Monday, 30 August 2010

słowo dnia: plan i jego wszelkie derywaty

"to jakie masz plany po wakacjach?"

"gdzie planujesz jechać?"

"to jakie teraz plany :)?"

"a Ty jaki teraz wyjazd masz w planach?"


PLAN. PLANować. ZaPLANować.

Z wiekiem zanika moja zdolność planowania, a to na rzecz chaosu i spontanu. I ewentualnie mglistej idei na zmianę z zamiarem zrobienia czegoś. Zaczynam dostawać wysypki na sam dźwięk PLANuuuu... O ile jeszcze znajomymi kieruje ciekawość i żywe zainteresowanie moim losem (mówiąc górnolotnie), to mam wrażenie, że przedział wiekowy >30 jest zainteresowany wyłącznie odpowiedzią mieszczącą się w ramach normy społecznej. Praca, rodzina, i oczywiście samochód.

Jestem w wieku produkcyjnym, dopiero co skończyłam studia i pytanie o pracę staje się niemal nadrzędnym tematem konwersacji. I pytanie o PLANy oczywiście. Ledwo co przyjechałam do mojego ‚domu‘, obudziłam się następnego dnia, ze zlepionymi oczami wpełzłam rano do kuchni, nastawiłam wodę na čaj i już słyszę „to co teraz PLANujesz? Praca, nie?“.

Otóz mój PLAN to niePLANować.

Ale o dziwo dziś miałam jasny PLAN na dzień: obijactwo, filmowo-serialowe oglądactwo a nawet lekkie książkowe sprzątactwo. I jeszcze bałkańskie hardcore sluchactwo, co z przyjemnością czynię teraz.

Wrocław 30. sierpnia 2010. Jem soję i o zdrowie się nie boję. W końcu to kostka sojowa jak wołowa.



---------------------------------------------------

Word of the Day: plan and its derivatives


„so what are your plans after holiday?“

„where are you planning to go?“


PLAN. To PLAN. PLANning.

The older I am, the less I plan at the cost of chaos, spontaneity or vague idea of what am I going to do. I am nearly starting to have a rash when I hear PLAN word… Maybe it’s the fact I have just graduated from uni or my ‘productive’ age make other people question about my further PLANs. I understand that my friends are simply curious ‘what’s emi gonna make up this time?’, but I am afraid that people at the age of >30 just wanna get know whether I am gonna fulfill kind of social norms. Find good job, start a family and have a car. Oh, gosh!

So my PLAN is not to PLAN.

Surprisingly I had a nice PLAN for today: loafing about, catching up with movies and tv series, tiding up my books and listening to Balkan hardcore bands what I am enjoying right now.

Monday, 23 August 2010

P.R.A.H.A

Dojechalam. Wystarczylo, ze kierowca wysadzil nas na paskudnym Sporilove i zaczelo sie. Sentyment do tego miasta, do Pragi znaczy. To dziwne, jak nagle rosnie w Tobie ciepla kula, rosnie, rosnie a Ciebie ogarnia nieoczekiwane szczescie. Poddajesz sie temu i mimo kilkunastu kilogramow na plecach idziesz przez miasto z promienistym usmiechem. Udalo sie, spedze urodziny w Pradze.

Friday, 20 August 2010

Male marzenia sie spelniaja. Duze tez.

CouchSurfing to nie tylko spanie i poznawanie kultury oraz mentalnosci danego kraju poprzez osoby go zamieszkujace (i oczywiscie poznawanie samych osob). Czasem moze przyniesc nieoczekiwana inspiracje wyciagnieta z rozmowy, dyskujtujesz, uczysz sie np. wloskiego (ta... ja nabylam que qatzo!, bafangulo i cornutto... slownictwo czyst slumsowe) lub twoj host/hostka zabiera Cie w jakies wyjatkowe miejsce, ktore sam/a bys nigdy nie trafil/a bez pomocy lokalnego tubylca.

Dzieki mojej hoscte w Udine, Katii, moze nie spotkalo mnie cos gornolotnego, choc w pewnysm sensie tak... Dzis skakalam na trampolinie, taka prosta, gowniarska radocha a jakos nigdy wczesniej nie mialam okazji sprobowac jej. Moze i poskakalabym na trampolinie w innym czasie i miejscu, ale wole skupiac sie na TU i TERAZ, i w ten prosty sposob dopielam ostatni guzik do calego tripu.

Wkrotce Praha.aaaa!

Tuesday, 17 August 2010

Ave Italia!

Jestem w pomidorowo-oreganowej Italii. Strasznie sie tym jaram, bo ostatnim razem, mimo przeszlo 2,5 miesiecznego pobytu, nie widzialam nic oprocz malomiasteczkowej Cerignoli. Viva rolnicze poludnie!

Jestem w Triescie. Miasto jak miasto, nic moc, jakby powiedzial Czech. Ale sam fakt, ze jestem tutaj strasznie dziala na moja wyobraznie. Nadpobudliwe gesty na ulicach, architektoniczny bajzel i wczorajsze italskie espresso oraz pizza z chaosem warzyw na powierzchni (wbrew oczekiwaniom stary, doswiadczony pizzarz nie zdziwil sie jak go poprosilam o wersje chessless).
Ave Italia!

Saturday, 14 August 2010

Jarania sie Rijeka ciag dalszy

Juz wiem. Rijeka jest nie tylko najfajniejszym miastem odwiedzonym w Chorwacji, ale w trakcie calego tripu. Przemierzam dzielnice za dzielnica i nie moga sie nasycic architektura, chaosem w zagospodorowaniu przestrzennym miasta i tym, ze sa doki, odrapane, szare kamienice i duzo, duzo schodow (a przyznac sie musze, ze uwielbiam wszelkie schodopodobne skroty w miescie). Tutejsza architektura przejawia zarowno wplywy austrowegierskie, wloskie (patrz drewniane, kolorowe okiennice i rolety) i cos chorwackiego, czego nie jestem w stanie blizej okreslic.

Mam pewnego rodzaju zboczenie do starych drzwi i okien, i jeszcze balkonow, tych z poczatku XX wieku, zelaznych, zdobionych i niejednokrotnie stanowiacych jedyna dekoracje budynku. Tych jest tu pod dostatkiem. Przewazajaca wiekszosc tutejszch balkonow zwisa smetnie z rownie smetnych, przykurzonych getto-kamienic. Jedna kamienica w polowie zaslonieta przez jednopietrowy, podpuadajacy domek a tuz obok wylania sie kolejny szarak z domieszka zieleni w postaci wspomnianych okiennic. I w ten sposob krok po kroku wylania sie mi obraz miasta.

Sa tez blokowiska (kolejne zboczenie, widocznie cierpie na ewidentne zamilowanie do brzydoty). Przy wyjezdzie na Pule dumnie spogladaja na miasto, miedzy nimi kryje sie mini-stadion do gry w pilke nozna a w oddali widac zamglone (stan dzisiejszy) gory wypietrzajace sie z wyspy nieopodal. I morze tez widac. Dokladniej morze z tankowcami i nadmorski dworzec towarowy.

Tyle z moich fascynacji. Jeszcze dzien w Rijece. Dzien plasania sie tu i tam, i wynajdywania starych napisow po bylej wloskiej stronie miasta (no tak, wynajdywanie starych napisow to moja kolejna miejska pasja; w trakcie tego tripu bylo ich multum, zwlaszcza w Sarajewie).

Friday, 13 August 2010

On the Balkan road

I haven't written in English for a while, I assume it's easier for me to write in my native language while I travel. Regarding travels - last 17 days I've been traveling across the Balkans starting from Belgrade in Serbia. Main reason to back there was that I wanted to see my friends again. By the way it's pretty amusing story how I met Sandra and Ivan: last summer they simply gave me a ride in Montenegro and from then on we stay in e-mail touch. After Belgrade we (I'm traveling with my Czech friend) crushed to Kraljevo, hometown of my other friends. Another funny story how we got in touch: through CouchSurfing.org, Vojkan and Nikola (cousins) were my hosts in Belgrade, we spent really nice time together and that's how started our friendship.

Our next destination was Bosnia and Herzegovina, where I had planned to go last year however my travel time was a bit limited and I couldn't make it. Since we left Prague we have hitched all the way and on the way to Bosnia we got a lift from... Serbian mafia. Yuppie, couldn't better, huh? Honestly that was the most adrenalinest ride I've ever had! The driver broke probably all rules existing in Serbian traffic law, what's more after a wild ride on road with numerous hairpin bends (that was crucial reason why I became simply terrified at some point), he had taken out the gun, passed it to a guy sitting next to me and he hid it behind the belt with innocent smile. Additionally in turned out that my travel companion was sitting on a little plastic bag with cocaine and the driver was definitely high. That was the most exciting (and definitely the most unexpected) ride ever! I don't give a shit whether it was dangerous or not for us, but come on, if they stopped for us, us - tiny roaches, why the hell they would like to assault us or whatever? Just stay cool and think logically when such things happen.

Changing the subject, I was (and still am) quite impressed with war damages in Gorazde, Sarajevo and Mostar. Most of the buildings still have bullet marks, holes or they are plastered on the sides. Before I went to Bosnia I had heard how locals there are nice (and how coffee is delicious!) and what I have experienced is that its easy to interact with them, have a chat while you take photographs and also they are willing to give you a ride :)

Last spot in B&H we wanted to see was Medjugorje, world's famous town known due to claims of apparitions of the blessed virgin mary in 1981 (before this year it was just a little village, now it mainly consists of hotels, apartments and stalls with crucifixes, virgin mary statues etc.). All I can say is that is one enormous factory selling cult around presumed apparitions. You can get there such ridiculous souvenirs like rompers, cushions, huge (even 1,50 cm high!) virgin mary/jesus statues and more, more astonishing objects with image of Medjogorjes mary. Scale of this money-consuming phenomenon has surpassed me. After I visited few stalls I was more or less scarred. There were also plenty of christians dancing around and singing such lyrics "I wanna jump, jump, jump for jesus... I wanna swim, swim, swim for jesus...". One of craziest spots I have ever seen in my life.

After Bosnia we turned towards Croatia starting from Makarska which is crowded, tourist-focused town in the southern Croatia. Nothing ambitious to see or to do, just lying flat on the concrete or graveled beaches (forget about sandy beaches in Croatia or try to take a ferry to one of Croatian islands) and reading. From there we moved to Vodice, then Zadar and finally to Rijeka, so far my favorite Croatian town. We're staying with local punks in info shop in exact city center. The whole room is spacious, has kitchen, living room and little alternative library. I really fell in love with this place! Rijeka itself has quite interesting history (before WWII was partly Italian and Yugoslavian and river was the border between two countries. Also city name means "river")and a lot of beautiful architecture sites. The city resembles me somehow Belgrade with its gray building facades and chaotic urban development. Today I went to city museum where was exhibition presenting outputs of Rijekas photographers from 1950 to 1980. WOW, these photographs really touched me, I analyzed them detail after detail knowing that this is what I try to capture in my photos. Well, practice, practice and practice.

I'm gonna spend two more days in Croatia, hanging out in the city, taking photos, maybe going to pleasant vegetarian restaurant named 'Fork' and then I am hitching to Italy. Espresso and Il Padrino (though the Godfather was shot in Sicilia which I assume has nothing really common with the North).

Vegan MUST EAT in Croatia: Chocolates produced by Zagreb chocolate factory Kras: Fontana chocolates with so called icy filling and Griotte with cherry inside. Yummi.... (I don't wanna advert this company, but here are photos of mentioned deliciousnesses).



Rijeka czyli rzeka

Zbyt wiele o Chorwacji nie pisalam, bo i nie ma o czym (z calym szacunkiem oczywiscie!), wszedzie betonowe lub zwirkowane plaze, miasteczka podobne do siebie niczym pomidory na stoisku warzywnym a i przyznam, ze zbytnio nie wnikam w tutejsza mentalnosc. Ze stopem tez roznie, czego dowodzi wczorajsza wyprawa z Zadaru do Rijeki, ktora pominawszy godzine zaczecia stopowania, zejala nam przeszlo caly dzien. Ale udalo sie, jestem tutaj, strasznie podjarana tym, ze zatrzymalismy sie w punkowym infocentrum KORZO, wokol sympatyczni ludzie, super przestronna miejscowa i widok na miejskie doki za oknem (i 15 minut od plazy, betonowej oczywiscie). Zyc nie umierac.

Mimo, ze za oknem atakuje deszcz, to nie narzekam, wsiaklam w tutejsza anarchobiblioteke i nadrabiam zaleglosci czytelnicze. Ponizej kilka zdjec z zeszlorocznego wypadu do Chorwacji. I jeszcze jedno: Drodzy Polacy (i Czesi), ktorzy nagminnie odwiedzacie Chorwacje: wiecej wyobrazni przy robieniu zdjec, nie ma nic gorszego niz pozowane, ultra sztuczne zdjecie przy zabytkowym statku z zachodem slonca w tle. Brrr...







Tego zdjecia nie moglo tu zabraknac, zwlaszcza ze wczoraj, w ramach wyjatkowo ciezkiego stopu, bylismy zmuszeni do stopowania na poboczu autostrady. Udalo sie X__X







Sunday, 8 August 2010

Ateistka w Međugorje

Pojechalam tam z dwoch powodow:
1. Jak najbardziej po drodze do Chorwacji (wlasnie, pozdrowienia z Makarskiej)
2. Zbieram dewocjonalia a w Međugorje ich pod dostatkiem...

Bylam przerazona tym, co zobaczylam TAM. Gigantyczna fabryka przemyslu pielgrzymarskiego, inaczej to nie umiem okreslic. Nie uswiadczysz tam drewnianych kramow z rozancami i obrazkami wotywnymi jak w poczciwej Czestochowie. Poczawszy od poduszek poprzez spioszki, zapalniczki skonczywszy na figurkach typu maly fotelik made in china z logo medzugorskiej matki boskiej. Chodzilam niczym zaczarowana od sklepu do sklepu starajac sie wybrac co najbardziej kiczowate podobizny matki boskiej. Rozmach tego zjawiska zwalil mnie z nog, o ile przed rokiem 1981 byla to mikroskopijna jugoslawianska wioska, to teraz jest to gigantyczna wiocha skladajaca sie z hoteli i wszelkiej masci budynkow pod wynajem dla turystow. Czegos takiego sie nie spodziewalam a juz w ogole nie tego, ze wieczorami ludzie tanczyli w kole w rytm piosenki "I wanna swim, swim, swim for jesus" (udawajac przy tym plywanie). To byl teda zazitek!

Cyganskiego sposobu zycia ciag dalszy: w Međugorje spalismy na budowanym hotelu (z czeska flaga na dachu, co wynikalo z obecnosci czeskich wiernych nieopodal. Wlasnie, Czesi + wiara, jakze nietypowa kombinacja) a Makarskiej spimy na dziko pod chmurka (tuz przy tutejszym centrum meteorologicznym). Tak bywa gdy wspoltowarzysz podrozy odpowiedzialny za noszenie kijkow od namiotu zostawi owe w samochodzie. Namiot bez kijkow to rozplaszczona zaba, ale calkiem wygodnie sie na nim spi (jak nie pada).

Makarska to miejscowosc stricte pod turysty, brak piaszczystej plazy (welcome to Croatia), masa restauracji, hoteli, wiec nie pozostaje nic innego jak plazowac. Po dzisiejszym skonczylam jako rak.

Zdravim z Hrvatska.

Tuesday, 3 August 2010

bośn. Sarajevo/Сарајево/tur. Saraybosna

Jestem w Sarajewie. W zniszczonym, intensywnie ostrzelanym Sarajewie. Spie na dziko pod namiotem, rzeczy zostawiam w krzakach i kapie sie w gloniastej rzece (dzieki czemu pewnie nabawie sie kolejnej wysypki, mam nadzieje, ze tym razem beda to zielone, gloniaste kropki). 100% cyganerii.

W Bosni stop dziala naprawde super, sympatyczni ludzie, w kaseciaku rozbrzmiewa turbofolk, za szyba przemykaja zielone gory.

Przygoda z Bosnia zaczela sie od Goražde, ktore glownie kojarzylam z wiadomosci TVP1 w latach 90-tych oraz komiksu Joe Sacco. Praktycznie kazdy budynek nosi slady walk glownie z okresu 1992-94, budynki sa albo rozwalone, podziurawione jak ser szwajcarski albo pozalepiane gipsem. Bosniackie latki po prostu. Ale mi sie podoba, takie miasta wydaja mi sie bardziej zywe, z pietnem historii widocznym na kazdym kroku.

Acha, w Serbii podwiezli nas (podrozuje z czeskim znajomym) lokalni gangsterzy. Juz mina kierowcy sugerowala, ze nie bedzie to zwycyajna jazda, ale po kolei. Najpierw okazalo sie, ze moj kolega siedzi na kokainie. Potem kierowca ostentacyjnie splunal przez okno nonszalancko mowiac "Excue me. Cocain in my throat" a nastepnie wyjal z deski rozdzielczej spluwe i podal ja swojemu ziomkowi. Ten zas dyskretnie schowal ja za pasek. W takich chwilach mowie sobie, ze przeciez my, austostopowe plotki, nic nie jestesmy winne, a co wiecej skoro sie zatrzymali z pierwotnie dobra intencja podwiezienia nas, czemu nagle mieliby sie nas np. pozbyc?
Moze moj opis jest bez emocji, ale byl to moj pierwszy stop w zyciu, kiedy autentycznie balam sie, ze wyladuje na masce auta jadacego z naprzeciwka. Nawet nie chodzi o predkosc, ale co najmniej brawurowy sposob jazdy polaczony z jazda po gorskich serpentynach i wyprzedzaniu na nieprzerywanej linii w tunelach ciemnych jak gorzka czekolada. 100% adrenaliny calkowicie za free.

Jak do tej pory zaden bosniacki gangster nas nie podwiozl, a wrecz przeciwnie - podwiozl nas poczciwy bosniacki gliniarz.

P.S. Jesli ktos mysli, ze postradalam zmysly nadal jezdzac na stopa, odpowiadam, ze jeszcze sie trzymam. Pozdrowienia z Sarajewa!