Saturday, 26 June 2010

Po prostu sobota. Wyjątkowo leniwa sobota.

Jest tak leniwie i gorąco, że ledwie wyściubiłam nos na zewnątrz, a to tylko po to, by zakupić (wstyd) zupkę chińską na obiad (wegańską - żeby nie było). Cóż, pieniądze na wyczerpaniu, żołądek mało wybredny a jakoś muszę przeżyć ostatnie dni w Pradze. A tak poważnie, to dziś pakowałam swój praski przybytek. Czas wrócić na kilkanaście dni do Wrocławia. Na batalię o otrzymanie trzech dodatkowych liter, które potem mogę dodać sobie przed nazwiskiem, np. Miss Great Revenge lub coś takiego.

W zasadzie miałam napisać o czymś WIELKIM. Już kilka dni temu napisałam post o WIELKIM wydarzeniu, jakim jest dla mnie dzień odebrania kliszy z laboratorium. To miał być WIELKI dzień, jeszcze tego samego dnia (powtórzenie tego samego wyrazu w jednym zdaniu, moja stylistyka niemal słania się na nogach) planowałam wrzucić kilka zdjęć na bloga a potem porwał mnie czerwcowy wir wydarzeń i dopiero teraz nadrabiam. Nie, żeby zdjęcia były nadzwyczajne, ale wystarczy, że są moje, wydebatowane pięciominutowym (czasem starczyło pięć sekund, ale załóżmy, że nastawienie czasu i przesłony można zminimalizować) pastwieniem się nad obiektem zainteresowania. Z analogiem to jest dopiero zabawa, nie szybko przeskoczę na lustrzankę cyfrową, oj nie... Ave Nikon F50!

Czerwiec w Pradze jest niespodziewanie udany. Słowa z trzeciego czerwcowego posta nabierają dla mnie szczególnego znaczenia: Pěstovat vztahy. Przewartościowałam sobie chociażby to, że o niektóre znajomości nie warto dbać, nie każda znajomość przerodzi się w przyjaźń. Cieszę się również, że poznałam dwie osoby, dzięki którym odkrywam nowe znaczenie słowa szczerość. Honesty - that would be a nice tattoo motif, wouldn't it?

Nadal głowię się nad tym gdzie wyruszyć po wakacjach. Na zakończenie studiów otrzymuję niezwykły podarunek - wolność tak ogromną i nieograniczoną, że nie wiesz co z nią zrobić. Stoisz przed tysiącem możliwości, tysiącem destynacji i teraz musisz pokierować tak, by z tej niewiadomej wykluło się coś inspirującego. Ba! Zawsze się coś wykluje, ciarki mi przechodzą po plecach jak wyobrażam sobie, że za 3 m-ce znajdę się w miejscu, które dziś mogę określić jako X, a tam znajdę dalsze Ygreki i Zety, które mnie popchną dalej.



Zdjęcia/ Photos.

Here they are. I've already mentioned few friends that I'm gonna post new brand (yeah sure...) black-and-white pix from this spring. My Czech friend Aleška seemed to be very impatient about them, so I dedicate this set specially to her ^__^

Vienna: There is something magical about amusement park, it's not only awesome spot to take photos of people in funny and unexpected poses, but also it offers great view point over a city. Perhaps not ideal one (the composition could be better for instance), but always yours. Caught by your eyes and by your lens.



Hey ma'am! I've just caught yous smile!



Twisted carousel.



I saw here selling balloons. Pointed out my camera and she responded me with a smile. Couldn't do enything else than just push the shutter button. Even if this photo is a bit blurry and exposure sucks - I still esteem this photo.




Prague
: Velká Jarní cyklojízda (Great spring critical mass): my bike fellow.



Not only for bikes. Skating on a longboard must be awesome!




Back off! The streets are our today!



Jiřák. One of weirdest church I've ever seen.





Inner yard of my building



It's funny walk around the old town at 5 am when almost nobody is around.



Random chaotic scenery from Žižkov.



Glass blast from abandoned Barrandovské Terasy.





ZombieWalk 2010:







Monday, 21 June 2010

2nd thought

Coraz bardziej się zczeszczam a tym samym coraz bardziej odkoreańszczam. Opcja znalezienia wolontariatu w Korei niknie we mgle, szukam, szukam i nic. Lub przynajmniej nic dla kogoś, kogo nie stać na 300 $ wpisowego. Po prostu nie mam pojęcia co ze mną będzie po wakacjach. Główny dylemat ostatnich dni.

Thursday, 17 June 2010

Hitchhike cargo train

After short absence in Prague I'm finally back. First thought that came to my mind after I had got off from a train was: zas bude klídek! Which literally means 'finally I'm gonna have some rest' ^__^ Whenever I go to my hometown (Wrocław) I've got hundred errands to run (especially or rather mostly at my uni), wanna meet as many friends as I can and simply I’m busy with everything and with myself.

In addition this time a good friend of mine went with me and I must admit it's really cool to show people with whom you are friend with your hometown from no-guidebook side. So I took him for a long walk through quarters which have suffered the most during second world war. It's amazing that these buildings can tell you history just by their present look. Lots of buildings in Wrocław carry stigmas from the past: holes after bullets in facades, naked tenements without plaster on them, german signs on the walls and most of them were (and actually still are!) true masterpieces of art nouveau or neoclassicism architecture style. I admit I’m kind of local patriot but in the same I can’t find myself in Wrocław anymore, what’s more I can’t imagine that I’m going back there for longer period of time...

Yesterday something awesome happened on our way back from Poland. Apparently we had decided to use train instead of hitchhike and our train arrived late to the border and thus we had to wait at least one hour for another train. So we got off in Lichkov with a plan to wait in local cafeteria. All of the sudden a guy with whom we travelled in a train from Międzylesie to Lichkov offered to give us a lift to Ústí nad Orlicí in a... cargo train! Just like that, we didn’t even ask for a favour and he came out with this proposition. Of course we went for it and had not only unusual hitchhike but also a chance to travel by cargo. That was super-űber-cool and thanks to random motorman we caught express train from Ústí n. O to Prague. Looking forward to such unexpected hitchhike adventures!

Few pics from my hometown:

Zwierzyniecki bridge - stunning example of art nouveau in use



Artwork on the top of tenemant at Gruwaldzka st



Old lamp in so-called Jewish quarter



Such staircase is very common in Wrocław



Building called "Golden shell" - now it's seat of one of banks (Wita Stwosza st)



German signs at one of the buildings (Księcia Witolda st)



Abandoned building at Kurkowa st



I always found this factory building fascinating. From my early childhood till now




P.S. Apparently there are/were some straightedgers in my quarter. I passed this inscription so many times and finally NOTICED the meaning of it.

Saturday, 12 June 2010

Jest dobrze. Yhy, właśnie tak.

Ostatnie dni nabrały innego charakteru. Robi się leniwie, gorąco, słonecznie. Gdzieś przebrzmiewa nuta 'Koniec tej zas***** edukacji', zaczynam przestawiać się na tryb stricte wakacyjny i tylko na chwilę tracę entuzjazm gdy pomyślę, że moje praskie dni powoli dobiegają końca, że lada chwila muszę jechać na jakiś czas do Wrocławia (z podkreśleniem słowa "jakiś").

Wczoraj Masakari zagrali jeden z lepszych koncertów jakie widziałam w klubie V Jelení: kapela z miażdżącym powerem, silnym wokalem i przekazem. Był żywioł, pot i uśmiech na twarzach ludzi. A potem gra w frisbee na jednej z praskich wysp na Wełtawie. Chyba powinnam przewartościować sobie kilka rzeczy.

Jest dobrze. Yhy, właśnie tak.



............................................................................

ToyShelter story.

I know I haven't posted here any photo from my ToyShelter for a long time... Sorry for that. I'll try to make up for it... So here he comes, Mr. Weirdo (orig. Cudak).
I found him in second hand store at main railway station in Prague (Praha hlavní nádraží). He is rather sad and fairly modest, doesn't interact that much with other toys, however once he becomes your friend - he's your friend forever.
BTW, recently new animated film has been released - Kuky se vrací. I haven't seen it yet however for some reason, Mr. Weirdo resembles Kuky (between) or rather Kuky resembles Mr. Weirdo.



P.S. I found cheesy but awesome t-shirt in local second hand store... Add me on myspace ty vole!

Wednesday, 9 June 2010

pěstovat vztahy

Dyskutując z czeskim znajomym na tematy różne, ludzkie i około filozoficzne natrafiłam na powyższe hasło. Pěstovat vztahy czyli pielęgnować relacje, związki. Związki z ludźmi, ze znajomymi, bliskimi przyjaciółmi i partnerami. Może to hasło zwróciło moją uwagę, ponieważ w przeciągu ostatniego miesiąca przydarzyło mi się kilka niemiłych sytuacji, ktoś się na mnie obraził, ktoś mnie zawiódł, ktoś stał się bliski.

I przyszła mi do głowy pewna myśl - w jaki właściwie sposób możemy dbać o związki międzyludzkie? Czy to, że myślimy o swoim najbliższym przyjacielu, podarujemy mu czasem niepodziewane i absurdalne podarki decyduje o tym, że w jakiś sposób dbamy o tę relację? Że tymi drobnostkami pielęgnujemy ją niczym roślinę, dostarczamy wodę, światło i potrzebne minerały?

Zaczęłam się zastanawiać (lub raczej „I couldn't stop myself but wonder” jak było nieraz powiedziane w pewnym amerykańskim serialu) na ile ja sama dbam o relacje z innymi, co z siebie daję i na ile mi zależy na ludziach. Ostatnie pytanie wydaje mi się najtrudniejsze i niechętnie je sobie zadaję. Tym bardziej chyba nie oczekuję jasnej, klarownej odpowiedzi.

Sunday, 6 June 2010

Memorize The City

Od momentu kiedy napisałam MGiRa wpadłam w wir. Coś mnie nieustannie wciąga, zajmuje, wokół mnie znajomi, wydarzenia, stare ulice i budynki tego miasta. Zarywam nocki, zmieniam tryb życia i jeżdżę po nocach na rowerze. W ciągu ostatniego tygodnia odwiedziły mnie 3 osoby, w tym jedna couchsurferka z Anglii, co zapoczątkowało (chyba?) falę zapytań o nocleg na mojej kałcz(w zasadzie mam do zaoferowania tylko karimatę i kilka koców jakby ktoś był zainteresowany).

Dziś w końcu uzyskałam pełny dostęp do muzyki (i innych danych ocalonych z mojego R.I.P. komputera) i teraz dzięki jakże zgrabnemu urządzeniu jakim jest przenośny dysk mogę zawsze i wszędzie podłączyć się pod ulubioną muzykę, film czy zajrzeć do ulubionych zdjęć i dokumentów. 500GB forever!

02/06 przyszło mi do głowy, że dokładnie rok temu znalazłam się w Korei. W Seulu, pośród deszczu, kolorowych neonów i przeżyłam najdłuższy dzień w swoim życiu. Czekam na kolejny długi dzień, obliczam, że nastąpi we wrześniu. Surfuję po necie w poszukiwaniu wolontariatu w Korei (docelowo w Busanie lub Seulu) - jakieś sugestie??

NOWY W MIEŚCIE. O czym mowa? Oczywiście o nowym magazynie lajfstalowym, który pojawił się we Wrocławiu, czyli - THE SPOT. Magazyn ten jest mi szczególnie bliski, bo oprócz tego, że wydaje go mój bliski kolega, to udzielam się w nim również pod pseudonimem Emilia Pruss.
Jak mówi Mateusz: "dostępny w najlepszych miejscach we Wrocławiu". Więc GO FOR IT!



Aby słowu stało się zadość (brzmi to co najmniej archaicznie czyż nie?) zamieszczam przykład obgryzionych, znerwicowanych paznokci. Wstyd i hańba. Z jednej strony sztuka malowania paznokci (zdarza mi się to raz na 3 lata) a la Małgosia, lat 5, a z drugiej zmarszczki na dłoniach a la Krystyna, lat 80. Śmiech na blogu.



I jeszcze coś, co nieustannie towarzyszy moim bębenkom usznym. The Organ.

Tuesday, 1 June 2010

Hitchhike May! *31*

31. Just hitchhike, not only in May!

Ten autostop już się pojawił na tym blogu niemal 10 m-cy temu, po angielsku, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że do tej pory była to moja najlepsza przygoda autostopowa w życie, i miała miejsce w Korei. I dlatego opiszę ją jeszcze raz, mimo że publikuję ją z datą wsteczną.

Zaczęło się całkiem niewinnie i nieautostopowo, niby planowałam tego dnia jechać do Gwangju na stopa, i sprawdzić dawno upatrzoną miejscówę tuż za bramkami, ale stanęło na tym, że jednak pojadę autobusem, zresztą nawet moja koreańska rodzinka zaoferowała, że mnie podwiezie na dworzec, więc tym bardziej czułam się zobligowana skorzystać z transportu autobusowego.

Okazało się, że najbliższy autobus w przystępnej dla mnie cenie jest za 2 godziny, poszłam więc do toalety myśląc intensywnie nad tym, czy aby na pewno chce mi się tyle czekać. Stanęło na tym, że chce, podeszłam więc do kasy, mówię, że chodzi o bilet na autobus o 12.30, a Pani z okienka informuje mnie, że już wszystkie bilety są wyprzedane, a następny autobus odjeżdża o 14.30. Co??? Przed 3 minutami jeszcze były, jak to??? Wzruszenie ramionami. No tak, długi weekend (sierpniowy).

Po dostaniu kopniaka od transportu zorganizowanego z pokorą zaakceptowałam fakt, że przeznaczeniem tego dnia jest autostop, więc z duszą na ramieniu pojechałam do upatrzonej miejscówy za bramkami.

Rzeczywistość okazała się mniej różowa – radiowóz policyjny zaparkowany tuż za bramkami a w nim dwóch mimo wszystko uśmiechniętych koreańskich gliniarzy. Nieeee.... Nici z planu! Siadłam na ławeczce nieopodal i intensywnie myśląc stwierdziłam, że to bezsensu wrócić się na dworzec, bo pewnie wyprzedane są bilety na autobus za 4 godziny, więc trip do Gwangju odłożę na kiedy indziej.

I wtedy TO musiało się stać. Przed oczami mignął mi niebieski radiowóz a ja z zadowoleniem udałam się na wysepkę tuż za bramkami myśląc po czesku: tak jdeme do toho!
I poszłam dość szybko, bo nie minęło 10 minut a już stałam w korku z moim kierowcą i dyskutowaliśmy (o ile można to tak określić) o koreańskiej popowej kapeli – BigBang. Z powodu korków trasa z tym kierowcą znacznie się przedłużyła, potem kierowca zaproponował obiad – Co sobie życzysz? Jak to co - BiBimBap oczywiście! I po raz enty zjadłam moją ulubioną koreańską potrawę (mmm...).

Następnie podwieźli mnie ojciec z córką, którzy w zasadzie zatrzymali się tylko po to, by dowiedzieć się co ja tu właściwie robię. Córka tłumaczyła wszystko z angielskiego na koreański i jak tylko ojciec zrozumiał ideę autostopu, zapukał w szybę kierowcy obok (ponownie korek na drodze, więc było to możliwe), który miał tablice rejestracyjne Gwangju, czy nie może mnie podwieźć.
Nie udało się, ale rozbawiona obserwowałam całą akcję i dość pozytywnie zaskoczyła mnie reakcja ojca.

Moim następnym kierowcą była zwariowana matka z gromadką dzieci, zwariowana bo oprócz kilkunastu buddyjskich gadżetów w vanie, miała blond irokeza, częstowała mnie i dzieciaki owocowymi lizakami i na tle innych koreańskich mamusiek zdecydowanie odstawała od normy. Ani ona, ani dzieciaki nie mówiły po angielsku, więc z moim ubogim koreańskim dogadywałyśmy się co najmniej świetnie, i co najlepsze równie szybko co poprzedni kierowca załapała ideę autostopu: zostawiając mnie na stacji benzynowej poprosiła pracownika stacji, aby zorganizował mi dalszy transport do Gwangju.

Niestety to nie wypaliło, a może to ja byłam zbyt niecierpliwa, ale jak tylko zauważyłam podjeżdżający na parking autobus, natychmiast tam pobiegłam dziękując kilka razy pracownikowi stacji za trud. Sądząc, że jest to autobus międzymiastowy już miałam pytać kierowcy o to, czy nie mogę się dosiąść, ale okazało się, że był to autobus wynajęty przez rodzinę i po prostu podeszłam do nich i wytłumaczyłam, że jestem autostopowiczką, jadę do Gwangju, jest ciemno, i czy byłoby możliwe, abym się z nimi zabrała... ? Powstało małe zamieszanie połączone ze zdziwieniem, ktoś zawołał chłopaka, który mówił po angielsku, i bez problemu znalazłam następnego stopa.

W autobusie chyba wzbudziłam niemałe zainteresowanie, ktoś poczęstował mnie kukurydzą, ktoś podrzucił sok, starszy podpity Koreańczyk starał się podjąć dyskusję o Busanie, ale moje ograniczone możliwości językowe trochę mnie ograniczały... Za to niezwykłą furorę zrobił mój zasób nazw zwierząt i owoców po koreańsku (z których dużą część już zapomniałam).

W efekcie zrobiłam około 300 km w 9 godzin, jadąc autobusem była bym na miejscu po 4 godzinach, ale tych 9 godzin w różnych środkach transportu, z różnymi ludźmi, tych chwil nie zamieniłabym na żaden inny środek transportu.



.......................................................

P.S. Jest to ostatni historia z autostopowego cyklu; nie wiem, czy te opowiadania komuś się podobały, kogoś zainspirowały czy przekonały do idei autostopu. Jeśli tak - to fajnie, a jeśli nie, to cieszę się, że przynajmniej mogłabym w jakiś sposób wyżyć się twórczo na łamach tego bloga.