Sunday, 30 August 2009

Dzień 93: Seul rowerowo. Seoul hardcorowo

Trzy ostatnie dni w Korei i zarazem trzy ostatnie dni w Seulu. W sobotę trafiłam na koncert hard core'owy, w zasadzie z 6 kapel, 4 grały niemal to samo, ale i tak się cieszę, że tam trafiłam. Że zobaczyłam moshujące Koreanki, koreańską zabawę w tłumie i byłam w świetnym klubie, w zasadzie w piwnicy przerobionej częściowo na klub.
Trafiłam również do Loving Hut, prześwietnej restauracji wegańskiej. Ceny przystępne, i Sweet Coffee Soy Latte... Brak pytań.
Jutro wylot, więc kończę. Dopiszę już w PL...

Friday, 28 August 2009

Dzień 90: Ostatni dzień w Busanie :(

"Bye, bye Busan, bye, bye" parafrazując jedną z wczesnych piosenek Madonny. Ostatni dzień w tym świetnym mieście. Mieście moich inspiracji i niekończących się wzgórz.
Pożegnanie z dzieciakami i moim koreańskim przyjacielem, któremu dużo zawdzięczam. Ostatni hang out po Seomyeon, okolicach Gwanagli beach. I ostatnia herbata w Tom'n'Tom's Cafe. Nostalgia, wiem. Jestem typem człowieka, który przyzwyczaja się do miejsc, ludzi, nawet przedmiotów i potem rozpamiętuje często odwiedzane miejsca, spotkanych ludzi...
Jutro Seul, koncert, kilka ostatnich szans na spotkanie Koreą.
Ostatni Koreański hicior - Tohoshinki.

Tuesday, 25 August 2009

Dzień 87: Jeju...

Nie przypuszczałam, że Jeju Island aż tak mnie zauroczy. Przez 3 dni pobytu jeździłam na rowerze, motorze, autostopem a nawet skorzystać z autobusu i podziwiać kunszt kiczowatego wystroju. I po raz pierwszy w życiu miałam okazję pływać w oceanie, dokładnie w dzień moich urodzin.

Ale od początku. Prom z Busanu do JejuSi. Naiwnie liczyłam na to, że w trzeciej klasie będzie łóżko czy chociaż materac. Zero materaca (za to dostałam prostokątną, niewygodną poduszkę), spanie w pokoju typu open space i 40 osobami wokół. 11 godzin przekręcania się z jednego boku na drugi, przypadkowego stykania się stopami z pozostałymi śpiącymi. W Korei istnieje inne pojęcie dystansu między ludźmi. Podchodzą blisko, stoisz w kolejce i ktoś chucha Ci na szyję, w metrze siedzisz w ścisku między babcią w daszku a dziewczyną w kwadratowych okularach typu "telewizor".

Wróćmy do Jeju. Moja pierwsza myśl: Jak tu zielono! Klockowata architektura mieszająca się z zielonymi połaciami parku, który pnie się hen hen wysoko ponad inne budynki. Miałam prosty plan, aby pozwiedzać muzea, odwiedzić jedną z plaż i w końcu wylądować an beach party u mojego gospodarza z CouchSurfing. I kiedy tak rozmyślałam jak ułożyć plan wycieczki, natrafiłam na wypożyczalnię rowerów. Błysk w oku i już jechałam na czarno-żółtym pogromcy szos. Po drodze mały przystanek na śniadanie w okolicach skały Yongdu-am, która wyglądem przypomina ziejącego ogniem smoka. I przy okazji wszystko w okolicach się rusza. Schodzę w dół po skałach i miga mi przed oczami. Poprawiam okulary i nadal miga. Przybrzeżne skały są obsiane małymi żyjątkami, które z braku nomenklatury nazywam Szybkochodami. Tak więc Szybkochody mają motorek w jednym z 8 odnóży i dzięki temu jak tylko wyczują, że zbliża się jakiś obiekt, w ciągu sekundy chowają się w szczelinach.

Rower zawiózł mnie do ciekawego photo spot i słyszę za plecami "Hello". I w ten sposób poznałam dwóch rowerzystów, których spotkałam wcześniej na promie: Jongmin i Dohyun. I stanęło na tym, że pojadę wraz z nimi na Hyopje Beach. Po drodze fotografowanie, podziwianie widoków z ścieżki rowerowej tuż przy samym morzu i moja wywrotka na asfalcie. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że mózg wydał rozkaz "Do przodu", zaś ramiona rządziły się swoim prawem i chciały skręcić kierownicą w lewo. I jako rezultat braku subordynacji wylądowałam pod rowerem śmiejąc się do rozpuku.

Ścieżki rowerowe na Jeju to mistrzostwo. Wokół całej wyspy (jak również w poprzek) ciągną się ścieżki rowerowe. Nic tylko pożyczyć rower z jednej z licznych wypożyczalni i zrobić trip wokół wyspy, czyli około 300 km. I jest to dość popularny sposób na odkrywanie Jeju. Po drodze natknęłam się na dziesiątki Koreańczyków i Koreanek przemierzających wyspę na rowerze tudzież na skuterze.

Raj dla rowerów, raj dla mnie. Niemal płaski teren i wiejskie krajobrazy na zmianę z widokami na morze. I po drodze statuetki Dolharubang, tzn. kamiennego pradziada, który stoi na straży każdej z wiosek. Obecnie jest to jeden z głównych symboli wyspy, reprezentuje ducha mieszkańców Jeju, którzy mimo trudności życia na wyspie (np. w przeszłości niedostatki pitnej wody i konieczność wędrowania po nią około 20 km, co było zadaniem kobiet nota bene), potrafili im sprostać i stawić czoła.

Hyopje Beach pozytywnie zaskoczyło. Błękitną, przezroczystą wodą i czarnymi skałami okalającymi ją. Czarne skały to nic innego jak powulkaniczne pozostałości. Całe Jeju to jeden wielki nieczynny wulkan i kamieni pod dostatkiem. Więc od wieków kamień był głównym budulcem domów, płotów i wspomnianych statuetek Dolharubang.

Ale wracając do Hyopje. Byłam urzeczona. Mała plaża, kolor wody, niemal biały piasek... Nie wiedziałam, że tego dnia czeka na mnie jeszcze lepsza plaża. Plaża wypisz wymaluj z katalogu Neckermanna. Ale najpierw musiałam się dostać z powrotem do JejuSi (Jeju City - jedno z dwóch głównych, i zarazem jedynch miast na wyspie; reszta to mniejsze lub większe wioski), co stanowiło nie lada eksploatację moich mięśni. W zasadzie dystans 60 km nie jest niczym szczególnym, aczkolwiek pedałowało się ciężko z powodu upału. Po prostu nie nastawiłam się na takie wyczyny tego dnia, i czasem z trudem musiałam przymusić się do dalszego pedałowania.
Z językiem na wierzchu dotarłam do miasta i jakimś cudem udało mi się złapać właściwy autobus do Gimyang Beach. A nawet z przesiadką! I poznałam przemiłego Koreańczyka, rozmawiając z nim po rosyjsku (mocno połamana ruszczyzna z mojej strony) od słowa do słowa zaproponował pomoc, kiedy będę w Seulu. Anioł. Podróżując spotykasz takie Anioły, które oferują pomoc, wyciągną Cię z tarapatów, gdy potrzeba. Nieznajomi a jakby bliscy niż nie jeden ze znajomych. Może Anioł to mocne słowo, ale powołując się na jedną z książek, pojęcie to świetnie oddaje charakter sytuacji, kiedy obcy człowiek bezinteresownie Ci pomaga, niczym anioł właśnie.

I w ten sposób trafiłam na beach party. Wokół sami Amerykanie, Kanadyjczycy, oczywiście wszyscy uczą angielskiego w szkołach. Chyba nie do końca łapię kontakt z takimi ludźmi, może przez trywialność rozmów, ale byli sympatyczni. Co rusz wskoczyłam do wody i płynąc w kierunku zachodzącego słońca myślałam o tych wszystkich drobnych chwilach, kiedy szczęście przeszywa Cię do samego szpiku kości. Kiedy masz ochotę śpiewać, skakać i tarzać się w piasku.

Trochę rozmawiałam z Philem, moim gospodarzem, który zaoferował mi niekonwencjonalny jak na CouchSurfing "Couch": spanie w namiocie. Rano ponownie boska plaża, pływanie żabką, "na meduzę" (znaczy na plecach i powolne ruchy niczym meduza), i przypalanie się na słońcu. Ta...

This is Jeju....





Thursday, 20 August 2009

Dzień 82: farewell

Oficjalne pożegnanie w centrum. Impreza specjalnie dla nas... dla mnie i Sandy. Tort, listy pożegnalne od dzieciaków, prezenty i wspólne zdjęcia. Totalnie się wzruszyłam. Wszyscy śpiewali koreańską blessing song i w tym momencie zmiękły mi kolana i łezka zakręciła się w oku. Cieszę się, że po powrocie z Jeju Island wracam do centrum. Cztery ostatnie dni w Busanie, cztery dni bycia Emi The Teacher.
Przyznaję, że mimo całego pozytywnego tła, jest to dla mnie piekielnie smutna piosenka.

video

Rozmawiałam dziś z jedną z nauczycielek i powiedziała mi coś, co jest co najmniej zaskakujące i zaskakujące.
"Chciałabym, by moja córka wyrosła na kogoś takiego jak ty".
Uderzyły mnie te słowa, bo skąd niby ja mogę zasługiwać na takie wyróżnienie.

Jeszcze jedno wydarzenie. Pokaz moich fotograficznych wypocin. Wszystkie dzieciaki z centrum oglądały uwiecznione przeze mnie twarze. Śmiechy, hihy, wrzaski. Chyba największe zdziwienie nastało w gronie osób, które do tej pory były przeciwne nakłanianiu ich, by popatrzyły w obiektyw. I zdaje się, że zyskałam zaufanie co niektórych, ponieważ tuż po seansie same wtykały twarze przez obiektyw.






Z serii cute - moja klawiatura przeszła koreańską metamorfozę:





Obuchem o ścianę.
Wczoraj ktoś mną wstrząsnął. Przesłał link, dzięki któremu obudziłam się z letargu. I mimo całego szczęścia towarzyszącemu przebudzeniu byłam zła na siebie. Cholernie zła, że zasugerowałam się opinią jednego scenersa z Tajwanu pt. W Korei są tylko dwie kapele HC. Straciłam nadzieję, nawet nie szukałam kapel.
I szok. Koreańska scena JEST, ma się świetnie i w ostatnią sobotę ominął mnie zajebisty koncert. FCUK.
Z ciekawszych kapel polecam:

http://www.myspace.com/hollowjan
http://www.myspace.com/thingswesay2004
http://www.myspace.com/thexgeeks (wydaje ich ThinkFast! Records, sic!)
http://www.myspace.com/3725010 (dobre źródło informacji o tutejszej scenie)

Jak tylko się wbiję do Seulu, spotkam się z kilkoma scenersami, może uda się dotrzeć na koncert 29/08... Teraz wiem, że w Korei mam dosłownie wszystko niezbędne do życia: świetne wegańskie jedzenie (tofu czyli [DUBU] ponad miarę), ciekawą architekturę (klocki jak się patrzy, ale po dłuższym zastanowieniu mówię TAK, inspirują mnie), morze i góry w jednym miejscu (Busan...), świetne tematy do zdjęć, dzięki czemu rozwijam się, i jest scena punk. Żywa, realna, z krwi i kości.

Nowe odkrycie tylko pogarsza mój dołerski stan, ale zarazem napędza mnie do zagłębiania się w otchłań koreańskiego nurtu hard core.

Jutro płynę na Jeju. Tym razem bez odwołania. Zapowiada się dobrze: beach party dzięki mojemu Hostowi CS z Jeju Si, dużo plaży, autostop i moje urodziny.

Jeszcze kolejna partia zdjęć.









To się nazywa porządny roller coaster. Niestety nie mieliśmy okazji poznać się bliżej :/








Tuesday, 18 August 2009

Dzień 80: Na szybko

Obóz z dzieciakami był świetny. Więcej jutro, dochodzi 3 rano. Kilka zdjęć z kempu, kilka starszych z centrum. I kolejne koreańskie hiciory.





















Przedstawiam 2NE1 "I Don't Care". Słyszę to wszędzie, w sklepie, komórka, w centrum.



I Wonder Girl "Nobody". Początek klipu dość... fizjologiczny.


Sunday, 16 August 2009

Dzień 78: Millak

Millak a dokładniej Millak-dong (-dong czyli port). Dziś udałam się z aparatem w Millakdong z nadzieją, że złowię w obiektyw jedną z rybnych restauracji z gigantycznym plastikowym krabem nad drzwiami. W Busanie jest ich sporo (w końcu miasto nad morzem), ale i tak nie złowiłam ani jednej. Po drodze wstąpiłam do centrum handlowego Shinsegae, gdzie od głównego wejścia możesz się dowiedzieć "world's biggest shopping centre". Może, gigantyczny gmach z lodowiskiem, ponad 6 pięter i zalewający ze wszystkich stron luksus. To nie były sklepy, ale nowoczesne, markowe galerie sztuki odzieżowej. Popatrzyłam na swoje trampki, sprane szorty z naszywką 7 Seconds i zmieszałam się z tłumem. Ciekawe, czy zarząd Shinsegae pozwoliłby George'owi Romero na nakręcenie remake'u "Świtu żywych trupów". Patrząc z 6 piętra na hordę rodziców z dziećmi, czekających aż koleś na szczudłach skręci dla nich zwierzaka z balonów, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że oto tam na dole są zombieholicy.

A później wędrowałam ulicami Millaku. Również tu, jak i chyba w całej Korei, przeważa architektura niepasujących do siebie klocków Lego. Wręcz mam wrażenie, że gdzie nie gdzie klocki Lego mieszają się z Duplo tworząc nietuzinkową mozaikę barw, kształtów i tekstur. Nieskoordynowane elementy architektury, gigantyczne bojlery na wodę i wszędzie słodkie, "cute" loga. Nawet tutejsza policja może się poszczycić "cute" logiem. Nie, to nie to samo co wrocławski komisarz lew, ale fachowy, przyjacielski kumpel-policjant. Nawet główny budynek policji w Busanie to nic innego jak błękitny, kwadratowy klocek pomalowany w białe chmurki. I logo kumpelskiego policjanta.

Dokończę na dniach. Jutro zabawa w przedszkolankę i wyjazd do aquaparku California Beach. Póki co zdjęcia moich dziarskich dzieciaków i fotozapis z Songdo Beach.


Jong Yoon



Ju Chan



Sarang z jajem na głowie.



Kumpelski policjant. Wersja cuuute.









Saturday, 15 August 2009

Dzień 77: forever but ending

Od kilku dni mam kiepski nastrój. Myślę o tym, że już niedługo opuszczę Koreę i wrócę do swoich europejskich reali. I nie mogę znieść wizji kiedy wsiądę do samolotu, a później 8 godzin myślenia i wspominania o tym, co zostawiłam tutaj. Więc staram się wykorzystać te dni, odsunęłam na dalszy plan Japonię czy Hong Kong i zostaje koreańskie Jeju. I więcej zdjęć, więcej Busanu.
Dziś dzięki Hoonowi i jego znajomym miałam okazję zagrać w koreański bilard, zabijać czas w jednej z kawiarni w Seyomyen, robić zdjęcia i po prostu śmiać się. Thanks, thanks, thanks.

Seyomyen w dwóch odsłonach. Znaczy ścisłe centrum w nocy.



Tuesday, 11 August 2009

Monday, 10 August 2009

Dzień 72: rejoicing at Busan

Powoli dociera do mnie, że czas płynie jakby szybciej i zbliża się dzień powrotu. I z każdym dniem coraz bardziej sobie uzmysławiam jak jestem szczęśliwa w Korei, w Busanie. Nawet zaczęłam porównywać Busan do Wrocławia: oba miasta nie są stolicami i nie brak w nich rozrywek kulturalnych. Wrocław jest płaski jak deska i ma bliżej do gór, niż do morza, Busan to wielki zbiór pagórków, w czym przypomina mi San Francisco, no i jest morze. W obu miastach mam swoje miejsca i czuję się na tyle dobrze, że mogłabym tu mieszkać rok, dwa... Znajduję nowe zakamarki, skróty, doświadczam niezwykłych wydarzeń dnia zwykłego (lub po prostu je wynajduję lub one dziwnym sposobem natrafiają na mnie). I czuję się naprawdę szczęśliwa.

Jakiś czas temu jedna znajoma powiedziała mi, że poszukuje swojego sposobu podróżowania, i nie chodzi o to czy wybrać autobus czy autostop, ale chce znaleźć swoją metodę odkrywania świata. Osobiście nie stawiam sobie takich pytań, ponieważ znalazłam mój sposób: podwożą Cię przypadkowi ludzie, czasem oferują rozmowę, czasem dają Ci nocleg czy strawę. Spanie w namiocie, u ludzi z Couch Surfing/Hospitality Club, poddawanie się temu, co przyniesie kolejny dzień, czasem nieoczekiwana zmiana kierunku, ponieważ akurat tam jedzie kierowca. Wtedy czuję, że to jest właśnie TO, mój styl, kiedy odczuwam miejsce wszelkimi bodźcami zmysłowymi i po prostu daję się porwać.

W Korei jest inaczej. Mieszkam tu, mam swoją nauczycielską rutynę, regularne posiłki i każdy dzień obcuję z tutejszą mentalnością, wesołym alfabetem, pytam, dowiaduję się i doświadczam. I odkryłam, że to jest drugi sposób. Bez pośpiechu, z poczuciem normalności codziennego życia, powoli delektujesz się otaczającą rzeczywistością. Nie spodziewałam się, że Korea tyle wniesie w moje zwyczaje, podejście do życia, zainspiruje. I myślę o tym, by w przyszłym roku ponownie tu przyjechać albo obrać inny azjatycki kierunek. Nie wiem, jedno jest pewne, w końcu odzyskam wolność od edukacji i nie będę ograniczona czasowo.

Wczoraj spędziłam świetny dzień, który naładował mnie pozytywnie na nadchodzący tydzień. Były wegańskie lody, było muzeum, były zdjęcia i dobre towarzystwo. I nie potrzebuję więcej do szczęścia.

Kilka (mniej lub bardziej nieposkładanych) wycinków z busańskiej rzeczywistości.












Moje uczennice.








Jest hiking, jest daszek, jest Korea









Twórca tego znaku wpadł na genialny pomysł: Pan - zamknięta parasolka i Pani - otwarta parasolka. Brilliant!