Saturday, 25 December 2010

Dodgy. Grumpy. Fair enough

Jakbym miała subiektywnie wskazać najczęściej używane brytyjskie wyrażenia, to oprócz klasycznych ‘thank you’ i ‘like’, bez namysłu wskazałabym powyższe trzy. Stykam się z nimi praktycznie wszędzie, nagminnie niemal. I tak gra, którą obecnie testuję, jest miejscami ‘dodgy’. ‘Grumpy’ za to jest kierowca, który codziennie o 8.40 starannie sprawdza identyfikatory przy wsiadaniu do busa, mimo, że każdy inny ma to głęboko w nosie. Mój współlokator też ponoć jest ‘grumpy’, co nawet sam przyznaje: ‘gdybym nie był taki grampy, pewno bym awansował’. Jak dla mnie ta wypowiedź jest ‘fair enough’. Dziwnym trafem określeniem ‘fair enough’ kwitowane są wszelkie anegdoty, które opowiadam, ale zawsze wiedziałam, że bardziej potrafię wyrazić myśli pisząc, niż mówiąc. Po prostu moje wypowiedzi są ‘dodgy’ lub jak by je określił ktoś z Czech ‘kostrbaté’.

Oprócz językowych obserwacji coraz bardziej dochodzę do wniosku, że powoli zaprzyjaźniam się z tym miastem. Życiowy chaos zostaje poniekąd unormowany dzięki harmonogramowi pracy (choć tam za to rozkwita jakże chaotyczne wykonywanie powierzonych mi zadań i okazjonalne ataki ADHD), kosztem braku czasu, ograniczonego dostępu do Internetu i kulejącego życia społecznego. W między czasie jednak udaje mi się wpadać na zaprzyjaźniony skquat a w weekendy nadrabiać zaległości filmowe.

Właśnie mija 1 z 4 dni wolnych. Całe 4 dni nicnierobienia, filmów oglądania, czytania, listów pisania i na skłocie zalegiwania. The less you expect, the more happy you are. Aż się dziwię, że udaje mi się zagłuszyć odśrodkowy napęd pchający mnie do podróżowania. Widocznie teraz podróżuję bardziej metafizycznie, w myślach, w metrze i w książkach.

Friday, 17 December 2010

9 to 5 to 7

9 to 5 job.
7 times a week.
with constant overtimes.
3rd week in a row without single day off.
sleeping schedule for this week looks rather poor:
Mo: 6 Tue: 6 Wed: 3.5 Thu: 5 Fri: 5.5 hrs
every day 3 up to 4 hrs spent in tube.
every day it's packed like sardines, but instead of them i see labelled rats from head to toe:
blackberry or iphone, converse or nike, and finally gucci or inexpensive primark.
how motivated must be somebody, who on her own free will agrees for that?
how far she can go to fulfill her dream, even though it is possible to fulfill them without heaps of 'quids'?
testing how far you can drive your patience.
how strong you are and
how long you can stand discpline imposed by yourself.
if something, you are to blame.
in any case, i wonder how long is gonna work cage i put myself in.

Monday, 6 December 2010

Earthworm shower

Mieszkam w nowym miejscu. Na skłocie. W jakże ‘lively’ części Londynu, jaką jest East London. Masa skłotów, jeszcze więcej osobliwych zaułków, ciekawych kafejek i na pewno innych miejsc, o których istnieniu na razie nie mam pojęcia. Nie mam też czasu, aby je odkrywać, bo mam za sobą 7 dni z serii ‘9 to 5 job’. Przed sobą zaś powtórkę z rozrywki w zaczynającym się właśnie tygodniu.

Nie narzekam jednak, ciesząc się tym, co jest. Choćby tym, że ktoś mi zaoferował schronienie na miesiąc. Tym, że na skłocie jest głupi prysznic, mimo, że pojawiają się w nim mini dżdżownice na kafelkach i (ponoć) okresowo osy. Tym, że mogę sobie ugotować obiad na jutro, że poznaję nowych ludzi. Zaczynam postrzegać świat minimalistycznie.

Ostatnie dni czułam się jak zombie, codziennie śpiąc po 6 godzin, spędzając w metrze 3 godziny, a następnie 8 – 8,5 godziny w pracy. Jednak jest OK.

Tyle u mnie. Przez najbliższy miesiąc mam gdzie mieszkać, mam co jeść, mam co czytać i okresowo mam dostęp do Internetu.

Cheers.

Zdjęcie z albumu UK' 2007. Bodajże Baker Street Station.