Monday, 29 November 2010

z przemysleń przy makaniu*

W tym tygodniu jestem szczurem. Nawet nie biurowym, ale zwykłym testowym. Spędzam 8 godzin przed dwoma ekranami testując gry i potem jeszcze dodatkowe 3 godziny przed kompem w ‘domu’. W tym tygodniu ponad 60 godzin odrobię na rzecz systemu. Robię to celowo i z premedytacją.
Czasem człowiek musi się w czymś zatracić, by zapomnieć o czymś innym.
Wyrzucić z pamięci śmieci z wczoraj. Z przedwczoraj. Z jakiegokolwiek dnia, który chce wymazać z przeszłości. I przygotować się na nadchodzące śmieci jutra.

Ja z wami razem już nic nie odczuwam:
ta chmura, którą widzę pod sobą,
ta czarność i ciężkość, z której się śmieję –
to wasza chmura brzemienna burzą.

Mój potencjał antyspołeczny wzrasta, i to chyba nie wynika z geekostwa nierozerwalnie związanego z wykonywaną pracą. Druga jest za to bardziej uspołeczniająca, ale i tak zamiast stać za juicy barem, socjalizować się z skądinąd sympatyczną ekipą i udzielać się na kasie,
wolę zająć się dostawą i zniknąć między kartonami i półkami. Chociaż w między czasie mam szansę nauczyć się w końcu przyrządzać świetną włoską kawę.

Udało mi się też znaleźć tymczasowe zakwaterowanie, odkryłam przy tym,
że nie potrzebuję własnego miejsca, co więcej polubiłam ideę pomieszkiwania kątem.

Otworem stoi jeszcze dla dusz wielkich życie wolne.
Zaprawdę, kto mało posiada, tym mniej będzie posiadany [...]

Ostatnie dwa miesiące tutaj to kilka wzlotów i jeszcze więcej upadków.
Dużo załamań, powracająca utrata wiary w ludzi, w znajomych. Przeczytane 3 książki i 4 komiksy. Dwie prace, podwójna utrata tożsamości, a dzięki temu mniej czasu na niepotrzebne grzebanie się w tym, co zamierzchłe i teraźniejsze.

– To drzewo stoi samotnie na wzgórzu,
wyrosło ono wysoko ponad głowami ludzi i zwierząt.
A gdyby mówić zapragnęło, nie miałoby wokół nikogo,
kto zrozumiałby je: tak wysoko wyrosło.

Tako rzecze Zaratustra.

Czasem zastanawiam się gdzie mnie zawiodą moje przemyślenia, inspiracje i lektury, którymi się karmię, gdzie dzięki nim wyląduję? Zawsze powraca jedno pytanie: 'gdzie?', jakby 'kiedy?' totalnie straciło na znaczeniu.


*) 'makat' - cz. harować.

Sunday, 21 November 2010

jesień 06 jesień 08 jesień 10

Jesień 06: Góry Sowie



Jesień 08: Praga



Jesień 10: Londyn

Sunday, 14 November 2010

Oto Zuzia

Zuzia jest rezolutną rozrabiarą. Wszystko kwituje szelmowskim uśmiecham i niechętnie stroi się w różowe sukienki z kokardkami. I chyba tym swoim chłopięcym podejściem zaplusowała najbardziej. Kuzynka, którą poznałam dopiero po 8 latach. Tyle sięga moja rodzinna indolencja. Na zdjęciach z koleżanką.











Friday, 12 November 2010

fb free youth!



If you are tired of acquaintances performed only in online life,
if you prefer to go to park with your friends instead of chatting with them in little screen box,
or if you love to look at real photo albums than at micro snaps on the screen,
then JOIN US!

facebook free youth

stay offline. stay real. stay posi.

Wednesday, 10 November 2010

THESPOT THESPOT THESPOT #2#2#2

Z racji obowiązku i czystej ekscytacji chciałbym zawiadomić, że JUŻ JEST dostępny nowy THE SPOT MAGAZINE #2. Do przejrzenia TUTAJ lub do zgarnięcia w wybranych klubach we Wrocławiu.



[nieskromnie się przyznam, że umieszczając ten post chciałam poprzeć inicjatywę mojego dobrego kolegi a zarazem dodać, że w numerze #2 również miałam swój mały udział]

Tuesday, 9 November 2010

JOBless

from now on jobless person has a job.
how strange* is that, huh?
....................................

nie posiadam żadnego etosu pracy. co więcej, ostatnimi czasy wręcz zradykalizował się mój pogląd na wszelkie kapitalistyczne inicjatywy, włącznie, a może przede wszystkim z pracą na czele.

i dziwnym trafem atrudniono mnie. w zamian za 8 godzin mojego dnia codziennego, 5 razy w tygodniu, czyli 160 godzin miesięcznie wyrwanych z życia, będę grać na konsolach psp, ps1, 2 i 3, xboxach, strzelać na shooterach i brutalnie rozwalać się na GTSowskich torach rajdowych w ramach pracy jako tester gier.

pytanie po co? chociażby po to, by za kilkanaście miesięcy zniewolenia móc spędzić kilkadziesiąt m-cy nieograniczonej wolności w krajach dopiero co raczkującego kapitalizmu, w tzw. krajach trzeciego świata, gdzie ekosystem społeczeństwa przepuszcza wszystko przez drugi obieg nie pozwalając na marnotrawstwo obecne w krajach bogatego zachodu.
coś za coś. mój czas wolny za więcej czasu wolnego, za to w innej strefie czasowej i z daleka od strefy greenwich.

minął niemal miesiąc, od kiedy tu przyjechałam, i przez te niecałych 30 dni cholernie dużo wydarzyło w moim życiu umysłowym. setki myśli przetoczyło się po mojej głowie niczym klatki z filmu braci Lumiere. być może to lektury, którymi podążam, być może nadal jestem na etapie wiecznego buntu, który jakoś wbił się mi głęboko pod skórę, ale przynajmniej wiem, że jest to szczere. i z ciekawością obserwuję, gdzie mnie te przemyślenia zawiodą.



*) couldn't really decide here between words 'strange' and 'funny'. in some cases they mean exactly same.

Friday, 5 November 2010

Freedom is a state of mind.



I deeply believe in this statement.
You don't need to be in open space, to scour the field or to swim in the ocean.
Freedom is what you make in your own mind, in your desire and in your free time not stolen by company you work for.
I felt it few days ago when I wandered in rustling autumn leaves. I felt it yesterday, while I was reading book in crowded, rat-faced underground. And I am gonna feel it today spending time with my friends, in gallery, in every-moment-is-enjoyable time.
Just like that. No preservatives or artificial colours added.

Monday, 1 November 2010

Biały Kot i Cmentaria, czyli My Halloween Story

Abstrahując od tematyki zaduszkowej, która obecnie jest bardzo ”on” w Polszy, to byłam dziś na cmentarzu. Angielskie cmentarze to zazwyczaj setki zamszonych, rozlatujących się nagrobków, celtyckich krzyży i dużo dziko rosnącej zieleni.

Okoliczne cmentarzysko niczym się nie różni od kadrów z filmu zombie pt. Let Sleeping Corpses Lie (znanym również jako „The Living Dead at The Manchester Morgue”), i chyba z racji podobieństwa scenerii i miłości do filmów z truposzami w tle, zaczęłam się czuć nieswojo. A wiadomo, czym większa sielanka i spokój na planie, tym bardziej rozwinięta i spektakularna akcja się potem odgrywa. Czyli sieka, krew i pościg za ofiarą (domyślnie za mną).

Nie licząc szarawych wiewiór skaczących po nagrobkach, gdzieniegdzie przelatujących srok, byłam sama. A, i był jeszcze Biały Kot, który nagle się wyłonił zza grobu. Najpierw rzucił mi zawzięte spojrzenia, potem zaczął skakać po krzyżu, a na koniec wygrzebał fragment ludzkiego kośćca (na oko kość kręgowa) i zaczął się nim zabawiać.


Tak naprawdę, to nie czułam się nieswojo, dalej kontynuowałam spacer z aparatem, a to wszystko napisałam tylko w ramach wstępu do zdjęcia poniżej, które zrobiłam kiedyś w odległym roku 2006.

Acha, jestem w Londynie. Hi5 dla Urosa.

P.S. Biały Kot istnieje naprawdę.



Dopisek: Dokładnie dzień po tym wpisie udałam się na cmentarz po przeciwległej stronie ulicy, gdzie tym razem poznałam Pana Lisa, choć wiem, że to irrelewantna wiadomość.