleć o ESCejpowaniu się.

14.20 dentysta w końcu wychodzi zza drzwi i rzuca 'zapraszam do gabinetu'.
Pokrótce wykładam cel wizyty, że infekcja jeszcze w Hiszpanii, że 'dente muerte', że prawdopodobnie kanałowe, i w sumie dolna jedynka również wymaga interwencji ad hoc.
Lekarz postukał po zębach, wyliczył, o zgrozo, '-naście' ubytków, do chorego kanału nawet nie zajrzał, (nie wspominając o nieszczęsnej jedynce), krótko mówiąc zbył, zlekceważył, olał moje sugestie, i stanęło na usunięciu kamienia nazębnego oraz założeniu jednej plomby na zębie z mikro próchnicą zamiast, logicznie, uratować/naprawić/załatać* (*niepotrzebne skreślić) coś w gorszym stanie. W trakcie przyszła recepcjonistka (stara kaczka znaczy) i zaczęła kwękać o jakiejś zepsutej części (???), którą należy zareklamować. A co mnie to do CH*** obchodzi? I czemu jakaś stara torba ględzi mi nad uchem, i w zasadzie czy nie mogła(a może wręcz powinna?) załatwiać takie sprawy bez uczestnictwa pacjentów? Czy to nie świadczy o pewnym braku profesjonalizmu?

14.36 lekarz odkłada sprzęt, pytam więc czy jutro możemy ruszyć dalsze dwa zęby? 'A to proszę przyjść trochę wcześniej, bo dziś w ciągu pół godzinki niewiele możemy zrobić' (pół godzinki? a przerwa na ciasto?!?). 16 minut roboty i 180 zł z mojej kieszeni.
Spieszył się na niedopitą kawę, zignorował podstawowy, ba, nieczekający zwłoki wręcz, cel wizyty, i w zasadzie to buc jak się patrzy z niego. Absurd i powtarzanie w głowie mantry 'w normalnym kraju to się nie zdarza'. A nawet jak się zdarza, to w charakterze 1% na 100 a nie 'most likely to happen' jak w przypadku Polski.
Egrh... Na tym skończyłam moją przygodę z gabinetem dentystycznym przy Siemieńskiego 4a/1a.

OH, BY THE WAY... from what you see above is my never-ending (or especially now very 'touchy' subject) complaining about Poland. One day and here you go, getting messy in familiar mud you know from your early days. So basically I am visiting Poland (my hometown, Wroclaw, to be specoific), crushing my friends' sofas (as a result of letting my room to somebody so in practice I don't have place to sleep at my 'home'), struggling with 'normal' appointment at the dentist and eating shitloads of Polish vegan nibbles.
Also, I am not 'heartless' anymore (see below) and finally got my own heart however on knee instead of my chest. Still requires some shadowing but Michele ( ossoservadio.blogspot.com) did really good job! Thanks Michele!


Wednesday, 23 November 2011

use and abuse

Dostałam gwizdek. Z dedykacją jak na załączonym obrazku.
Nic tylko jeździć i gwizdać. Wczoraj o mały włos nie przejechałabym gościa. I nawet nie było by w tym mojej winy. Dlaczego? Bo jechałam na zielonym a ten jeleń nawet się nie obejrzał przechodząc przez ulicę. Syndrom żyrafy na wybiegu (lub jelenia na.. też na wybiegu).
Dziś był dzień z serii 'lubię tę pracę': niemal w ciągłym ruchu, zmęczenie nóg, wyprzedzanie na drodze i pchanie silne na pedały. Sweeet...

P.S.I. Mały update: Wraz ze mną na skłocie jest 8 kurierów. Sweeet..



P.S.II. Gunther, dzięki za gifta!

Wednesday, 16 November 2011

Whooo, cars man, whyyyyyyy?

7-my tydzień na kurierce. Zaczyna się robić smutno. Szaro, MISTycznie (od 'mist' jak mgła, bynajmniej nie chodzi o metaforyczno-mistyczny aspekt kurierki, bo taki po prostu nie istnieje, przynajmniej dla mnie) i wietrznie. Wiatr równa się zimno, a ja póki co nadal nie dorobiłam się 'wiatrostopu' (tzw. windstoppera ma się rozumieć), więc jak czekam na kolejne zlecenie z książką na ławce, to najzwyczajniej w świecie marznę. A aby nie marznąć, wynajduję różne miejsca na tymczasowe przechowanie, przy okazji natrafiam na fajne kafejki, jak np St Ali na Clerkenwell Road czy niezliczone zielone skwerki, niektóre z nich, niestety, zamknięte dla publiki jako tzw. private gardens (zwłaszcza w zachodnie części Londynu, grr...).

Na głównych artyleriach turystycznych ludzie łażą niczym żyrafy na wybiegu w zoo
(albo święte krowy na ulicach New Delhi), czyli zero koncentracji na tym, co się dzieje wokół, żucie liści (metaforyczne) i powolne snucie się po sawannie (w tym wypadku ulicy dwukierunkowej bez rozglądania się na boki, jak np Oxford Street). Stąd coraz częściej prześladuje mnie wizja, by jeździć z gwizdkiem (patrz niżej).

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu NIE WIEM, czy lubię swoją pracę. Po prostu jest to coś, co wykonuję 9 godzin dziennie, w ramach porannego zniechęcenia nie chce mi się z początku naciskać na pedały (push, push, pushbikeee), ale potem wchodzę w rytm, robi się 'ruchliwie', aby nie użyć jakże pasującego ponglizmu jakim jest słowo 'busy'. Busy dzień lub dużo 'stand by', czytaj oczekiwania na kurs właśnie. Pod wieczór znów ciszej, a czasem kilka tzw. multidropów czyli kilka przesyłek z jednego miejsca.

I jeszcze częściej 'fakam' na ulicach. To ktoś mnie zaatakuje parasolką na światłach (przeciskanie się między pieszymi: wiedząc, że ciała A i B przemieszczają się ze stałą prędkością X, wiem, że mam przykładowo metr między ciałami A i B na prześlizgnięcie się, szkoda tylko, że ani ciało A, ani ciało B o tym nie wiedzą, na skutek czego doświadczam ataku (najczęściej) werbalnego), to taksówkarz zajedzie drogę, tudzież 'taktownie' przyblokuje mnie przy chodniku, no i klasyczne otwieranie znienacka drzwi tuż przed Twoją kierownicą (czyli za późno na HALT).

Z poniższym video zbierałam się już jakiś czas, tak czy inaczej idea gwizdka i ciągłego przeklinania pod nosem staje mi się coraz bliższa. Messengerski trailer do wirtualnego serialu 'Portlandia'. Enjoy.



Saturday, 5 November 2011

z szuflady 2/from the bottom of bullocks 2

czyli iberyjsko, francusko, wakacyjnie i streetartowo.
that is (s)iberian, french, streetart 'n' summer part 2.




















Sunday, 30 October 2011

skłoticzka, czyli maj komjunity

Skłoticzka to bynajmniej nie jest pieszczotliwe zdrobnienie słoterskiego psa, ale naszego skłotu. Jest nasz sporo, jesteśmy zgrani, mamy wege kuchnię, wspólne obiadki, stół pingpongowy i piłkarzyki. Mieszka z nami kilka psów, kotów i dookoła zawsze plątają się znajomi domu, ekipa z RatStara (pobliskie social centre) czy po prostu dzieciarnia znajomych. Innymi słowy Wayne miał rację mówią "you must kiss many frogs before you find a prince".
A zatem skłoticzka crew i przyjaciele.



Sorbeta - skarpeta



Pirat Remek jedzący z pokrywki od słoika



Mefisto aka Mefik



Wąchal aka Martin



Stephen aka maj best nejtiv spiker frend


Wąchol goli wąsa



Wegański tort z bezami (urodziny Igora)



Marcelina mówi: jest G(reat)



Iga (chyba nie do końca przekonana do nakrycia na głowie)



Pajka zza Kuby aka Goliata


świeżonka

czyli nowe (stare też) wynalazki na skórze:
buka
pogrubiona wstążka
o mój faworyt - 'oko boga'


Saturday, 29 October 2011

faki, fiu fiu*y i k___wy

I jeszcze retardy. To mój podstawowy zasób słownictwa w trakcie pracy. No i brytyjskie thank you, excuse me where is post room/loading bay? i czasem cheers mate, żeby nie było, że totalnie zchamiłam się w pracy. Cztery tygodnie za kierownicą, 4 złapane gumy (wszystkie z ostatnich 7 dni), 3 mini wypadki, również z ostatniego tygodnia. Najpierw zaklinowałam się pedałem o krawężnik wskutek czego upadłam na (stojący) autobus. Rezultat: lekko scentrowane tylne koło, ale jadę dalej. Wczoraj wpadłam na maskę wykręcającego powoli auta, p-o-w-o-l-i czyli kierowca szybko zahamował, ja też, ale i tak polizałam maskę. Rezultat: jadę dalej. A dziś cofający kierowca nie zauważył mnie i tylko lekko szturchnął przednie koło. Jest lajtowo (hejtowo też przyznaję).
Zaopatrzyłam się w zajefajne łyżki do zmiany dętki (PEDROSy, polecam!), zatem za każdym razem, kiedy zmieniam dętkę ustalam swój nowy rekord. Mięśnie też przyzwyczaiły się do stałego wysiłku i chyba pora, by trochę przyspeedować z kursami, co chyba będzie celem na nadchodzący tydzień.
Acha, i praca w deszczu jest do kitu, ale ponoć prawdziwa frajda zaczyna się wraz z oblodzonymi ulicami. Sweeet...

photo by Chris [http://bwyh.wordpress.com/]



Saturday, 22 October 2011

- it made me feel unhappiness. does it make sense?

Usłyszałam na St Katherine's Way, tuż przy Tower Bridge, E1. A potem na skrzyżowaniu Theobalds Rd i Grays Inn Rd (czyli dużym skrzyżowaniu, WC1) zobaczyłam gościa, który jak gdyby nigdy nic prowadził po ulicy białego kucyka. Tak po prostu, szedł przez siebie a obok mijały go rzesze aut i rowerzystów.
Ostatni rok mieszkania w Pradze był obsesyjnie związany z nazwami ulic. Minął rok, odkąd mieszkam w Londynie i znów zaczęłam obcować z ulicami, tym razem jednak zwracam uwagę na to gdzie są i jakim dojechać skrótem, aby szybciej dowieźć paczkę, aby ominąć korek etc. (ale i tak jako kurierka jestem na razie sofciarą, choć moje 'traffic skills' chyba lekko wskoczyły do góry).
Ups and downs jednym słowem. Dalsza seria zdjęć z szarej strefy dysku C.

paris







ldn







skipping: ldn/paris/bcn







Sunday, 16 October 2011

schowane do szuflady/pigeon hole photographing

Zdałam sobie sprawę, że robię dużo zdjęć do przysłowiowej szuflady. Fotografuję, wywołuję, skanuję, po czym upycham po najciemniejszych zakamarkach dysku C. Nadszedł czas na odsłonę, dziś w wersji IMPRESJE: W ŚRODKU , cokolwiek mają one oznaczać/
I realised how many photograps I take are my pigeon hole photos. I photograph, develop, scan and then cram it in the darkest dead-end on my disc C. It' s time for disclosure, first one goes as IMPRESSIONS: INDOORS, whatever they mean/










Friday, 14 October 2011

zero one_zero one_

W końcu zdecydowałam się na coś, co świtało mi w głowie od dobrych kilku miesięcy. Zajmuje mi to dokładnie 9 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu, co razem daje 45 godzin w ciągu 7 dni. Przejeżdżone na rowerze, przeczytane w parku, kiedy czekam na zlecenie czy przeczekane w windzie, którą wjeżdżam do biur, post roomów czy np. na 15 piętro Broadgate Tower w samym centrum londyńskiego City.

Pushbiker. Messenger. Bike courier. Krótko mówiąc wylądowałam na kurierce.

Śmieję się, że nie miałam innego wyjścia, że mieszkanie z pięcioma kurierami zobowiązuje. I w zasadzie wybrałam nienajlepszy moment na rozpoczęcie, ale w sumie zawsze mogłam zacząć przygodę z kurierką w styczniu a tym samym rzucić się na głęboką wodę czy raczej głęboki lód zalegający na ulicach. Oswajam się ze stopniowo obniżającą się temperaturą, codziennie sprawdzam prognozę pogody na dzień kolejny i pomału kupuję goretexy, baselejery i inne windstoppery. I powoli zaczynam inwestować w mój single speed (powyżej).

Zobaczymy jak długo utrzymam się na messangerskim siodle, na razie jest fajnie. Są pozdrowienia na ulicy, machanie znajomym kurierom i częstowanie cukierkami w post roomach. Ale czasem jest też przepychanka między londyńskimi double-deckerami (co w gruncie rzeczy też jest fajne), wyzywanka z taksówkarzami czy gwizdanie na zapatrzonych w niebo turystów.

A 201, w skrócie 01 to mój call number. Poniżej moje ID z fotosem z foto-budki na Waterloo. Bez odbioru.


Friday, 30 September 2011

viva la chaos_out of order

Odkąd wróciłam z wakacji zapanował chaos jeszcze większy niż przedtem. Chaos totalny. Nie robię tego, co zaplanowałam, nie jadę tam, gdzie chciałam i czuję ogólny syndrom 'out of order'. Mieszkam ze świetnymi ludźmi, ale przez ten natłok osobowości i wydarzeń, a zwłaszcza permanentną niemal okupację mojego pokoju, nie mogę skupić się na zinie, na książce czy nawet odpisać na mejle zalegające w mojej skrzynce.
A jednocześnie jest pięknie. W Londynie właśnie trwa 'Indian summer' czyli orzeźwiający powrót do gorącego lata. Ja coraz bardziej doceniam życie wolne od pracy, i to akurat wtedy kiedy mój wieczny status bezrobotnej zmierza ku końcowi.
Cieszę się każdym dniem. Każdym zeskipowanym ciuchem, jedzeniem czy jak ostatnio, futonem. I gdybym tylko jeszcze bardziej ogarniała moją wieczną listę 'things to do'... póki co jednak rządzi chaos. Do odwołania.


Thursday, 29 September 2011

Czapka. Zwłoki. Rysia czyli kot, z którym dzielę pokój

Czapka, bo jak leży owinięta puszystym ogonem, wygląda jak rosyjska czapka z Sybiru.
Zwłoki, bo ma dni kiedy się niemal nie rusza i po prostu zalega niczym niewskrzeszone zombie.
Rysia, bo ze względu na rudawo-czarno-białe umaszczenie tak nazwała ją jedna ze współlokatorek.
A dziś zaczęłam ją przezywać Kocica, bo jest wredną kocią damą i drapie pozostałe koty na skłocie.
Poznaj Czapkę lub Zwłoki lub Rysię czy jak chcesz ją nazywać:








"Ooo, ja taka zaspana a wy mi zdjęcia robicie..."

Sunday, 11 September 2011

belt belt belt!

first tyre belt i made.
recipe: old bike tyre + belt buckle + scissors. go for it!

Saturday, 10 September 2011

neva sej neva?

I never considered myself as a sociable person, but recently I've been interracting with people a lot.
I never were particularly passionate about baking, but last 3? months I've been vegan muffin girl in one veg bakery.
I never had, or rather 'lived with', a cat, but thanks to no-name-she-cat from previous squat I've been constatnly covered with cat fur since I back.
I would never say I could do certain things, but life has been simply sculpting me and so I catch myself saying 'life made me this way' more often tha usual. Hmm.

And so photos below are from Algarve, very hot and sunny region of Portugal