Sunday, 30 May 2010

Hitchhike May! *30*

30. pārgājieni

Sandra i Iwan z Belgradu wzięli nas na stopa w Czarnogórze, w zasadzie kilka kilometrów za granicą. Łapaliśmy w dziwnym miejscu (poniżej), gdzie łączyły się dwie drogi, na jednym krańcu stała budka policyjna, na drugim było niemrawe pobocze i w zasadzie ciężko było zdecydować które miejsce jest najlepsze do stopowania. Po niecałych 10 minutach zatrzymali się nasi wybawcy z Serbii, a po dalszych 15 minutach wspólnej jazdy zaproponowali, abyśmy wpadli do ich domu w miejscowości Bar (nazwa jest co najmniej przebojowa, i zdecydowanie można powiedzieć, że w Barze jest kilka innych barów. Niczym miasto w mieście)

Dojechaliśmy razem do Podgoricy, gdzie Sandra i Iwan mieli spotkać się ze swoją rodziną z Kanady a następnie razem udali się do Baru (bynajmniej nie przydrożnego, ale właśnie do miejscowości nadmorskiej o tej jakże uroczej nazwie). My zostaliśmy w Podgoricy: złej, brzydkiej i odrzucającej stolicy Czarnogóry (w 99% nigdy nie napisałabym w ten sposób o żadnym mieście na świecie, ale Podgorica... nie zaoferowała zbyt wiele pod względem zabytków, architektury, przyjęcia ludzi, dosłownie niczego, więc stąd ta negatywna reakcja). 20 minut wystarczyło, by podjąć decyzję – OK, pakujemy się do Baru.

W Barze nie tylko czekało nas radosne przyjęcie ze strony naszych Serbów i ich rodziny, ale również perspektywa spędzenia kilku dni w domku położonym na wzgórzu, z drewnianymi okiennicami i z widokiem na morze. Przypomniały mi się wszystkie chwile z dzieciństwa spędzone na wsi...

Spędziliśmy tam super trzy dni, później ruszyliśmy na północ w kierunku Chorwacji, a tydzień później nasi wybawiciele wraz z familią wpadli do Pragi. Cały czas pozostajemy w kontakcie e-mailowym, wysyłamy sobie, zdjęcia i w tym roku najprawdopodobniej znów się spotkamy, tym razem w Belgradzie, a może nawet uda się ponownie pojechać razem do Baru? You never know ^__^

Saturday, 29 May 2010

HitchhikeMay! *29*

29. ωτοστόπ

Ledwo co przekroczyliśmy granicę między Turcją a Gruzją a zdaliśmy sobie sprawę, że z dwóch(bodajże)przejść granicznych między oba krajami wybraliśmy zdecydowanie to najgorsze i mało frekwentowane. Byliśmy w górach, tylko my, celnicy, dwie osobówki należące do taksiarzy i jeden tir.

Celników i taksiarzy od razu wykluczyliśmy z grona potencjalnych kierowców, którzy mogliby nas podwieźć na stopa. Został tir na tureckich blachach, ale ten ku naszemu niezadowoleniu był wyjątkowo długo przetrzymywany na granicy. Udaliśmy się więc na stację benzynową nieopodal, z daleka nawet zobaczyliśmy tankujące właśnie auto (lub przynajmniej tak się nam wydawało), tylko jakoś tak... wyludniona ta stacja?

Na stacji było co najmniej dziwnie: opuszczone pomieszczenia, w jednym z nich młotek niedbale pozostawiony na stole jakby ktoś przed chwilą wyszedł, gdzieniegdzie okruszki chleba. Poczułam się nieswojo i jak tylko przestało padać udaliśmy się w kierunku tira. Ten stał ciągle na granicy, więc z dwóch dróg wybraliśmy drogę prowadzącą w prawo, i ledwie uszliśmy 15 kroków, a tir wyrwał do przodu niczym Speedy Gonzales, pojechał w lewo i zostały po nim tumany kurzu. A my mieliśmy podążać gdzieś, w zasadzie nie do końca wiadomo gdzie.

Wokół zasieki, potem pojawiły się jakieś pojedyncze budynki, kapliczka przydrożna, nawet auto wypełnione Gruzinami przejechało obok nas, ale kierowca obojętnie wzruszył ramionami na nasz widok. Idziemy dalej przez wiochę na końcu świata, zaczęło się ściemniać, w oddali usłyszeliśmy szczekanie psów, jakaś babcia powiedziała coś na kształt „bożie odkud wy???”, zaczęliśmy rozglądać się za opcją spania, i w tym przypadku rozstawienie namiotu wydawało się kiepskim pomysłem.

Zrobiło się totalnie ciemno, idziemy środkiem piaskowej drogi i powoli robiło się niewesoło. Wtem w polu pojawiły się światła, bliżej, i bliżej, desperacko zaczęliśmy łapać stopa... Jest! Zatrzymał się!
Jazda z kierowcą z rodzaju Skóra, Fura i Komóra, w środku denna muzyka w postaci NaNa „..he is coming, he is coming...”, i od tej pory kiedykolwiek usłyszę tę piosenkę, przypomina mi się ten stop.

Koleś nas nie tylko uratował z opresji, ale pomagał szukać tani hotel (w końcu i tak nas przygarnął do siebie pewien Gruzin). Przygoda ta zapoczątkowała serię całkiem fajnych podbojów autostopowych w Gruzji.

Friday, 28 May 2010

HitchhikeMay! *28*

28. пътувам на туризъм

Porównując szybkość łapania stopa w Polsce przed 5 laty a teraz, muszę przyznać, że średni czas oczekiwania na stopa dla samotnie łapiącej dziewczyny wydłużył się z 5 minut nawet do 20 - tu.
Dlatego tym bardziej zdziwiło mnie, kiedy schodząc ślimakiem przy Katowicach (było to niecałe dwa lata temu, około 22 i akurat trwał remont zjazdu nad autostradą A4), od niechcenia pokazałam kciuka, (wiedząc że i tak niedorzeczne było by, aby ktoś się dla mnie zatrzymał w tych warunkach: zjazd w dół, zero pobocza) i po sekundzie zatrzymało się auto. Szybko otworzyły się drzwi do auta i dziewczyna siedząca w środku zawołała – wsiadaj, nie mogę się tutaj zatrzymywać.

To była Asia, była autostopowiczka, która obecnie może i trochę mniej jeździ na stopa, a w zasadzie w ogóle odkąd ma auto, lecz zbiera takie przybłędy z drogi jak ja.

Asia okazała się super dziewczyną, i zaproponowała mi coś, co nie podejrzewałam, że zdarzy mi się kiedyś w Polsce. Mianowicie zaproponowała mi nocleg w mieszkaniu rodziców, do których właśnie jechała. Nigdy nie sądziłam, że w naszej prozachodniej, proamerykańskiej, nieufnej i wyzbywającej się słowiańskiej gościnności) Polsce, ktoś mi zaproponuje nocleg po 15 minutach wspólnej jazdy.

Spieszyłam się do Wrocławia, więc mimo zachęt odmówiłam, po drodze jeszcze napotykając dziwnych ludzi, którzy mnie podwieźli, jednak miło wspominam Asię i jej ofertę, nawet wymieniłyśmy się się telefonami, w nadziei, że może kiedyś coś razem zorganizujemy. I mimo że to nie nastąpiło, to i tak cieszę się, że ją spotkałam, i w tym miejscu chciałabym ją serdecznie pozdrowić.

Thursday, 27 May 2010

Hitchhike May! *26*27*

26. sagabal-hiking

Zazwyczaj jak widzę zajebiste auto i kierowcę z rodzaju ultra high class, nawet nie wyciągam kciuka. Choć reguła pokazuje, że jednak i burżuazja bierze na stopa (przecież większość z tych, którym udał się american dream pochodzi z nizin, czyż nie?). Kiedyś we Włoszech wziął mnie na stopa odpicowany prawnik w błękitnym garniturze a dziś chciałabym opisać jak pewnego zimowego dnia podwiózł mnie kierowca polityków. Tak, tak, sytuacja miała miejsce w Polsce i jak najbardziej chodzi o naszą rodzimą śmietankę parlamentarną, kierowca zaś okazał się miłym dystyngowanym starszym panem (a nie np. nadętym bufonem).

Lubię takie stopy: super szybkie auto, inteligentny interlokutor, możesz rozmawiać z tą osobą godzinami na zawsze interesujący temat lub po prostu milczeć, i wcale nie jest to niezręczne milczenie. Pozdrowienia dla tego pana.

..........................................................

27. צוטשעפּען-כייקינג

To był szalony autostop w Bułgarii. Na tyle szalony, że wbijałam paznokcie w obicie siedzenia. Kierowca wraz ze swoją dziewczyną dość szybko zgarnęli nas z pobocza. I ciach – masz piercing?? Pokaż! A na języku też masz? Patrz, moja dziewczyna ma kolczyk w pępku, pokaż jej, no pokaż! Tu wskazał na pękaty brzuch swojej lubej, która była w zaawansowanej ciąży.

Ciach – muzyka: głośna, dyskotekowa na zmianę z tanim hip hopem, śpiewy. Kierowca co chwilę odwraca się, zagaduje, wystukując jednocześnie melodię na kierownicy. I naciska na gaz, mocnooooo naciska na gaz. Szalone zakręty, wymijanie w prawo, w lewo, ciach, ciach, ciach. I te moje nieszczęsne paznokcie wbijające się w obicie. Mnóstwo pytań, nieskładna rozmowa – zabiezemy was do Sofii, do nas, na imprezę!
- No niezbyt, wiesz śpieszymy się do Polski...

Nigdy nie sądziłam, że podwiozą mnie na stopa Romowie, ale ci byli całkiem w porządku i totalnie szaleni.

Wednesday, 26 May 2010

Z dziennika magistrantki: 24 dni!

24 dni - tyle mi zajęło napisanie nowatorskiej -ha ha ha- pracy magisterskiej poświęconej nazwom praskich ulic. Ulic, placów, wysp i pozostałych urbanonimów należałoby dodać. W jakiś sposób jestem z siebie dumna, w szczególności z tego, że z głębin głębokiego oceanu przemyśleń i rozważań wyłoniła się góra lodowa. Nie wiem, czy o tę akurat górę chodziło mojej promo, ale załóżmy, że ano i oprócz poprawek stylistyczno-przypisowo-źródłowych nie będę musiała nic dodawać i uzupełniać.

Uff... Jutro jeszcze dokładnie przebadam mój lodowiec i popchnę dalej, by na falach internetu posurfował prosto do portu mojej promo.

P.S. W ciągu ostatnich 24 dni zdążyłam również zaprzyjaźnić się bliżej z kawą, przez co kolor mojej krwi (zapewne) stał się brązowo-czerwony, inaczej mówiąc: brunatny.

Dziś totalnie zakochałam się w kapeli the organ.
AAA jak awesome. Cały album tutaj.

Tuesday, 25 May 2010

Hitchhike May! *25*

25. Autostop

Nie mam pojęcia jak ten Bośniak znalazł się na wyjeździe z Wrocławia w kierunku Warszawy, ale w zasadzie było to dość nieoczekiwane.
Wrocławska miejscówka na łapanie w kierunku W-wy zazwyczaj jest busy i nie mam tu na myśli zatrzymujących się tam busów i autobusów, ale to, że miejscówka ta jest non stop okupowana przez rzesze autostopowiczy.

Również tym razem było ich sporo, więc stojąc po środku między łapiącymi za nami dziewczynami a łapiącym przed nami hipisem i dwoma dziwnymi typami w skórach i z neseserami mieliśmy nikłe szanse. Dziewczyny (wiadomo) czekały może 5 minut, hipis w przedziwny sposób machał rękami, i jak się okazało był to dobry sposób, bo po krótkiej chwili ktoś się dla niego zatrzymał. Zostaliśmy więc my i oni – chłopaki w skórkach.

Wtem ktoś do nich podjechał, co nas trochę zdziwiło, bo chłopcy wyglądali co najmniej „nie autostopowo”, by nie powiedzieć, że wyglądali wręcz podejrzanie.
Chłopaki pokręcili głowami, niezrażony tym kierowca podjechał do nas i jak się okazało był Bośniakiem, który mieszka obecnie we Włoszech, i jest trenerem jednej z polskich (chyba drugoligowej) drużyny koszykówki. A więc sielanka. Nasz kierowca okazał się strasznie wyluzowany, uśmiechnięty i podśpiewywał pod nosem bałkańską nutę, która wydobywała się z głośników.

Po tak pozytywnym doświadczeniu i opowieściach znajomych, którzy odwiedzili Bośnię, chciałabym tam w końcu pojechać. Przypuszczalnie w te wakacje. Mam nadzieję ^__^

Monday, 24 May 2010

Hitchhike May! *24*

24. нақлиёт

Kiedy pomyślę o stopowaniu na Węgrzech automatycznie pojawia mi się przed oczami radiowóz policyjny. Dziwnym trafem (tu powinno być „niemal”, bo póki co reguła ta sprawdziła się w 90%) za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez Węgry mam do czynienia z policją. I niekoniecznie, a w zasadzie nigdy nie jest to pozytywne spotkanie.

Jechaliśmy do Serbii, byliśmy już tak blisko celu, bo przed Szegedem, i wtedy pojawił się radiowóz. W dodatku z dwoma policjantkami. Coś mi podpowiadało w środku, że bliskie spotkanie z rodzajem żeńskim w mundurze jest znacznie bardziej dramatyczne niż z rodzajem męskim, ale jeszcze gdzieś tliła się nadzieja, że będzie OK. Zaczęło się od pytań po niemiecku, potem przeszliśmy do moich odpowiedzi „Nein, nein...”, a potem nastąpiło zasadnicze pytanie o nasze paszporty.
ACHTUNG:
Lekcja pierwsza: jak Cię zatrzymuje na autostradzie policja, udawaj, że nie wiedziałeś/-aś, że istnieje zakaz łapania stopa na autostradzie (cóż, ale komu choć raz nie zdarzyło się łapać stopa na „autobanie”..). Po prostu graj Forrest Gumpa, uśmiechaj się i przytakuj.
Lekcja druga: Nie dawaj paszportu do ręki, pokaż numer, adres, ale nie pozwól, by policja miała w łapskach twoje papiery.

My zaczęliśmy trochę nieprofesjonalnie (teraz już wiem, patrz lekcje wyżej), nie dość, że wydarłam się na policjantki, przyznałam, że łapiemy stopa, to jeszcze nieświadoma niczego pozwoliłam na wgląd do paszportu. I w ten sposób dostaliśmy zaproszenie do radiowozu (głupio było odmówić, no, w sumie nie mogliśmy nie skorzystać z „zaproszenia”).

Policjantki odstawiły nas na przystanek autobusowy przy drodze krajowej, która prowadziła do centrum Szegedu. Oczywiście autobus jeździł tam co kilka godzin, ale nawet nie myśleliśmy, by wpakować się do centrum. Dzika iskra w mojej głowie znów zapłonęła i coś mnie podkusiło, by spytać rumuńskiego tirowca, który stał po drugiej stronie ulice, jeśli nie mógłby nas z powrotem podwieźć na miejsce, skąd nas sprzątnięto.

Zagadałam po angielsku, i mimo że tirowiec zdawał się tylko znać rumuński i rosyjski, zrozumiał moją prośbę, choć równie dobrze mógł zatrzasnąć przed nami szybę po usłyszeniu dwóch międzynarodowych fraz „we've got a little problem with police...”.

Kierowca akurat jechał w tym samym kierunku i w ciągu trzech minut znaleźliśmy się na poboczu, z którego nas zgarnęły przemiłe policjantki, szybko więc podziękowaliśmy i co rusz zaczęliśmy łapać, a ja uparcie powtarzałam w głowie mantrę „Byle tylko się tu nie wróciły”, bo moglibyśmy dostać sympatyczną pieczątkę misia w paszporcie a już na pewno miałabym materiał do napisania story o tym, jak wygląda węgierski komisariat.

A więc po raz kolejny morał, że czasem opłaca się być bezczelnym i nietuzinkowym.

Sunday, 23 May 2010

Hitchhike May! *23*

23. Haiking

Dziś będzie opowieść z cyklu dziwne środki lokomocyjne. Kilka razy zdarzyło mi się jechać autobusem na stopa, raz było to zwykły PKS, innym razem busik między miastami, a jeszcze kiedyś indziej zwariowani busiarze, którzy wzięli nas na stopa w Tureckiej części Kurdystanu. Mój ostatni stop autobusowy miał miejsce w Bułgarii, w zasadzie nie był to do końca autobus, ale niemiłosiernie powolna przeróbka autobusu. Przeróbka na coś w stylu sound systemu na kółkach. Busik służył naszym drajwerom za mieszkanko, imprezownię, były w nim psy, nasza ferajna wybawicieli z Francji, i pewnie jakieś blunty schowane pod deską rozdzielczą. Totalny luz blues, a raczej reggae luz.

Ekipa była mega wyluzowana, sympatyczna i przy promieniach zachodzącego słońca znów miałam to wrażenie, że właśnie dla takich chwil żyję (zawsze mnie to dopada jak jadę na stopa i akompaniuje mi pomarańczowa tarcza słoneczna, taki mały skok sentymentalny, egrh...).

Takich właśnie stopów oczekuję w najbliższe wakacje, taa...

Saturday, 22 May 2010

Korean rest

Today my Korean friend sent me few pics from Jeju island. Photos from this beautiful island where I spent lovely time, celebrated my birthday by the ocean, where I hitchhiked, rode on a motorbike and slept on the beach. So many memories from tiny 3 days. Frankly speaking I don't consider myself as sentimental, however when it comes to places then... Then I replay my memories over and over again. It's nearly never-ending process taking place in my mind.

Same happened today thanks to Hoon and heartwarming photos he shared with me. I realised how much I miss 'my' Korean reality. My own subjective way I received this country with. All personal observations and traces left in my inner world. I just know I wanna go back there, preferably for longer period than 3 months, though so far I haven't taken any steps to do it. Every day I repeat myself 'hey, Emi it's high time to look for an interesting volunteer program', however first I have to finish my current priority – master's thesis. And then I can focus on searching.

Will keep you posting about the results. Enjoy photos below - I do.
Thanks a lot my friend for these pics, you haven't got a clue how meaningful they are for me.



Hitchhike May! *22*

22. Pedir cola.

Poniższa historia zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym, że mimo własnych problemów jesteśmy w stanie pomagać innym. Może to brzmi górnolotnie, ale coś mi podpowiada, że tak powinnam to odbierać.

Podróżując samej po Hiszpanii trafiłam do miasteczka położonego na południu, które okazało się straszną katastrofą w wydostaniu się: kilka kilometrów marszu z 13 kilogramowym plecakiem w pełnym słońcu plus zero reakcji na próby łapania stopa. Dół jednym słowem.

Ale ta historia miała miejsce trochę wcześniej, przed wjazdem do miasteczka wysadziła mnie pewna parka a tam po niedługim oczekiwaniu zatrzymała się kobieta. Weszłam do auta i przywitał mnie jej serdeczny uśmiech. Po chwili spostrzegłam, że w tylnej części samochodu siedzi jej córka na wózku inwalidzkim, dziewczynka miała rodzaj upośledzenia psycho-ruchowego i jak się okazało, matka wiozła ją na rehabilitację do pobliskiego szpitala. Jechałyśmy może 5 minut, stosunkowo krótki stop i w zasadzie średnio mi pomogło wwiezienie do miasta, ale... to, że mimo sytuacji zatrzymała się dla mnie. To, że chciała podwiezieniem pomóc jakiejś obcej dziewczynie w dostaniu się tych 5 km dalej. To dla mnie dużo znaczyło. Może nadinterpretuję tę podwózkę, ale wydaje mi się, że większość osób w jej sytuacji po prostu by olała kogoś czekającego na poboczu. Gracias.

Friday, 21 May 2010

Hitchhike May! *21*

21. Autoestop

Mój pierwszy autostop miał miejsce przed ośmioma laty w Grecji. To był rok, w którym w końcu otrzymałam paszport i jeszcze tego samego roku odwiedziłam pięć krajów, chyba gdzieś podświadomie towarzyszyło mi poczucie wolności, chęć poszukiwania, poznawania. Może, ciężko odgadnąć myśli, które Ci towarzyszyły osiem lat temu.

Wyjechałyśmy do Grecji w ramach tzw. wyjazdu zorganizowanego (aż wstyd się przyznać, co?), co dało mi wyobrażenie o przemyśle turystycznym w ogóle. Pewnego słonecznego dnia wyrwałyśmy się z naszej słodkiej, turystycznej miejscowości, gdzie były same hotele i miejsca usługowe, autobusem do miasteczka oddalonego jakieś 20 km. Tam, w porównaniu do naszej hotelowej osady, panowało stosunkowo spore wyludnienie, ale jakimś trafem znalazłyśmy małą piekarnię, gdzie pracowała przemiła pani i dała nam przesmaczny chleb z oliwkami w podarunku. Nie wiem ile czasu spędziłyśmy w piekarni, ale uciekł nam autobus, a następny był za jakąś godzinę i wtedy nie wiedzieć skąd przyszła mi do głowy TA myśl:
- Julka, dawaj jedziemy na stopa!
- Co?!
- No dawaj na stopa wrócimy, jesteśmy we dwie, to co się może stać?

Sama siebie zaskoczyłam, ponieważ ani nigdy zbytnio nie paliłam się zbytnio do tego sposobu podróżowania (no tak okazja czyni...), ani nie było żadnej tradycji jeżdżenia na stopa w mojej rodzinie. Tak czy inaczej po niecałych pięciu minutach jechałyśmy rozklekotanym pojazdem w kierunku naszej hotelowej osady – Hosady powiedzmy. Dziwnym trafem podwiozło nas dwóch Greków, którzy chyba nawet chcieli się spotkać z nami na kawę. Znaczy Frappe, w Grecji to głównie dają.

Morał jest taki, że ten sposób podróżowania na tyle przypadł mi do gustu, że już nieco ponad rok później używałam go jako główny środek podróży między Wrocławiem i Katowicami, ale opowieści z trasy A4 to temat na inną historię.

Z dziennika magistrantki 4

Jestem totalnie spięta i zestresowana, a w moim przypadku stres demotywuje zamiast zachęcać do podejmowania działania. Został mi ostatni, najważniejszy rozdział pracy - analiza. Jak pomyślę o tym, to wydaje mi się niczym góra lodowa nie do zdobycia. Właśnie, ale chyba o tę górę lodową chodziło mojej promo. Ostatnie poty zostawione w Klementinum, gdzie spędzam czas obłożona literaturą, i góra się wyłoni z głębin i czeluści oceanu moich przemyśleń. Głębokie to było, co?

Wracam do pisania.
Acha, zalegam z historyjkami autostopowymi. Sorry.

P.S. W bibliotecznym bufecie sprzedają piwo. W PL nie miałoby to racji bytu.lol.

Thursday, 20 May 2010

Hitchhike May! *20*

20. Autostop

Ponownie cykl 'zapadający w pamięć kierowcy', no w tym przypadku kierowczynie lub kierownice - niestety, ale w przypadku tego słowa język polski nie jest zbyt elastyczny i w uzusie jest tylko forma męska.

Wraz z Matyldą udałyśmy się na wycieczkę do Sobótki, wdrapałyśmy się na Ślężę, zbierałyśmy jagody i aby dopełnić sielanki na stopa powrotnego wzięła nas babeczka z NOP-u. Najpierw lekka konsternacja, że zatrzymała się babcia w okolicach 60 - tki, potem naszą uwagę przykuła jej koszulka: gigantyczny biały orzeł w koronie, a potem dało się zauważyć czapkę z daszkiem i flagą Polski. Oukej...

Wchodzimy do luksusowego maluszka (no ba! w końcu jak patriotyzm, to do końca, nie?) a tu kolejne oznaki dość silnego patriotyzmu: biało - czerwone wstążki przy lusterku, polskie flagi w kątach szyby. I wtedy pada hasło: kandyduję z ramienia NOP-u w wyborach.(To grubo - przemknęło mi potocznie przez myśl). Pani zresztą dość potocznie prezentowała swój program wyborczy, określając go jako: antyaborcyjny, antyeutanazyjny i co najważniejsze propolski i prokatolicki. Później jeszcze pojawiła się wzmianka o tym, jak postawiła w ogrodzie dwumetrowy krzyż i jacyś wandale go zniszczyli: dzisiejsza młodzież... bandziory!

Po drodze rzucałyśmy sobie z Matyldą porozumiewawcze spojrzenia i z trudem powstrzymywałyśmy się od śmiechu, że oto wzięła nas na stopa karykatura ówczesnej sceny politycznej w Polsce. Na odchodnym usłyszałyśmy frazę: to jak dziewczynki zagłosujecie na mnie? No ba!

Nie wiem, czy ta pani rozwinęła swoją karierę polityczną i czy rozwinęła ('orle') skrzydła, ale kampania wyborcza „bierz na stopa wyborców, zamiast tracić na billboardy” znacznie bardziej do mnie przemawia niż tanie uśmiechy z plakatów przedwyborczych.

Wednesday, 19 May 2010

Hitchhike May! *19*

19. Liften



Wmawiali nam, że nie ma szans, że w Iranie autostop nie działa (lub przynajmniej nie działa jego bezpłatna wersja). Ale udowodniliśmy, że da się*, choć początki były średnio zachęcające.

Pierwsze podejście: Prażymy się w słońcu, jestem pozawijana po uszy w manto i hijab (manto to koszula zakrywająca biodra, najlepiej do połowy ud, a hijab to nic innego jak chusta na głowę), wyciągam kciuka. Stosunkowo szybko zatrzymało się auto, bla bla bla, i kierowca chce pieniądze. Sajonara. Zatrzymało się drugie auto, ten sam schemat. A potem trzecie, czwarte i w końcu piąty kierowca zgarnął nas z pobocza. I potem już to szło. Może nie było poezji, ale całkiem szybko przesiadaliśmy się z auta do auta. I wtedy zatrzymała się irańska rodzinka. Matka, starszy syn kierowca i młodszy syn. Auto nie dość, że rozmiarów fiata pandy, to jeszcze wypakowane po dach, włączając w to składany namiot, masę toreb i jedzenia.

Jedziemy, jest co najmniej wesoło, starsza muzułmanka zachęca syna do włączenia jakiegoś szlagieru techno, tan zapuszcza hit, matka zaczyna wymachiwać rękoma, niemal tańczyć i do tego śpiewa refren. Szał.
Potem było już spokojniej, zjechaliśmy na piknik, i miałam szansę spróbować faludeh czyli rodzaj sorbetu z cienkich nudli vermicelli zamrożonych ze skrobią kukurydzianą, woda różaną, podawane z sosem limonkowym i często pokruszonymi pistacjami. Bardzo pozytywnie wspominam tę rodzinkę, beztroskę i salwy śmiechu, które pojawiały się w trakcie jazdy.

Kolejne próby autostopowe były bardziej zachęcające, a czym dalej na południe, tym było lepiej.
Definitywnie polecam Iran na stopa – pul na daram!


*) Wszędzie jest możliwe, wiara w to zjawisko i doświadczenia innych silnie utwierdzają mnie w przekonaniu, że autostop działa wszędzie. Włączając w to stop wodny (łódkostop?), powietrzny (samostop?) i inne.

Tuesday, 18 May 2010

Hitchhike May! *17*18*

17. Autostopas

Nie wiem czy mogę tę przygodę określić mianem autostopu, w zasadzie była to forma podwiezienia, aczkolwiek niekoniecznie jej oczekiwałyśmy...

Pierwszy dzień w Seulu, bardzo długi zresztą, ponieważ miałyśmy za sobą 8 godzinny lot, zmianę czasu, przylot nad ranem, przeprawę labiryntowym metrem a dochodziła 13.00. Wyszłyśmy z mieszkania naszego hosta z Couch Surfing na zwiad terenowy.

Oszałamiająca feeria barw, billboardy, szyldy, wszędzie zakręcony alfabet, krótko mówiąc natłok wrażeń. I wtedy runął deszcz, mój pierwszy monsunowy deszcz, po którym zaczęłam inaczej pojmować określenie 'mokry'. Lało tak paskudnie, że mimo nieznacznego oddalenia się od mieszkania byłyśmy w stanie odnaleźć drogi powrotnej i skryłyśmy się pod daszkiem, jak się okazało, do wejścia do przedszkola. Zaciekawione przedszkolaki w mig zbiegły się dookoła nas a my spytałyśmy się recepcjonistki, jeśli nie wie gdzie jest ten adres (i wtedy podałam wymiętą kartkę z zapisanym starannie adresem po koreańsku). Recepcjonistka spojrzała, zawołała dyrektorkę przedszkola a ta powiedziała, że to blisko i nas podwiezie autem.
Dość nas to zdziwiło, bo jak to? W sumie to pewnie ulica obok, wystarczy wyjaśnić i dojdziemy same, nie ma potrzeby podwożenia nas autem! Na co dyrektorka tylko pokiwała głową i w końcu podwiozła nas notabene przecznicę dalej.

To był ekspresowy stop i niespodziewany akt ludzkiej życzliwości, powinnam dodać koreańskiej życzliwości, ponieważ w ciągu kolejnych 3 m-cy niejednokrotnie miałam okazję jej doświadczyć ^__^

-----------------------------------------------------------

18. L'autostop

Historia z rodzaju interesujący kierowcy. Południe Turcji, zatrzymało się auto pół dostawcze. Kierowca ni w ząb angielskiego prócz hello, więc nadrabiamy z rozmówkami polsko - tureckimi i z każdą minutą robi się sympatyczniej.
Nasz kierowca okazał się handlarzem antykami o czym mogłam się przekonać kiedy pokazał mi monetę z czasów romańskich. Mała, zielona i pokrzywiona moneta na 5 sekund znalazła się w mojej dłoni i to było fajne uczucie, że jesteś tak blisko jak nigdy, blisko czegoś, co normalnie widzisz za siedmioma warstwami szyb i pod czułym okiem kamery. A tu ktoś zupełnie obcy zgarnia Cię z drogi i pokazuje takie małe cudeńko.

Zrobiliśmy razem kilka set kilometrów zatrzymując się po drodze u innych handlarzy antykami, odwiedzając przy tym zjawiskowe wnętrza budynków, dwie przydrożne restauracje a potem nasz kierowca targował się o cenę przedziwnych placków wyrabianych metodą mocno chałupniczą. Kiedy patrzyłam na te krzyki, cały teatrzyk na miny, stawianie warunków i serdeczny uśmiech córki sprzedawczyni, po prostu musiałam wyciągnąć aparat. Później jeszcze nasz kierowca załatwił nam pozwolenie na rozbicie się namiotem na parkingu restauracyjnym.

Zuch drajwer.



Z dziennika magistrantki 3

Po 15 dniach pisania MGiRa mam 2/3 materiału roboczego, został mi jeszcze jeden obszerny rozdział do napisania plus dopracowanie wstępu i wnioski. I cały czas babrzę się z klasyfikowaniem ulic. Robota prosta, mozolna i dłużąca się... Ulice, ulice, ulice, uuu - akurat jestem na tej literze.



A w między czasie wygrzebałam takie oto znalezisko w lumpeksie. Naszywkę dodana w postobróbce.



Byłam też na kilku koncertach, wygląda na to, że grana przeze mnie rola podpieracza ściany odeszła do lamusa. Ba, ku mojemu zdziwieniu rozeszło się, że gdzieś, kiedyś wydawałam (powiedzmy, że wydaję, ponieważ w myślach układam pomysły na kolejne produkcje) ziny i prascy scenersi zaczęli się o nie wypytywać. Jest dobrze.
11/06 w Pradze gra świetna kapelka ze Stanów - Masakari, zaś 20/06 zagra świetny tercet emo kapel. Jaram sięęęęę...meeeee...



P.S. Z jakiegoś powodu mój skaner mnie nienawidzi i stara się pokazać mnie w krzywym zwierciadle. Bardziej krzywym niż krzywe zęby pacjenta u ortodonty.

Sunday, 16 May 2010

Hitchhike May! *16*

16. Blaffer

Ten stop określiłabym mianem Last Minute. Bo dosłownie w ostatniej minucie zatrzymało się auto. Jechaliśmy na Fluff Fest w Pilznie, i w Nachodzie, tuż za granicą utknęliśmy na dobre 4 godziny. Łapaliśmy bezskutecznie od około 16.00, gdzieś koło 19.00 pojawiła się myśl, że jak nic nie złapiemy do 20.00, to rozkładamy się z namiotem na granicy.

19.59. ze zwieszoną i totalnie odpychającą miną (tak mi się przynajmniej wydaje, że moje zniechęcenie musiało być już widoczne) pokazywałam tablicę ostatnim autom. Jeszcze trzy ostatnie: 3, 2, 1 jest! Ktoś zjechał dla nas na pobocze!

Kierowca okazał się hardcorowcem z rodzaju tych, co przejeżdżają dystans Portugalia - Polska bez zmrużenia oka, na hektolitrach kawy i na nocne dystanse szukają autostopowiczy do zabrania nie tylko po to, by mieć z kim pogadać, ale przede wszystkim po to, aby druga osoba w dostawczym sprawiała wrażenie, że jest kierowcą na zmianę.

Nie wiem ile jest w prawdy w przejeżdżaniu z Portugalii do Polski w 72 h bez snu, ale przyznam, że koleś był dość szalony i wygadany. I dzięki niemu już niecałe 3 godziny później rozbijaliśmy się przy jeziorku w Pilznie.

Saturday, 15 May 2010

Hitchhike May! *15*

15. Аўтаспын

Skończyłam dziś oglądać trylogię Ojciec Chrzestny i zachęcona widokiem spalonej słońcem Italii postanowiłam napisać o codziennych niemal stopach na trasie Cerignola - Pozzo Monaco. O ile Cerignola ma jakieś zabytki, jakiekolwiek tchnienie życia, to Masseria di Pozzo Monaco, jak brzmi oryginalna nazwa, nie ma go wcale (a raczej ma tyle, ile znajdziesz w rozprzestrzeniających się wokół polach pomidorowych, paprykowych, gajów oliwnych i wszelkich innych roślinach uprawnych południowej Italii), z trudnością znajdziesz ją na mapie Googla, nie mówiąc nawet o szczegółowej mapie drogowej.
Tak się złożyło, że w tej dziurze świata spędziliśmy dwa miesiące na tzw. kampanii, z ekipą z kryminału, spod znaku taniego wina (2 euro za 5 l) i z rozrywkami typu porachunki wioskowych mafioso. I przy tych wszystkich uciechach rozwijaliśmy nasze umiejętności stopowe z Pozzo Monaco do Cerignoli i z powrotem (czasem nie było tak kolorowo i pozostawał 7 km marsz w pełnym słońcu, co kończyło się udarem słonecznym, ale to tylko czasem).

Jednym z sąsiadów naszej obskurnej kampanii był zamożny właściciel winnic, który nie wiedzieć czemu wyjątkowo nas polubił. Na tyle, że dość często nas podwoził między obiema miejscowościami (w przypadku Pozzo Monaco słowo 'miejscowość' jest co najmniej nie adekwatne, kilka kampanii na krzyż, pól, owiec - zadupie świata, nic dodać, nic ująć). Zawsze zagadywał, ubogą włoszczyzną odpowiadaliśmy, częstował winogronami, brzoskwiniami a kiedyś podwiózł nas swoją wypasioną furą na podwórko naszej kampanii, co spotkało się z niebywałym wręcz zdziwieniem naszych kampanijnych pijaczków.

Na trasie Masseria di Pozzo Monaco – Cerignola podwozili nas jeszcze inni kierowcy, ale ten był wobec nas wyjątkowo cierpliwy.

P.S. W związku z częstymi kursami na trasie P.M. - C. wymyśliliśmy nawet piosenkę „If you are going to Pozzo Monaco...” na melodię hipisiarskiego szlagieru Scotta McKenzie „If you are going to San Francisco”.

Friday, 14 May 2010

Hitchhike May! *14*

14. Կապն ընդհատված է

W ramach planu przejechania na stopa dookoła jeziora Sewan (Armenia), wybraliśmy punkt na mapie, w którym mieliśmy się spotkać. Trafiło na Pambak, już sama nazwa podpowiadała, że w zasadzie nie wiadomo, czego możemy się spodziewać. Dobra, to jedziemy do Pambaku, punkt zbiorczy pod pierwszym sklepem w wiosce.

Rozdzieliliśmy naszą piątkę na dwie grupy i już po chwili jechaliśmy do Pambaku. Co prawda w trakcie droga się w trakcie i przeszła w teren piaszczysty, ale dojechaliśmy.

Jeszcze tego samego dnia pani Sklepowa zaproponowała nam gościnę, (armeńska gościna to historia na odrębny tekst, ale wystarczy, że udasz się do Armenii, a na pewno jej doświadczysz) i w efekcie do późnej nocy biesiadowaliśmy. Późnym porankiem ruszyliśmy dalej i nasza piątka niemal ekspresowo złapała stopa na pace. I to nie na pace zajebistego „pick upa” czy samochodu dostawczego, ale na aucie odpowiadającemu tamtejszym warunkom – wojskowy kamaz, drewniane rozpadające się deski, ledwie trzymająca się plandeka na naczepie. W zasadzie podwieźli nas armeńscy wojskowi, którzy wykazywali się dość silną postawą patriotyczną, żeby nie powiedzieć nacjonalistyczną. O zaściankowych poglądach politycznych nie wspominając.

Nie wiem co było specjalnego w tym autostopie, może to, że w trakcie jazdy na pace ktoś rzucił oklepane hasło „prawdziwa jazda bez trzymanki”, ale w tym przypadku miało ono swoje pełne uzasadnienie. A Pambak serdecznie polecam.

ZombieWalk in Prague 2010!

Już jutro w Pradze odbędzie się 3 edycja ZombieWalku znanego również jako 'parady zombie'. Po 'uroczystym' przemarszu truposzy wszelkich maści (w zeszłym spotkałam m.in zombie papieża, zombie Jezusa i autentycznego zombie pisa)będzie afterparty w klubie Chapeau Rouge (Jakubská 2, Praha 1). Kto ma szansę wpaść jutro do Pragi - niech wpada! Parada zaczyna się od 17.00, rejestracja zombiaków od 15.30. Więcej info na: zombiewalk.cz



Przyznam się, że w tym roku będę muzułmanką lub dziewczyną lekkich obyczajów.
See you tomorrow!

------------------------------------------------------

Hey guys, tomorrow zombies are gonna take over Prague!
There's gonna be 3rd edition of Zombie Walk! Start: 5pm, registration: 3.30 pm. After the walk there's gonna be afterparty at Chapeau Rouge club (Jakubská 2, Prague 1). More info in link above. I'm gonna be either muslim zombie or hooker zombie.
See you there!

Thursday, 13 May 2010

Hitchhike May! *13*

13. Otostop

Türkiye çok güzel! To zdanie wywoływało nie tylko uśmiech na twarzach tureckich kierowców, ale tym hasłem zyskiwaliśmy ich dodatkową sympatię. Nie żeby to było wierutne kłamstwo, bo akurat Turcję naprawdę ubóstwiam, zresztą jak zwykłam mawiać – Turcja to mój prywatny raj autostopowy (może nawet jest to całkiem obiektywne stwierdzenie, ponieważ znajomi podróżujący po Turcji stopem potwierdzają moją opinię). Jeździ się na tyle zajebiście, że nawet policja pomaga złapać stopa, poważnie.

Jechaliśmy na Manisę i kierowca, który nas podwoził wybrał tak niewiarygodnie absurdalną drogę na około, że musieliśmy wysiedliśmy. I zonk. W miejscu, gdzie mamy łapać stoi radiowóz. Z doświadczenia wiem, że policja i autostop nie idą w parze, więc stanęliśmy na poboczu z mapą i ściemniamy sami przed sobą i policjantami, że wcale nie zamierzamy łapać stopa.

Jak można było przypuścić, podszedł jeden z nich.

- Günaydın!

Odpowiedziałam tym samym i chyba starałam się mu wyjaśnić, że my 'otostop' a nie 'otogar' (czyli turecczyzną na poziomie 'Kali jeść, Kali spać' wyjaśniłam, że łapiemy stopa i uprzedziłam zapytanie, czy może nie podwieźć nas na dworzec autobusowy). Policjant coś zagadał po turecku, popatrzył na mapę, poudawał ważniaka i uśmiechnięty odszedł.
Nic, spróbujmy łapać kilka metrów przed nimi.

Nie minęła nawet minuta, a gliniarze nas wołają, nic, idziemy.
Akurat wlepiali komuś mandat i na migi pokazują, że mamy wsiadać do auta ziomków, którzy właśnie zostali ukarani (aż się prosi, abym napisałąa'dostali pokutu', ach w Czechach po każdym bliskim spotkaniu z gliniarzem 'pokutujesz', niby jedna z ostoi ateizmu w Europie, a tu pokuta na każdym kroku czyha).
Co?!?! Pan chce, by ziomki w ramach dodatkowej kary podwieźli nas na stopa? - Posłałam gliniarzowi zdziwione spojrzenie o mniej więcej takiej treści. Na co gliniarz pokiwał porozumiewawczo głową. Musiałam jeszcze raz przetransformować to wydarzenie w myślach: czyli tak, przed chwilą gliniarze złapali nam stopa, czyż nie?
Posłusznie zapakowaliśmy się do auta i zdążyliśmy jeszcze zawołać:

- Teşekkür ederim!

Po czym oddaliliśmy się z mocno wkurzonymi kolesiami, którzy mimo przekleństw rzucanych pod adresem gliniarzy, odstawili nas w obiecane miejsce.

Swoją drogą, napotkani Turcy wyjątkowo serdecznie wypowiadali się o macierzystej policji. I przyznam, że po raz pierwszy spotkałam się z tak pozytywną oceną policji wśród społeczeństwa.

------------------------------------------------------------

Turkey is simply hitchhike paradise. Even police is eager to help you to catch you a ride. Awesome.

BTW, here are photos of two Turkish friends of mine I met through Hospotality Club. In few days Burak is gonna finish his military service - welcome back to life!
Greetz from this part of the world, hopefully we gonna meet this summer ^__^

Burak



Ilker



Turkey is awesome <3

Wednesday, 12 May 2010

Hitchhike May! *12*

Czasem najdziwniejsze pomysły przychodzą do głowy w całkowicie zwyczajnych miejscach.
Okazuje się, że do napisania świetnych i ciekawych tekstów nie potrzebujesz spokoju i izolacji, ale inspirację możesz czerpać z tak przeludnionego miejsca jak czytelnia. I może nic ciekawego w tej chwili nie wymyśliłam, ale samo psycho – fizyczne zmęczenie materiału, które mi teraz towarzyszy powoduje oddolną chęć napisania czegoś niezwykle zajebistego i twórczego. Nagle znajduje w sobie zapał robić wszystko inne, byle tylko nie otwierać folderu „Z_cyklu_emi_i_MGiR” na pulpicie a potem poszczególnych rozdziałów pracy. Na razie są w fazie półproduktu, muszę wprowadzić w nich setki poprawnych przypisów, komentarzy, skrótów i poprawić stylistykę tekstu.

W takich właśnie warunkach znalazłam pomysł na dzisiejszą 'autostopovu povídku'.

12. Autóstop

Zmęczenie materiału i nocny autostop. Jedziesz, jest okrutnie późno, a Twoje powieki stały się ciężkie niczym ciekłe żelazo i najchętniej oddałyby się objęciom Morfeusza. A jazda temu nie sprzyja, bo powiedzmy, że akurat sam/a jedziesz na stopa i z wyjątkiem sytuacji ekstremalnych, nie należy kimać w aucie (przyjmijmy, że jest to reguła, ale wiadomo, że z praktyką różnie bywa, osobiście nie raz zasnęłam w aucie i pewnie ślina mi przy tym ściekała na podbródek jak bernardynowi).

Przejechaliśmy przez całą niemal Rumunię („niemal” - bo zostało jakieś 60 km do granicy z Bułgarią). Była to Rumunia tuż po wstąpieniu do Unii, okrutnie rozkopana i budująca drogi na rzecz transportu międzynarodowego, który obficie przecina Rumunię w drodze do Turcji. Podróż wlekła się w nieskończoność: przewężki na 'autostradzie', roboty drogowe, w efekcie przejechanie 300 km zajęło nam cały dzień.

Turecki kierowca wyrzucił nas około 22 w centru rumuńskiej miejscowości X. Nie wiedząc nawet w którym kierunku mamy jechać, zaczęliśmy łapać stopa na szerokim poboczu ulicy. Zatrzymał się bus. Pierwsza myśl: świetnie, nie dość, że łapiemy w kraju, gdzie króluje tradycja płaconego autostopu, to jeszcze zatrzymał się ze swojej natury płatny środek transportu. Busiarz otworzył tylne drzwi, my staramy się tłumaczyć „U nas diengow niet” (w sumie nie wiem, jak wpadliśmy na to, by w Rumunii używać rosyjskiego, ale jakoś się to nawet potoczyło), koleś chyba od razu zrozumiał o co nam chodzi, zaś my do końca się upieraliśmy przy swoim. Ale w końcu doszło do nas, że po prostu nad podwiezie bez 'diengow'. Byliśmy maksymalnie zmęczeni, w myślach miałam wizję owinięcia się w śpiwór i odpłynięcia na dobre.

Ostatni przystanek busika, wysiadka i wylądowaliśmy na jakimś przedziwnym skwerku w dzielnicy romskiej i monopolem w odległości 15 metrów. Ledwo wysiedliśmy a stojący nieopodal radiowóz (HWDP, jasne, ale w tej sytuacji przyszło mi na myśl, że może nas podwiozą kawałek)odjechał i zostaliśmy sami. I miny nam zrzedły. Potwornie zmęczeni, bez opcji na rozłożenie namiotu (ciasna zabudowa w okolicy i jak okiem sięgnąć żadnego parku), zresztą miejsce i tak niekoniecznie wydawało się bezpieczne, a bynajmniej ja czułam się tam niepewnie.
Do diaska! Ruch na drodze był co najmniej nijaki, ale w jakiś przedziwny sposób udało się nam zatrzymać TIRa. TIRa! Wygodnego, bujającego się TIRa, gdzie od razu zapadłam w przerywany półsen.

W sumie nie wiem o czym była ta historia, bo ani o charakterystycznym kierowcy, ani o absurdzie, ani o jakimś nietuzinkowym wydarzeniu. Była to historia o zmęczeniu, o stanie towarzyszącym nawet najzajebistszym wojażom.

Teraz też jestem zmęczona (ziew).

Tuesday, 11 May 2010

Hitchhike May! *11*

11. Avtostop

Historia, którą nazywam "München i Wielbłądy".

Stopujemy pod Monachium, a w zasadzie zgodnie z zasadami zachodnioeuropejskiego stylu autostopowego przedzieramy się z jednego punktu parkingu na drugi pytając się kierowców TIRów o podwiezienie (Brr! Nienawidzę tego sposobu...). W ramach rachunku prawdopodobieństwa zaczynamy od wypytania się wszystkich kierowców na polskich tablicach rejestracyjnych. Najpierw słyszymy 'Nie, nie i nie', a potem znacznie milsze słowo zaczynające się na T jak Tak.

Starszy kierowca, tysiące setek milionów i tysięcy kilometrów przejechanych – on by nie wziął na stopa?! No ba! Ledwo ruszyliśmy a z głośników zaczęła się sączyć muzyka poważna. Polski TIRowiec i muzyka poważna?? To połączenie niczym kaczka tańcząca w baletkach Jezioro Łabędzie. A jednak. Jak fajnie, że ludzie przełamują schematy.

Chwila na telefon do żony:
- No Helenko, będę o 18 w domu, wiozę z sobą dwa Wielbłądy.
(Wielbłądy?? Nie chodziło oczywiście o egzotyczny ładunek z Afryki, ale o nas, dwóch autostopowiczy z gigantycznymi plecako - garbami na plecach. No tak).

Jeden z sympatyczniejszych autostopów, jakie miałam do tej pory. Mimo że było to dobrych kilka lat temu, to nadal pamiętam o tym Panu, o München (w którym jak do tej pory nie byłam, ale przynajmniej zwiedziłam okoliczne stacje benzynowe – lepszy rydz, niż pieczarka, nie?) i Wielbłądach.

Monday, 10 May 2010

P.S.

W zasadzie mimo daty wtorkowej nadal jest przeciągający się poniedziałek (00.55).
Skończyłam z rezultatem 16 stron. Okrągły tydzień klepania w klawiaturę z tematyką przewodnią praskich ulic.

Za oknem wiosna rozpasała się na dobre. W tamtym roku też była dobra. Ludziska wylazły na ulicę ze swoimi podrabianymi 'vittonkami' (czeskie określenie na podrabiane torebki, jak łatwo się domyślić nazwa pochodzi od Louisa Vuitton'a)jak poniżej. Kiedyś wysłałam to zdjęcie znajomemu i nie wiedzieć czemu zatytułowałam je "HejHo!".



Późno. Wraz z kałamarnicą pójdziemy już spać. Dobrou noc.



The.Squid.Girl

Hitchhike May! *10*

10. رحلات الأتوستوب

- Czemu chcesz jechać do Syrii?
- Jak to czemu, aby spróbować najlepszych falafli na świecie.

To był główny powód. Drugim powodem było planowany autostop przez pustynię. I chociaż wiem, że pustynię znalazłabym i bliżej, to jednak falafle i syryjska pustynia wydały się tym idealnym połączeniem.

W Deir ez Zor rozstaliśmy się z Udim i jego familią (jedna z tych historii, kiedy poznajesz osobę X, ta nie tylko staje się Twoim bestfrendem w trakcie podróży, ale poznaje Cię ze swoją rodziną, kwateruje u siebie i smaży falafle specjalnie dla Ciebie. I w taki właśnie sposób wylądowaliśmy z Udim u jego kuzynów w mieście po środku pustyni), i wtedy nastąpiła długo wyczekiwana chwila łapania stopa w 40 stopniowym upale. Udi jeszcze zdążył nam przygotować tablicę z wypisanym po arabsku celem podróży i już łapaliśmy.

Nawet niedługo, bo po jakichś 10 minutach prażenia się w pełnej tarczy słonecznej zgarnął nas pierwszy kierowca. I to był początek kamazowej przeprawy przez pustynię. Dość szybko też wyszło na jaw, że nie mamy wystarczającej ilości wody, a jeszcze doszedł ból brzucha (bynajmniej nie była to biegunka, którą przechodzi niemal każdy białas znalazłszy się na allahowej ziemi – p.s. rodzaj kary dla 'niewiernych' z chrześcijańskiego kręgu kulturowego?).

Jazda na stopa przez pustynię to dopiero frajda: Suniesz rozklekotanym kamazem przez pustynię, ledwie widząc asfalt i piaski przed sobą (raz – przednia szyba jest w stanie gorszym, niż opłakanym. dwa – wznoszą się takie tumany kurzu, że ten zdaje się osiadać nie tylko na szybie, ale i na zębach, powiekach i oczywiście obiektywie w aparacie. trzy – obecność mini tornad pustynnych, czyli żywioł z discovery channel, ale on live), kierowca zacięcie odmawia tasbi* śpiewając przy tym hity z syryjskiej satelity, a obolały brzuch przechodzi siódmy stan wtajemniczenia turbulencyjnego przy każdym potrącanym przez kamaz kamieniu (dobrze, że nie wielbłądzie, ufff).

W którymś punkcie „X” na pustyni przesiadaliśmy się, sierpniowe słońce przybrało na sile, a ja już byłam tak zamroczona, że przez mgłę pamiętam zawołania chłopaka („hey mister! Taxi, dollars, bus!”), który zdołał biegać po nagrzanym do N-tego stopnia asfalcie na boso. Respekt.

No, nie mówiłam, że jazda przez pustynię jest frajdą?


*)tasbi - islamski sznur modlitewny, który składa się z 33 paciorków lub z trzech części po 33 paciorki, pomagający w wymawianiu wszystkich 99 tzw. atrybutów (imion) Allaha.

--------------------------------------------------------

Hitchhike through desert? Definitely YES! In my opinion it's at some point a MUST when you travel in the Middle East. Though it's extremely hot and stuffy, still very enjoyable!

Sunday, 9 May 2010

Z dziennika magistrantki 2

Przez tydzień pracy stworzyłam 14 stron tekstu. Chyba jest nieźle. Jutro zaczynam batalię od nowa, choć na chwilę obecną wątpię, abym za tydzień miała 28 stron (A jeśli??? To jakąś nagrodę muszę przewidzieć w budżecie)

Zawsze zastanawiałam jak to będzie, kiedy w końcu będę pisać. Wydawało mi się to takie nieosiągalne: że jak to, że ja? że napisać coś takiego, ja??? nigdy. A teraz jestem w toku, przetwarzam, piszę i tworzę.

Do codziennych wspomagaczy dołączyłam kolejne EPMD (Out Of Business), Gangstarra i fenomenalne M.O.P. I jeszcze Sahleb - w skrócie jest to gęsty, słodki napój arabski ze sproszkowanego storczyka. Ciekawie się prezentuje w opisie z Wikipedii: Salep - napój, przyrządzany ze sproszkowanych bulw storczyka męskiego[...]. Nazwa pochodzi od arabskiego określenia ḥasyu al-tha`lab, oznaczającego lisie jądra - od charakterystycznego kształtu bulw storczyka.

Czyli jeszcze raz: w skrócie piję napój z arabskich lisich jąder. Niceeee *__^



Wczoraj w trakcie spaceru znalazłam delfina. Po prostu musiałam go przygarnąć, bo leżał taki smutny, poplamiony i porozrywany na chodniku (moja teoria: krąży legenda o rekinie z Wełtawy, i to pewnie TEN rekin go tak okrutnie pokiereszował). Tony - mój dobry kolega rodem z Kiwilandu - sprawnie pozszywał delfina, tak że ten nabrał cech frankensteionowskich, ale grunt, że znalazł dom.



Będąc przy temacie ryb (delfin jest ssakiem, co nie zmienia faktu, że zewnętrznie jest rybopodobny), hybrydy poniżej przyjechały ze mną z Portugalii i natrafiam na nie za każdym razem, gdy otwieram drzwi do pokoju. W sumie co się dziwić, skoro wiszą na drzwiach.

Hitchhike May! *9*

9. Pöidlaküüt

Po części jest to historia 'jak łapiąc stopa do miejsca X, dojechać do Y'. A jednocześnie jest to jedna z tych historii, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że autostop jest najlepszym środkiem nie tylko do odkrywania kraju i kultury, ale przede wszystkim do poznawania ludzi, którzy często całkowicie bezinteresownie chcą Ci pomóc.

Wyspa Goje, na totalnym południu Korei Południowej. Łapię stopa w kierunku Okpo-dong (-dong to przyrostek oznaczający 'port'), w zasadzie stoję już dłuższą chwilę z dość miernym rezultatem. Tuż obok para z dzieckiem właśnie pakowała się do samochodu, kiedy usłyszałam:
- Hey, where are you going? Okpo? Oh we're going to Goje, so if you'd like to, we can take you there.
(W zasadzie dziś już tam byłam, ale czemu by nie?)
- OK, let's go to Goje then ^__^

W aucie dzieciak (zachęcany przez rodziców) prezentował znajomość angielskiego, chyba nawet śpiewał, my się śmialiśmy, i w sumie było sielankowo. Potem zaproponowali mi wspólny posiłek i pomoc przy szukaniu noclegu.

Były to jedne z lepszych momentów, jakie spędziłam z obcymi ludźmi, którzy mnie podwieźli. Z 'obcymi', którzy mi zaufali przygarniając pod dach swojego auta. Pomogli zgarniając mnie z szosy, pomogli ze znalezieniem noclegu a potem nasze drogi rozeszły się równie szybko jak szybko się zeszły.

Autostop jest tak prosty i fenomenalny zarazem.



-----------------------------------------------------------

Short story from Korea proves that hitchhike is the awesomest way I know to travel and meet locals. Hitchhike is so simple and phenomenal at the same time, isn't it?

Saturday, 8 May 2010

Hitchhike May! *8*

8. L'auto-stop.

To był krótki stop z siekierką jak zwykłam go nazywać. Nocny dodam.
Łapiemy w kierunku czeskiego Taboru. Zrobiło się ciemno i nawet 'szczęśliwy kciuk Agaty' nie działał. Zaczęłam łapać z ledwie widoczną tablicą na Tabor i po niedługiej chwili zatrzymało się auto. Z auta wyskoczył mężczyzna około pięćdziesiątki, zaproponował, abyśmy wrzuciły plecaki do bagażnika, otworzył bagażnik a tam siekiera.
(Gulp)Przełknęłam ślinę. Zaczyna się wesoło.

Wsiadłyśmy do auta i pierwsze zdanie, które rzucił nasz kierowca brzmiało:
- Wiecie, że dziś jest rocznica narodzin Carla Gustava Junga?*
(Acha, zaczyna się. Jedziemy ze świrem).

Potem tematyka oscylowała wokół psychologii, padło kilka krzywych tekstów odnośnie mojego piercingu i w zasadzie kierowca wywarł na nas raczej kiepskie wrażenie.
Przynajmniej odstawił nas bezpiecznie do Taboru, bez użycia siekiery.


*)szwajcarski psychiatra i psycholog, twórca tzw. psychologii głębi, która posłużyła mu do stworzenia własnej koncepcji nazywanej psychologią analityczną.

Z cyklu "Dziennik magistrantki"

Chyba powinnam założyć dziennik na wzór "Dzienniku maturzystki", tylko pod tytułem "Dziennik magistrantki". Niemiłosiernie wręcz obgryzłam paznokcie i skórki przy nich (na tę wredną nerwicę natręctw nie podziałał nawet lakier przeciw obgryzaniu paznokci. Z przykrością muszę poinformować producenta, że do tego obrzydłego, chemicznego smaku można się przyzwyczaić już po kilku dniach).

Jedną z metod pisania jest otoczenie się aurą wspomagającą pisanie. Na mnie przyznam działa hip hop. Od wczoraj stukam w klawiaturę w rytmach pierwszego albumu Foxy Brown, dalej EPMD "Back in Business", wczesnego Jay Z, TLC, Gangstarr i oczywiście Dj Wich i Grammatik.

Cały dzień minął mi na gapieniu się w komputer na zmianę z wzdychaniem do widoku z okna. A tam słonecznie, błękitnie i ciepło. Po spędzeniu całego dnia w mojej "jaskini" osiągnęłam stan zamroczenia mózgu. Idę na spacer na Vinohrady i Žižkov, a potem na totalne odprężenie wrzucę Ojca Chrzestnego 3. Masterpiece.

W tym miejscu chciałabym napisać, że moja skrzynka e-mailowa jest nieczynna do odwołania, na wszystkie e-maile odpiszę dopiero po napisaniu MGiRa. Jeśli ktoś poczuł się tym dotknięty - sorry.

Idę się dotlenić.

Friday, 7 May 2010

Hitchhike May! *7*

7. Boleia

Stop potrafi sam się złapać. Np. wyobraź sobie, że idziesz wzdłuż szosy, w lewej ręce trzymasz tablicę z nazwą miejscowości, przejeżdżające auto widzi nazwę i nagle przed Tobą auto zjeżdża na pobocze. Albo dopomagasz sobie w inny sposób.

Pierwszy dzień stopa w Portugalii. Ledwie udało nam się wyjechać z Porto i to takimi denerwującymi podwózkami z jednej stacji CPN do drugiej. W końcu ustaliłyśmy, że robimy przerwę na kawę a potem będziemy pytać się kierowców na stacji (notabene - nienawidzę pytać się o podwiezienie na stacjach, brr!). Sączymy kawę (mmm, portugalska kawa: czarna, mocna i słodka... zdecydowanie w smakowej czołówce kaw, jakie do tej pory piłam), biadolimy o deszczowej pogodzie, życiu i tak naprawdę o niczym, i wtedy zagadał nas chłopak:
- Excuse me, are you speaking Polish?
- Well, basically we're Polish, so yeah, we're using Polish now.

Chłopak wyjaśnił, że był w Polsce w ramach 'Erazmusa' i nawet uczył się polskiego. Widząc widoczną sympatię w jego oczach do narodu polskiego spytałam czy nie jedzie przypadkiem do Lizbony.
- Yes.
I czy zupełnym przypadkiem nie chciałby nas zabrać z sobą...?
- OK, no problem.

I tak oto dopomogłyśmy autostopowemu losowi i niecałe 2 godziny później znalazłyśmy się w centrum Lizbony. Po drodze dowiedziałyśmy się, że nasz kierowca na tyle polubił polskiego malucha, że wrócił nim do Portugalii.
Muszę przyznać, że trasa Polska - Portugalia maluchem wydaje się być równie ciężka jak na stopa.

Thursday, 6 May 2010

Wystawa zdjęć z Korei!

Chciałabym Was serdecznie zaprosić na wystawę moich zdjęć z Korei. Tym razem wystawa powędrowała do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej na wrocławskim rynku 58, hol na I. p. Wystawa będzie otwarta cały miesiąc począwszy od 6.05.
Zapraszam ^__^

Więcej info TUTAJ

Hitchhike May! *6*

6. Trampen.

Czasem autostop to nic innego jak akt czystej desperacji. Wyobraź sobie, że łapiesz 5 godzin w miejscu X, i mimo że pogoda dopisuje, i że stoisz na wypasionym poboczu, i że nawet co sekundę mija cię horda pojazdów, nikt się nie zatrzymuje. Albo ktoś wysadzi Cię w tak beznadziejnym miejscu, że nawet nawet mini Smart nie zdoła się zatrzymać. Co wtedy robisz? Albo kiedy ktoś Cię wysadzi na samym środku niemieckiej autostrady, gdzie nie ma zjazdu, pobocza, dosłownie niczego, co mogłoby posłużyć za dogodne miejsce do łapania stopa. Dookoła pustkowie, plątanina odnóg autostrady i lasy Schwarzwaldu.

Jechałam na koncert do Berlina, szło całkiem gładko, do momentu, gdy podwiózł mnie polski tirowiec, który jechał na Bremę, ale zaoferował się wysadzić mnie na dogodnym zjeździe na Berlin. Pośród swojej gadaniny i cwaniaczenia (typ kierowcy gaduły)zjazd oczywiście przegapił, a ja zreflektowałam się za późno. Na wszczęty przeze mnie alarm kierowca rozłożył bezradnie ręce i oznajmił, że nie może zawrócić, i że wysadzi mnie TUTAJ.
- Ale gdzie? Spytałam.
- No TUTAJ.
(Jakie TUTAJ? Tu nie ma nic – pomyślałam)

Tak też zrobił i zostałam wysadzona pośrodku autostrady. Zeszłam jakimś lewym zjazdem na Berlin, gdzie nie było żadnego pobocza, i co najlepsze zaczęło się ściemniać. Stanęłam pod mostem, gdzie było minimalne poszerzenie drogi i szczerząc zęby łapałam stopa. 5, 10, 15 minut i zero reakcji ze strony kierowców, a co więcej, ci jak tylko zobaczyli mnie na horyzoncie, zdawali się wręcz przyspieszać, zamiast zwalniać. Just perfect.

W takich chwilach włącza się moja wewnętrzna desperacja, i tym razem objawiła się jako jakże olśniewająca idea – a może by tak łapać stopa z tablicą 'HELP!'? Tak też zrobiłam, metoda o dziwo zadziałała, i już po chwili zmierzałam do centrum Berlina z kurierem, tysiąckrotnie dziękując i wyjaśniając okoliczności łapania stopa w tak fatalnym miejscu. Niemiec tylko kiwał głową ze zrozumieniem (niedowierzaniem?) powtarzając JA JA JA.

Nie wiem, czy ta historia pasuje do maksymy „na stopa wszystkie chwyty dozwolone”, ale w szczególnej sytuacji warto sięgnąć po niekonwencjonalne metody łapania. Jak ktoś zna/spróbował takowe, niech dorzuci je w komentarzu.

Wednesday, 5 May 2010

Hitchhike May! *5*

5. Liftaaminen

Historia z rodzaju "kierowcy zapadający w pamięć". Jak wiadomo kierowcy są różni: rozgadani, milczący, pomocni(np. w moim ulubionym wydaniu 'Topos Polskiego Tirowca'), obojętni lub charakterystyczni. I właśnie ci ostatni zostają w pamięci. Cecha charakterystyczna nie musi być związana z wyglądem czy charakterem, czasem jest to sposób zarabiania na życie czy nietypowe hobby. Kiedyś nawet prześcigałam się w wymyślaniu kto dziwny mógłby mnie podwieźć na stopa. Pamiętam, że wymieniłam m.in. kogoś ze szklanego ekranu i księdza. Ostatnie się nawet spełniło (mimo wszelkich obaw).

Łapiemy z Magdą na wrocławskich bliźniakach w kierunku Katowic. W zasadzie dopiero zaczęłyśmy łapać, nie minęło 10 sekund a auto zjeżdżające wyjazdem z Wrocławia zatrzymało się. Mimo kilku aut jadących tuż za nim(a trzeba dodać, że wyjazd jest z górki, czyli statystyczne zjeżdżające auto nie od razu zahamuje, jeśli kierowca jadący przed nim z impetem zjedzie nagle na pobocze).

Zadowolone jedziemy, siedzę z przodu i rozmowa nawet się klei, ot taki sobie dobroduszny kierowca. I wtedy pada pytanie:
- A z jakiej Pani jest parafii?
(FCUK, trafiłyśmy na konserwę)- pomyślałam.
- Teoretycznie z Bonifacego, ale przyznam szczerze, że nie jestem religijna.
- A czemu to?
(pięknie, i bądź tu szczera!)
Skleiłam naprędce jedną z odpowiedzi określanych mianem 'poprawnej politycznie'. Czekam, co powie.
- Pytam, ponieważ jestem księdzem i interesuje mnie, co młodzi ludzie myślą o religii.
(What the F***??? Zastrzelił mnie tym stwierdzeniem. Magdę też chyba.)
- A czemu Pan nie nosi koloratki?
- W zasadzie nie jest to przymusowe.

Po czym dowiedziałyśmy się, że nasz kierowca, ojciec Słonina z parafii w Cygańskim Lesie*(tak przy okazji, to ojciec Słonina był trochę przy tuszy, więc nazwisko skomponowało się idealnie z tuszą, a raczej tusza idealnie skomponowała się z nazwiskiem), zabiera autostopowiczy/ki z poczucia chrześcijańskiego obowiązku niesienia pomocy. Kiedyś np. jechał w nocy z dość pokaźną sumą pieniędzy i zobaczył na szosie autostopowiczkę. Ze względu na porę i przewożony ładunek, chwilę się zastanawiał, lecz w końcu się zatrzymał. Dziewczyna zachowywała się dość dziwnie, ale jak się okazało miała jakieś straszne problemy życiowe. Finał był pozytywny, pieniądze, dziewczyna i ksiądz dojechali szczęśliwie na miejsce, a ojciec Słonina ponownie utwierdził się w przekonaniu, że chrześcijańska wizja pomagania autostopowiczom/czkom popłaca.

Ojciec Słonina okazał się całkiem sympatycznym księdzem o poszerzonych horyzontach, co wyraził m.in w stwierdzeniu "Uważam, że bezżeństwo księży powinno być zniesione".
Na koniec dostałyśmy oficjalne zaproszenie do parafii w Cygańskim Lesie.

Był to jeden z ciekawszych stopów, jakie mi się przytrafiły. A przy okazji - jeśli ktoś zna ojca Słoninę z parafii w Cygańskim Lesie, proszę go pozdrowić i przekazać, by jak najdłużej kontynuował praktykę zabierania autostopowiczy/ek.

*) Cygański Las to część Bielska-Białej.

Tuesday, 4 May 2010

Hitchhike May! *4*

4. Hacer dedo

Czy ktoś z Was złapał na stopa toytoybusa? Mam na myśli nie toytoyowego busa (co by oznaczało autobus z pasażerami - toytoykami, ale zdaje się, że rzeczownik 'pasażer' odnosi się tylko do ludzi i zwierząt), ale samochód dostawczy z toytokami na naczepie.
Ta przemiła historia zdarzyła mi się w Hiszpanii. Gorącej, sierpniowej Hiszpanii. Toytoyki na szczęście okazały się czyste, inaczej mijana okolica zamieniła by się w zdechły i smrodliwy krajobraz księżycowy. Choć i tak zostawał za nami dziwny zapach niebieskiej cieczy używanej w toytoykach...

Mówi się, że na stopa się nie wybrzydza, czyż nie?

Monday, 3 May 2010

Hitchhike May! *3*

3. Автостоп

Czasem musisz być bezczelny/a. Czasem nawet jak nie jesteś bezczelny/a, to nieoczekiwanie zaczynasz być. Na przykład kiedy łapiesz stopa kilka godzin, pada deszcz i w akcie desperacji masz ochotę łapać na klęczkach albo drałować na pieszo 15 km do granicy. Wybraliśmy to drugie. Po kilku godzinach bezowocnego łapania stopa w kierunku Węgier, po pełnych smutku spojrzeniach rzucanych kierowcom aut(nielicznym zresztą), którzy nas obojętnie mijali. Nie działało ani łapanie na litość, ani łapanie na przekraczający wszelkie granice (w tym pogodowe) uśmiech. Zapadła klamka - idziemy.

Nie uszliśmy 3 minut kiedy na horyzoncie pokazał się pomarańczowy pojazd obsługi autostrady. Nie lubię takich sytuacji, nie lubię... To zawsze oznacza kłopoty.
Pojazd zbliżył, kierowca wysiadł i oczywiście skierował się do nas (a jakże by inaczej).
- Co tu robicie (spytał się chyba po chorwacku)?
- Idziemy wzdłuż autostrady do granicy (chyba odpowiedziałam po rosyjsku. Chyba.)
- Nie możecie tak po prostu iść sobie po autostradzie, to nie aleja spacerowa.
- Nie widzi Pan, że idziemy po trawie, która jest za barierką autostrady?
- Nic mnie to nie obchodzi, nie możecie tędy iść.
- Nikt nas nie wziął na stopa, jesteśmy na pustkowi i nie jeździ tędy żaden autobus, to co niby mamy robić??
Koleś wzruszył ramionami i zaczął kręcić głową. Zdenerwował się.
I wtedy zaczęłam być bezczelna.
-Panie, podwieź nas Pan do granicy, co? My nie chcemy żadnych problemów, nie chcemy by Pan miał problemy, zajmie to Panu 5 minut i wszyscy będą zadowoleni, co?
Pokręcił ze zniecierpliwieniem głową. Widać, że totalnie mu było nie na rękę podwozić dwóch autostopowiczy.
- Chodźcie.

Mimo, że gość nie zrobił zbyt dobrego pierwszego wrażenia, to okazał się całkiem w porządku. A ja przekonałam się, że czasem warto sięgnąć po bardziej radykalne środki na stopie.

Sunday, 2 May 2010

Hitchhike May! *1*2*

Pomyślałam by zorganizować małą akcję promującą autostop jako sposób podróżowania [A tak naprawdę potrzebuję codziennej, wesołej rutyny, która oderwie mnie od pisania mgr].
Począwszy od 1 maja będę publikować krótkie historyjki autostopowe, do których czasem wracam w pamięci i które nieustale utwierdzają mnie w przekonaniu, że autostop jest najlepszym sposobem nie tylko na poruszanie się po danym kraju, ale i odkrywanie go.
Dziś mamy 2 maja, więc z rozpędu dwie historie. Każda zaczyna się hasłem-kluczem w innym języku.

A więc... jdeme do toho...



1. Hitchhike.

Historia z cyklu "autostop miejski". Tego dnia miałam iść do pracy 10 minut wcześniej. Ale w natłoku obrządków i nawyków namiotowych (mieszkanie nielegalnie 3 m-ce pod namiotem na wyspie w Anglii to opowiadanie na inną okazję. Zresztą, kto spróbował 'Hundingdon camp' kilka razy pod rząd, ten wie jak to jest) zupełnie o tym zapomniałam. Relaksowałam się na karimacie słuchając discmana i spoglądając leniwie na komórkę odliczałam minuty do wyjścia. 17.38, 17.39, 17.40, 40!? Przecież dziś zaczynam o 17.50! SIC! Wybiegłam z namiotu jak poparzona, biegłam, przystawałam, gdy zabrakło tchu i w którymś momencie zobaczyłam czerwone światło. Przed światłem posłusznie zatrzymało się kilka aut. Nie wiem, co wtedy pomyślałam, ale zapukałam w szybę jednego z aut. O dziwo przestraszony kierowca otworzył i naprędce wyjaśniłam, że jestem spóźniona do pracy i czy nie mógłby mnie dosłownie ułamek drogi podwieźć. Koleś, totalnie zaskoczony zresztą, przytaknął i wsiadłam. Po drodze chaotycznie wyjaśniałam okoliczności, dziękowałam i starałam się złapać oddech. Niecała minuta drogi i thankś for a ride! Zdążyłam. Uff.

2. Petveturado.

Północne Włochy i tzw. nocny autostop. Nie, żebym go nie lubiła, ale zawsze jest jakiś szczególny. Często po prostu zasypiam w aucie. Kierowcy też jakby są inni, bardziej zapadają w pamięć. Tak było z Mario Brosem. Łapiemy na bramkach, 1 w nocy, spać się chce niemiłosiernie. Beznadzieja. I nagle zatrzymał się. Pokaźny TIR na austriackich blachach. Pakujemy się do środka i zaraz. Znajomy wąs, czarne loki, korpulentna budowa ciała. Skąd znam tego typa? Jak skąd, z gry. Super Mario Bros wypisz wymaluj. Super Mario Bros nie tylko nas zgarnął z włoskiej autostrady, ale zaoferował strawę, picie, zasypywał żartami i śmiał się jak w grze. I tylko kolorowych grzybów zabrakło.

busy miss lizzy

Nazbierało się kilka rzeczy, przemyśleń i innych takich.
Nadając temu rysy chronologii to:

* jak wspomniałam byłam w hometown, gdzie jednym z głównych punktów programu było spotkanie z moją promo. I tu zaczyna się odrębna historia. Zapraszam więc na

Historię o górze lodowej jako alegorii pracy MGiR.


Przyszłam do promo. Usiadłam przy dobrze znanym biurku i zaczęłam recytować kwieciste frazesy o mojej pracy, przemyśleniach z nią związanych i oczywiście marginesie wątpliwości, na który natrafiłam. Wtem moja promo zaczęła rysować. Po chwili pokazała mi niedbały szkic i zapytała:
- Pani Emilio, czy rozumie Pani ten rysunek?
Spodziewając się, że jest to pytanie z rodzaju podchwytliwych, zaczęłam rozkładać obrazek na czynniki pierwsze zaczynając od:
- Statek na wodzie?
- To jest Titanic proszę Pani.
Sądząc, że jest to alegoria marnego losu, który niebawem mnie spotka, odważnie drążyłam temat dalej.
- Czy Pani sugeruje, że zderzę się z górą lodową i zatonę?
- Nie Pani Emilio, to jest lodowiec. To co jest pod wodą, to Pani przemyślenia, teorie. Ale ja chcę widzieć wierzchołek góry lodowej, treść, tekst. Rozumie Pani?
Proszę rysunek na pamiątkę.



Więc mam go przyczepionego na biurku. Patrzę jak ten Titanic płynie, jak góra lodowa powoli się wynurza z bezkresu oceanu, po czym przerzucam wzrok ponownie na monitor i patrzę, co się wynurza spod moich palców stukających w klawiaturę.
Zaczyna się odliczanie z nieuchronnym deadlinem do 30 maja. Wszelki support i doping mile widziany.

* KOMIXXX

Już jakiś czas zbierałam się z tym, by podzielić się refleksjami o komiksach, które w jakiś sposób przykuły moją uwagę.
Począwszy od lewej: Blue Marines 2, czyli cute stworkom i ich przygodom nie ma końca; kolejno Creature from The Black Lagoon - ulubiony kicz horror z lat 50-tych; antybohater Keroro frog w kilku odsłonach; Henriette i świat widziany jej oczami; japoński Solanin, który podbił moje serce zarówno fabułą, jak i kreską; i Dziwna Czarna Emilka, której chyba przedstawiać nie trzeba. POLECAM.



* W Pradze sezon koncertowy. Jeden koncert przebija drugi. Wczoraj był Mayday fest oraz koncert świetnej kapeli francuskiej, Year of no light (z cyklu optymistyczne nazwy kapel).
Przy okazji udało mi się okiełznać praską scenę hc a tym samym już nie podpieram ścian na koncertach. Ku mojej uciesze robi się towarzysko i jest z kim pobiadolić o wegańskiej strawie, o hudebních novinkách, a nawet o pogodzie (bo doszłam wniosku, że jak jesteś w stanie porozmawiać z kimś o pogodzie, to wbrew pozorom znaczy wiele).
A propo koncertów i nowych znajomości, wczoraj nowo poznany Niemiec skleił mi dziś taki oto radosny e-mail (i przy okazji potwierdził opinię, że YONL zagrali super koncert):

"i had a great night. year of no light were so good!! but the cheep beerprices are not so good for me.. i managed to catch my bus to brno, no problem so far. i was really tired (and drunk..) so i felt asleep immedeately and only woke up when they announced the arrival at the terminus. unfortunately that was not brno but vienna. so i was in vienna, half past five in the morning, walking around and not knowing where to go.. i came to the river donau and there i asked a girl how i can get to the main station. but she only answerd me sth like "i'm feeling completely shitty, i need to be alone". ok. thanks for that information.
finally i found the train station, took my ticket to brno and arrived at half past ten.
"

Podejrzewam, że postawa straight edge nie obfituje w tego typu atrakcje (no, ale żeby nie było, że jesteśmy takimi nudasami i smutasami bez ikry!). Koledze dziękujemy za relację i załączamy herzliche Grüße aus Prag!

* Okna z trudem walczą z atakującymi je z impetem kroplami deszczu [dziś, 22:56]

* Dziś w trakcie służbowego oprowadzania moich rodziców i ich 'ziomali' po Pradze doszłam do kilku wniosków. Po pierwsze - to była niezła lekcja cierpliwości, po drugie - dotarło do mnie, że proces wymazywania mojej polskiej mentalności osiągnął całkiem wysoki level. Na tyle wysoki, że zamiast wejść w rolę familijnej przewodniczki, nieustannie się irytowałam. Tym bardziej, że w całej Pradze rozbrzmiewa polskij jazyk i w centrum jest wysokie natężenie wszelkiej maści polonizmów (ach, ten dłuuuugi weekend). Ponadto odkryłam, że moim powołaniem nie jest i nie będzie odgrywanie tej samej płyty o zabytkach i odpowiadanie na najbardziej denne pytania stawiane przez turystów. Z palety zawodów mogę więc ze spokojną głową wykreślić "przewodniczka". T_T

* Znalazłam taką oto naszywkę. Jak dobrze, że idee zawarte w NO LOGO pozostają ciągle żywe.