Thursday, 21 January 2010

O ganianiu, załatwianiu i Iranie

Wsiadłam na jednym dworcu secesyjnym, wysiadłam na drugim. Z Pragi do Wrocławia. Z topniejącej zimy (stan z wtorku 19/01/10) do mroźnej zimy (-8, 21/01/10, godz. 22.01). Polski sybir 2010.
Wyjazdy do Wrocławia nieodzownie kojarzą mi się z załatwianiem mnóstwa spraw, ganianiną po uniwersytecie, dziekanacie, zbieraniu podpisów, pisaniu prac, spotkaniach ze znajomymi i odhaczaniu tego, czego nie mogę zrobić w Pradze, chociażby łazanki w barze mlecznym Miś. Uff...

Chyba z konkursu na Blog roku odpadłam w przedbiegach. Nie stało się nic, po prostu dalej będę robić swoje. Poniżej wklejam tekst o Iranie, który do tej pory nie znalazł szczęścia i nie został nigdzie opublikowany. Okraszam tekst zdjęciami. Różnymi.

-----------------------------------------------------------




Iran, czyli z czym to się je.


Zazwyczaj Iran je się z hijabem, tudzież kwefem z dodatkiem mocno antyamerykańskiej propagandy i kilku ajatollahów w białych turbanach. Nie zapomnij dodać Khomeiniego patrzącego z budynków w Teherenie na wbijające się w horyzont minarety i już wiesz czego możesz się spodziewać....

Moje osobiste know how po świecie Iranu.



Tak się fajnie złożyło, że w ostatnie wakacje miałam możliwość pojechać do kraju owianego różnymi przesądami i schematami w takim samym stopniu jak burza piaskowa wznosząca się w okresie suszy nad jedną z pustyń irańskich. Przesądy te działają oczywiście w dwie strony, czyli jesteśmy dla nich wyluzowanymi przybyszami ze świata kapitalizmu, gdzie zamiast wody w rzekach płynie zakazany alkohol i jedną ze stale towarzyszących nam myśli jest seks. Cóż....Pierwsze topnienie góry lodowej nastąpiło już na wstępie, czyli w Tabrizie. Ludzie zaczepiający mnie ulicach, uśmiechnięci, przyjacielscy i powtarzający na okrągło:


"Powiedz ludziom w Europie, by nie bali się przyjeżdżać do Iranu, nie każda kobieta jest chodzącą bombą..."


[Ulubiona falafialnia w Teheranie. Za pół Khomeiniego sztuka ≈1zł]



Mniej więcej w ten deseń od północy kraju, przez Esfahan aż do Zatoki Perskiej. Szczerze powiedziawszy, nie spotkałam się do tej pory z tak sympatycznym witaniem podróżników, jak w Iranie- w innych krajach arabskich przybysze z Zachodu są w zasadzie powszedniością, co wynika z większej otwartości na Zachód. Iran nadal uchodzi za kraj mało dostępny, głównie z powodu trudności wizowych – w polskiej ambasadzie na wizę czeka się około 3 tygodni, podczas gdy w tureckim Trabzonie zdobyłam ją w niecałe.... 5 godzin, bez jakichkolwiek listów polecających z ambasady polskiej czy innych instytucji. Pomyślałam nawet, że skoro pan (obowiązkowe wąsy – u muzułmanów to podstawa image'u) w konsulacie jest tak miły w obejściu, to co dopiero obywatele Iranu. Sprawdziło się na tyle, że już nie jestem w stanie policzyć, ile razy ktoś mnie zaczepił w autobusie czy na ulicy z pytaniem jak mi może pomóc, co może dla mnie zrobić czy zaprosił na posiłek.

[Rower Phoenix - marzę o nim. Podwójna rama, prosta kierownica, ciemnozielony kolor i nazwa firmy ukryta w korbie]



A propos komunikacji i autobusów – w metrze pierwszy i ostatni wagon są przeznaczone dla kobiet, w autobusach zaś istnieje podział na część damską i męską. Jest to o tyle interesujące, że zarówno w przypadku metra, jak i autobusów kobieta może siedzieć w części "męskiej", o ile jedzie z mężem, bratem lub ojcem, mężczyzna zaś nie powinien siedzieć w kobiecej części, z małym wyjątkiem chłopców trzymających się kurczowo swoich matek.
Z metrem związana jest jeszcze jedna ciekawa historia – naklejki na eskalatorach, ostrzegające kobiety przed przypadkowym wciągnięciem kwefu (to czarna chusta opatulająca całe ciało). Swoją drogą, zastanawiam się, czy często zdarzają się przypadki wciągnięcia kwefu przez mechanizm eskalatora.

Dlaczego irańska kobieta zawsze trzyma kwef dwoma rękami?
Bo nie miałaby co zrobić z jedną wolną ręką –


.... Maryam, znajoma z Rashtu.



Myślę, że kwestia chust, jak i sytuacja kobiet w ogóle, jest jednym z głównych czynników budzących ciekawość w Iranie. Oglądając wiadomości w tv, widzimy pozakrywane kobiety i ich zerową obecność w życiu publicznym, co zazwyczaj budzi reakcję „Uff, jak dobrze, że mieszkamy w cywilizowanej Europie...” Zapominamy, że i u nas zdarzają się małżeństwa nieletnich (patrz: małżeństwa romskie), czy zarobki kobiet o średnio 18% niższe, niż mężczyzny na tej samej pozycji. Swoją drogą, w Iranie również są feministki, z tą różnicą, że istnieje podział* na dwie frakcje: świecką, czyli prozachodnią, nawołującą do równości płci oraz muzułmańską, opowiadającą się za równością kobiet i mężczyzn, która ma źródło w samym Koranie. Kobiety irańskie zajmują nadspodziewanie dużo stanowisk pracy, czego mogą im pozazdrościć koleżanki z Arabii Saudyjskiej czy Syrii.

Dopóki nie wyjdziesz za mąż, najważniejszą osobą w Twoim życiu jest Twój ojciec, to on decyduje, czy pójdziesz na studiach, czy pracujesz, później o wszystkim decyduje Twój mąż –

.... Maryam, sierpień 2008, Rasht


Autostop w Iranie? No way.... czyli pul na daram, sir

A jednak i w Iranie biorą na stopa. Na początku, zrażona wrażeniami autostopowiczów spotkanych w Armenii, nawet nie próbowałam wydostawać się poza miasto, aby spróbować łapać stopa. Zdałam się raczej na irańskie PKS-y, głównie ze względu na niską cenę, np. bilet z Tabrizu do Rashtu, czyli ponad 6 godzin drogi kosztował 5 "khomeinich" (podstawowa waluta w Iranie, odpowiadająca mniej więcej 1 dolarowi US), co w przeliczeniu wynosi 10 zł. W Esfahanie poznałam polską parę, która sprzedała mi świetny sposób na stopa, wystarczy magiczne „Pul na daram” (w wolnym tłumaczeniu „nie mam pieniędzy”), a ktoś Cię podwiezie, i to nie byle jaką ilość kilometrów. W związku z tym, że powierzchnia Iranu wynosi około 1, 6 milionów km², dość łatwo jest złapać stopa na odległość 400 kilometrów i więcej.

[Jeden z drajverów]



Pierwsza próba z autostopem wyglądała w sposób następujący: machasz, auto się zatrzymuje, wyjaśniasz po angielsku, gdzie chcesz się dostać i dodajesz magiczna formułkę, zaś niezrażony tym kierowca rzuca „dollars”, ty „pul na daram” i tak do skutku, to znaczy na 7 zatrzymanych aut jedno Cię podwiezie. Na szczęście, czym bardziej na południe, tym autostop szedł coraz sprawniej, co zaowocowało m.in. wizytą w irańskiej wiosce czy jazdą w ciasnym samochodzie przerywaną ograniczonym tańcem muzułmanki śpiewającej w rytm techno „UUU, uu”.

Zatoka Perska, czyli zalecane 2 litry wody dziennie to zdecydowanie za mało

„Patrz, wielbłądy!”, po prawej stronie spokojnie maszerowało stado wielbłądów. Nie była to jednak jedyna oznaka wjazdu w rejony Zatoki Perskiej, już 100 km przed brzegiem morza zaczynają się dość bujnie rozrastać palmy daktylowe i coraz bardziej daje się we znaki nieznośny upał. Wystarczyło, że wysiadłam z auta, i pierwszą moją myślą było:
„Jeszcze dziś z powrotem na północ”. Trudności z oddychaniem oraz temperatura w okolicach 50 C były rekompensowane jedynie widokiem Morza Arabskiego i świadomością, że udało mi się zajechać tak daleko.

[Ludzie poznani na ulicy niejednokrotnie pouczali mnie by nazywać ją "Perską" a nie "Arabską". Więc oto Zatoka Perska]



Irańskie perełki, czyli gdzie warto pojechać

Bezspornie największe wrażenie pod względem miast wywiera Esfahan. Esfahan po prostu zachwyca. Zachwyca architektura islamska w postaci barwnych, misternie wykładanych mozaiką meczetów (np. Imam Mosque czy Sheikh Lotf Allah Mosque), następnie: bogato inkrustowane pałace i gęste, zielone ogrody, stanowiące świetną ochronę przed wszędobylskimi promieniami słońca. I wreszcie: Esfahan zachwyca mostami, nie takimi zwykłymi, ale naprawdę sędziwymi. Np. Shahrestan zbudowany jeszcze w okresie panowania dynastii Seldżuków, nie tylko najstarszy w Esfahanie, ale jeden z najstarszych w całym Iranie. Esfahan był też miejscem przenikania się kultur. Znajdziesz tam zarówno kościół armeński, jak i starą żydowską synagogę, co tym bardziej zaskakuje biorąc pod uwagę podejście Irańczyków do Izraela.

[Shahrestan]



Rasht, czyli jak wygląda muzułmańska plaża?

Muzułmańska plaża jest przedzielona kolorowym ogrodzeniem, szczelnie zapobiegającym wszelkim formom podglądania na stronę dla pań oraz dla panów. Oczywiście między dwoma pasmami istnieje strefa 100 metrów, aby dodatkowo zminimalizować ryzyko podejrzenia płci pięknej. W praktyce wygląda to w ten sposób, że aby wejść na plażę, musisz pozbyć się aparatu i telefonu komórkowego z wbudowanym aparatem, ponadto grupa muzułmanek siedzących w namiocie przeszukuje Ci torbę w poszukiwaniu innych urządzeń fotograficznych. Kąpiel wygląda tak samo jak na plaży w Sopocie, czyli kobiety w bikini a nawet (!) topless, z tym, że kąpiesz się tylko do pasa, ponieważ „Na większych głębokościach kobieta nie poradziłaby sobie z falami” ... Ze swoich źródeł wiem, że męska plaża jest paradoksalnie bardziej restrykcyjna, niż damska, panowie tak bardzo przyzwyczajeni do noszenia koszuli z długim rękawem, nieraz w niej pływają, aczkolwiek mogą wnosić aparaty na teren plaży.

[Chaos. Mina. W rogu Phoenix. Zdjęcie powstałe poprzez przypadkowe naciśnięcie spustu migawki]



W okolicach Rashtu znajduje się wioska Masulleh, której nietypowość polega na tym, że między domami leżącymi u podnóża wioski a dachami domów położonych najwyżej jest różnica ponad 100 m. Wynika to z nietypowej architektury tego miejsca, tzn. dach jednego domu tworzy podłogę dla domu powyżej. W ten sposób budowa domów postępowała wyżej i wyżej. Komuś mogą przyjść na myśl brazylijskie fawele, ale zdecydowanie w fawelach nie doświadczysz tylu lokalnych produktów, co w Masuleh, a są to m.in. kilka rodzajów miejscowych potraw, zabawek, czy rodzaj marmolady z kwaśnych, kandyzowanych owoców.

Teheran, czyli nie zawsze stolica jest ozdobą

Podróżnicy wracający z Iranu często utwierdzali mnie w przekonaniu, że Teheran nie jest warty odwiedzenia, streszczając stolicę tego kraju w słowach „Jedno wielkie blokowisko”. W zasadzie jest w tym wiele prawdy, ponieważ mało jest tam atrakcji turystycznych czy interesujących egzemplarzy architektury islamskiej (np. Golestan Palace, Azadi Monument). Nad tą ogromną metropolią unosi się duszący smog, a budynki są przyozdobione gigantycznymi podobiznami Khomeiniego czy męczenników z okresu wojen z Irakiem. Gigantyczna jest również różnica w poziomie życia i cenach ludzi z północy Teheranu i biedniejszego południa, np. na północy ten sam produkt może kosztować nawet o połowę więcej!



Mimo to, warto zahaczyć o Teheran, choćby po to, aby przejechać się metrem czy zobaczyć słynną byłą ambasadę amerykańską okupowaną przez ponad 400 dni przez wojsko. Notabene, obecnie ambasada została przejęta przez grupę paramilitarną. Z tego względu ścisłym zakazem objęte jest fotografowanie jej murów. Tworzą one jedno wielkie murales przesycone antyamerykańską i antyizraelską propagandą, sprzeciwem wobec globalistycznej polityce USA opatrzone cytatami Khomeiniego.

Grand Bazaar, czyli obowiązkowa część każdego miasta

Iran słynie z perskich dywanów, a te najlepsze można dostać nigdzie indziej jak na bazarze, który bynajmniej nie przypomina znanych Ci targowisk. Tradycja budowania bazarów sięga średniowiecza. W niektórych miastach bazary były rozbudowywane juz od XI wieku. Z czasem wokół bazarów zaczęły powstawać takie obiekty jak: szkoły, łaźnie, herbaciarnie i oczywiście- meczety. Dzięki temu bazary zaczęły spełniać funkcje towarzyskie, religijne, kulturalne czy ekonomiczne. Przede wszystkim były to miejsca wymiany handlowej, często międzynarodowej, jak na przykład bazar w Tabrizie, gdzie przybywali kupcy z Europy oraz pozostałych części Azji. Zazwyczaj bazar wije się długimi, ciemnymi korytarzami, przerywanymi arkadami, tworząc rozciągające się na kilka kilometrów labirynty podzielone na sekcje: obuwie, dywany, biżuteria, przyprawy i inne. Według mnie bazaary stanowią najlepsze miejsce na zakup suwenirów, ot chociażby przypraw, kolorowej chusty z patronem irańskiej rewolucji czy czegoś ze stoiska z przedmiotami tzw. drugiego obiegu.

[Persepolis. Wojowników pamiętam z podręczniku do historii. Najbardziej lubię te wytarte. To na szczęście?]



Zdaję sobie sprawę, że nie byłam w Iranie na tyle długo, aby bardziej zgłębić mentalność Irańczyków i Iranek, lepiej zrozumieć wiele różnic między światem islamskim a chrześcijańskim, a tym bardziej czas nie pozwolił mi na przejechanie tego kraju na wskroś, na zobaczenie irańskiej części Kurdystanu czy na dojechanie na północny wschód. Ale właśnie z tych powodów chcę tam ponownie wrócić, aby więcej odkryć, zobaczyć i zrozumieć.



*) Więcej na ten temat w artykule: Farhada Khosrokhavara, Feministki w Iranie [w:] Czarna księga kobiet, pod red. Christine Ockrent , Warszawa 2007

Tuesday, 12 January 2010

SMS D00141 na 7144

Mam mały announcement:

Ruszyło głosowanie na blog roku.
Powyższy numer i powyższa treść SMSu (Koszt to 1,22 zł)
Albo:

Blog Roku 2009

Dochód z SMSów będzie przeznaczony na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.

Gdyby ktoś chciał poczytać o Pradze i o rowerach oraz rowerowym Wrocławiu (w dalszych odsłonach stronki):

O transporcie rowerów w praskim MPK

.............................................................................

Na koniec Dzika Szelma prosto z Liberca, znaleziona wśród ogłoszeń nie tylko towarzyskich na jednej ze stron poświęconych wspinaczce i takim oto anonsom.

'POZOR POZOR!!!!!!! Divoká šelma by ráda poznala hravého chytrého horského vlka sportovního založení a dobrodružné povahy, s nímž by mohla podnikat různá dobrodružství, sdílet nejen zimní radovánky, ale i další záliby, hodnoty a cíle :-) [...]Zdržuje se v doupěti, ve skalních skrýších, v hlubokých lesích, ráda spí v divokých horách nebo odpočívá na kamenech s dalekými výhledy. Pokud máš dost odvahy a nebojíš se divokých šelem, tak se ozvi.'

I kto się odważy napisać do taaakiej szelmy??

Sunday, 10 January 2010

Zima uZIMiła

Wczoraj chciałam napisać, że zima mnie uzimiła. Dziś jednak słowa te nabrały pełnych kształtów. Podejrzewam, że podpadłam jej za mój ostatni tekst o zimie złej jak wcielone zło. Akurat wtedy, gdy zaczynałam iść na kompromisy z nią i samą sobą, wtedy mnie uzimiła. Ból gardła, głowy (oczu też), słabość i mamrotanie. Nie wiem czego są to symptomy, ale pośrednio są odpowiedzialne za uzimienie mnie już 4 dzień na poddaszu.
Do tego doszły zaspy śnieżne i pochłaniająca świat białość. Nie wygrzebię się stąd wcześniej, niż do wtorku. Nienawidzę pocztówek z zaśnieżonej Pragi, wystarczy, że z okna widzę, co zima robi z tym miastem. Jestem niereformowalna pod tym względem, nawet sporty zimowe to dla mnie kategoria nieistniejąca.
P.S. Dem, pamiętasz jak Cię kiedyś odwiedziłam w zimie w Gdyni? To była dopiero sroga, północna zima. A ty zdaje się miałeś serdecznie dość mojego kwękania.

................................................................................

W schronisku dla zabawek pojawił się nowy osobnik - Chingu (kor. przyjaciel) czyli szczurek. Przyjechał w paczce od znajomego i w związku z tym, że była to jego pierwsza wizyta w Pradze, poszliśmy na spacer. Rezultaty poniżej:

Chingu chciał pójść na Hradczany.



Po drodze zobaczył m.in. Piwne pogotowie oraz spotkał dwóch znajomych





Potem spotkał Tłustą Mysz czy raczej Grubą Mysz jak by to Czech powiedział.



Powinszował młodej parze (tak naprawdę chodziło o kradzież welonu i ucieczkę w popłochu, aczkolwiek strażnicy patrolujący Hradczany pozostali czujni).



Zwieńczenie dnia pełnego przygód. I całus dla strażnika.

Saturday, 2 January 2010

O natchnieniu, blogu i cyborgu

W przypływie natchnienia i wolnego czasu zgłosiłam HitchhikeTheEdge do konkursu na Blog Roku 2009 w kategorii "Podróże i szeroki świat". Zainteresowanych (tzn. drodzy czytelnicy, znajomi i przyjaciele...) proszę o oddawanie głosów SMSowo od 12.01.2010. Szczegóły podam w trakcie, na razie wiem tyle, że dochód z wysyłanych SMSów jest przeznaczony na cele charytatywne.

http://www.blogroku.pl/hitchhiketheedge,gwahz,blog.html


Szczerze mówiąc nie uważam, aby ten blog był tworem nie wiadomo jak porywającym, ale przynajmniej wiem, że jest szczery, autentyczny i w dużej mierze odnosi się do kraju, o którym wiemy stosunkowo niewiele (mam na myśli Koreę oczywiście, choć Czechy też potrafią zadziwić, tak blisko a tak daleko chciałoby się powiedzieć).

..........................................................................

Dear friends,
I'd like to announce that HitchhikeTheEdge is going to take a part in Blog of the Year 2009 competition (link above). You can vote by sending SMS, I will post all details in few days. Money from SMS will be allocated for charity.

..........................................................................

Z Koreańskiej Teki



I'm a Cyborg But That's OK (싸이보그지만 괜찮아/Ssa-i-bo-geu-ji-man Kwaen-chanh-a)
, reż. Park Chan Wook.
Ściągnęłam ten film zaciekawiona fabułą. Ta przedstawia się w ten sposób: do szpitala psychiatrycznego trafia dziewczyna, której na skutek wypadku w fabryce wydaje się, że jest cyborgiem (wypadek to nic innego jak podłączenie kabli z radia do żył). Liże baterie zamiast jeść ryż, rozmawia z automatem do napojów i w skrócie w pełni odziedziczyła schizofreniczne skłonności babki, która z kolei była wyjątkowo związana z daikonem (azjatycką wersją rzodkwi). W trakcie filmu widzimy inne niezmiernie ciekawe przypadki z zakładu psychiatrycznego, i oczywiście pojawia się wątek miłosny między bohaterką a chłopakiem w masce królika. Fajny koncept, wykonanie i pomimo całej dziwności tego filmu można się pośmiać. I zdziwić też.