Friday, 31 July 2009

Dzień 62: Jeju Vacation!

Jutro ruszam na przydziałowy, 5-dniowy urlop. Kierunek: Jeju Island!
Ale najpierw miasto Gwangju, na oficjalnej stronie miasta znalazłam tę oto intrygującą statystykę. Gwangju: miasto, w którym każdego dnia pobiera się 23 małżeństw i zgłasza 2 fałszywe alarmy pożarowe.



Jest późno i doczytuję ostatnie info o wyspie: http://english.tour2jeju.net/main/page.php?menu_id=85

Brzmi lepiej, niż dobrze:)

Relacja wkrótce...

Wednesday, 29 July 2009

Dzień 60: I'm Pine. Thanks. And you?

Powyższy tekst znalazłam na koszulce. O co kaman? O to, że angielska wymowa w wykonaniu Koreańczyków jest... jest taka, a nie inna (i pośrednio jest z tym związane określenie Konglish, które w zasadzie odnosi się do używania angielskich słów w koreańskim kontekście, np. won-rum [원룸' "One room"] - a bachelor-style studio apartment), stąd
W języku Koreańskim nie istnieje fonem "F", więc automatycznie wymowa takich słów jak "fruit" czy "coffee" przesuwa się w stronę [pru:t] i [kopi]. I stąd właśnie wzięło się Pine zamiast "fine".
T-shirt Pine można znaleźć na baboshirts.com, jak i kilka innych wzorów oddających charakter kulturowy Korei. Jak dla mnie bomba, zwłaszcza, że jest w ofercie t-shirt z Triangle Monster.



Resztę dopiszę jutro. Bye!

Monday, 27 July 2009

Dzień 58: Lollipop Korea!

Cute Kore, lollipop Korea. Kolejny tutejszy hicior.



Dołączam tekst dla wytrwałych. Joy in.

Lolli Lolli Oh Lollipop
Lolli Lolli Oh Lolli Lollipop
Nah! That` not how we do it.

Lolli Lolli Lollipop Oh neon naui Lollipop
Lolli Lolli Lollipop Oh Lolli-Pop-Pop
Lolli Lolli Lollipop Boy neon naui Lollipop
Lolli Lolli Lollipop Oh Lolli-Pop-Pop

makttaesatangboda deo dalkomhan
nae maeumeun teojildeutan Dynamite
nan kkalkkeumhan namja T.O.P.
naesarang Bling Bling like L E D

geudaen ttak nae seutairiya
banjjakppanjjak seutaya
saekttareungeol wonhae
Let me show you if that's okay

Now come on
saekkareun Rainbow
nal neukkin sungan neon ppajeobeoringeol ara

You just can't control
nal saro jabeun geon
neowa namani aneun uri durui Secret light

Lolli-Lolli-Lollipop dalkomhage dagawa
Lolli-Lolli-Lollipop naege sokssagyeojwo
Lolli-Lolli-Lollipop sangkeumhage dagawa
Lolli-Lolli-Lollipop neoreul wonhajana

Lolli Lolli Lollipop Girl neon naui Lollipop
Lolli Lolli Lollipop Oh Lolli-Pop-Pop

nal seollege haneun neoui
Body neoui Move
imi ne siseoneul gadwobeorin naui Groove
sikssanghamdeureun maeil nal jichige hae
Let's just keep You and I F.R.E.S.H

Now come on
saekkareun Rainbow
nal neukkin sungan neon ppajeobeoringeol ara
You just can't control

nal saro jabeun geon
neowa namani aneun uri durui Secret light

Lolli-Lolli-Lollipop dalkomhage dagawa
Lolli-Lolli-Lollipop naege sokssagyeojwo
Lolli-Lolli-Lollipop sangkeumhage dagawa
Lolli-Lolli-Lollipop neoreul wonhajana

Lolli Lolli Lollipop Boy neon naui Lollipop
Lolli Lolli Lollipop Oh Lolli-Pop-Pop

han sunganui neukkimi anya
jigeum du nuneul gamado neon nae ape seo inneungeol
naega baradeon geuge neoya
geunyang idaero neowa na jeo bulbicharae

Lolli-Lolli-Lollipop dalkomhage dagawa
Lolli-Lolli-Lollipop naege sokssagyeojwo
Lolli-Lolli-Lollipop sangkeumhage dagawa
Lolli-Lolli-Lollipop neoreul wonhajana

Lolli Lolli Lollipop Oh neon naui Lollipop
Lolli Lolli Lollipop Oh Lolli-Pop-Pop
Lolli Lolli Lollipop Oh neon naui Lollipop
Lolli Lolli Lollipop Oh Lolli-Pop-Pop


P.S. Opcja Hong Kong staje się coraz bliższa.... :)

Sunday, 26 July 2009

Dzień 57: Lazy Sunday, Reset Sunday

Resetuję się. Z opcji wizyta w muzeum, wycieczka do pozostałości twierdzy czy hikingu wybrałam totalny reset systemu. Siedzę w domu i pracuję nad czeskim, szukam soundtracku do Eagle vs Shark, oglądam zdjęcia z Lotte Worldu i ściągam filmy. Zresztą, straciłam prawą rękę (tzn. aparat), a dokładniej cierpię na brak baterii do aparatu, więc może jutro ruszę się do Foto Labu (który i tak jest dziś zamknięty).
Spotkanie wolontariuszy raczej nie wniosło nic szczególnego w moją postawę wolontariuszki, ot pogawędka co słychać, gry integracyjne i grill w sobotę, na którym z oczywistych względów nie byłam.
Wiem że koreański czas powoli biegnie do przodu, rozglądam się za biletem do Japonii i pora się sprężyć z ostatnimi czynnościami z rodzaju KOREAN MUST DO.
Przede wszystkim chcę zrobić kilka brakujących zdjęć, kilka wypadów na motorze i w końcu Jeju Island za tydzień. 5 dni wakacji, koreański autostop i kolejne potyczki językowo-kulturowe.
Can't wait. Enjoy your time girl.

Dear Friends,
last few weeks were more or less... crazy. Regarding weather here (drenching rainfall every 2 days) I spent some time at home watching and downloading movies, preparing lessons, studying Czech and English (my Czech speaking skills suck. Sound like, I don't know, funny English intonation with, ehrm, primitive Czech pronunciation? Need to focus on it as soon as I get back to Prague...) and looking at the pictures (yep, those from Lotte Wolrd rule!).
In the meantime, weather was of course tolerable and then, well, then was partying, taking photos, hang outs and many, many short moments of happiness. The moments such as when I was out of control in Purely Decadent Cafe, reached the Gwaneum-bong peak, rode on a motorbike by night (and during rain), visited classic Korean discothèque, went to a party with my Seoul host and finally losing control over myself in Lotte World.
What else? Thanks to Maru, my CS host, I had possibility to ride on a bike on insane Seoul streets and meet his friends. Fun, fun, fun.

Teaching Korean kids is also source of joy, they make up words such triangle monster (for squid) or king crab (for lobster). Well, look forward to Jeju Island trip and... Japan :)
Read you soon guys!


p.s. Opcja tripu do Japonii wygasa, zastępuje ją za to opcja Hong Kong, taaa.... Jeśli uda mi się spełnić moje marzenie i fotografować tamtejsze blokowiska w dniu moich urodzin będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi!!!

Póki co kilka obrazków z tutejszej rzeczywistości.







Żeby nie było, że ta Korea taka ponura, transmisja dziwnych zielonych form prosto z Geoje Island:



Lotte World...



Lot na fali (Guessing game: Where is Emi?)

Wednesday, 22 July 2009

Dzień 53: Triangle monster

Triangle monster to nic innego jak kałamarnica. Takich właśnie rewelacji dowiedziałam się na wczorajszych zajęciach z dzieciakami. Rozwalają mnie pomysłowością z rodzaju jak powiedzieć po angielsku coś, nie znając danego słowa.
I tak np. homar to King crab, zaś mors to Water dog na zmianę z Water cat (cóż za rozbieżność swoją drogą!). A jakby ktoś miał wątpliwości, rekin to jedno ze zwierząt, na których się jeździ. Bosan (jedna z uczennic) wyjaśnia:

"Teacher, yyy, TV in shark, yyy I see".

Czyli pewnie miała na myśli kreskówkę z "ujeżdżanym" rekinem. Fun fun fun.

Z innych rewelacji, to jutro wyjeżdżam do Daejeon na spotkanie wolontariuszy. Średnia opcja z 2 dniami zabaw integracyjnych i wszelkiej maści animacji (i to pisze animatorka kultury... fie on you!) z pozostałymi wolontariuszami. Przynajmniej będzie hang out w nowym otoczeniu. Do przeczytania!

Pozdrowienia z Geoje Island (Geoje-do)!

Saturday, 18 July 2009

Dzień 48: Hang Out in Rain

Sobota przebiła. Przebiła moje oczekiwania weekendowe, a tym samym spędziłam kolejny super weekend w Korei. Czuję, że żyję, że spędzam w Korei najlepsze wakacje w swoim życiu, próbując tylu nowych rzeczy w tak krótkim czasie. Nowe doświadczenia, smaki, ludzie, miejsca.

Byłam w muzeum miasta Busan, co zaowocowało m.in. tym, że dowiedziałam się kilku fajnych faktów o tutejszym folklorze (etno dance a nawet egzorcyzmy), historii miasta (w przeciągu 100 lat od otwarcia portu, z wioski powstało drugie co do wielkości miasto w Korei) i wpływie portu na wetsternizację tutejszej społeczności. I jeszcze jedna ciekawostka: na początku XX wieku nazwa miasta brzmiała "Fusan". Był też cmentarz ONZ i park z rzeźbami, z motywem przewodnim "peace".
Doza kultury w naprawdę dobrym wydaniu, czas na hang out. Na obiad, jazdę na motorze i wegańskie lody od Purely Decadent. Jazda w deszczu z dziwnie warczącym silnikiem, który ma w zwyczaju stawać na światłach i uparcie odmawiać posłuszeństwa niczym mały, zawzięty osioł. Może i jest to minus, mimo to i tak zainspirowałam się koreańskim kolegą, Hoonem i może pewnego dnia sprawię sobie swój własny motocykl lub skuter. Jest frajda, jest speed, jest szum wiatru w uszach. Mocno na plus!

Warehouse. Imprezownia w samym centrum miasteczka uniwersyteckiego, między licznymi jadłodajniami (McDonald też jest, wraz ze swoją super promocją dla studentów w porze lunchu...), sklepami z „osobliwą” odzieżą (a zwłaszcza z workowatymi, piżamowatymi t-shirtami) i setkami neonów. Spotkanie busańskiej ekipy Couch Surfing, która w dużej mierze składa się z Amerykanów (patrz: English teacher).

Nie zwykłam do takich miejsc. Wchodzisz i stroboskop szaleje po ścianach i parkiecie. DJ'e, wizualizacje i gromada Koreańczyków w ekscentrycznych ciuchach, nietuzinkowe fryzury, pląsy i wygibasy na parkiecie. Jakoś utkwili mi w pamięci, moje pierwsze zderzenie z tutejszym naightlife’m. No właśnie, Emi i nightlife, kto by pomyślał ;).

Cute Korea.

Korea codziennie mnie zadziwia, porywa w swój świat, podsuwa nowe pomysły.
W Korei wszystko jest cute. Cute gadżety, cute skarpetki, cute nadruki na koszulkach i okładki książek. Dzieci są cute, nawet psy starają się być cute (w zasadzie bardziej są to starania ich właścicieli) strojąc się w psich sklepach, dbając o psie fryzury i farbując uszy na pomarańczowo. Dziś widziałam taki punkt. Koreański pies cierpliwie czeka aż fryzjerka skończy mu suszyć uszy, wyszczotkuje ogon (reszta ciała jest ogolona na krótko, nie ma co szczotkować). Wariactwo.
I Hello Kitty, całoświatowe uosobienie fenomenu cute rodem z Japonii. W Seulu natrafiłam na sklep Hello Kitty, gdzie było wszystko z logiem kota, począwszy od ołówków, poduszek, przez wycieraczki, mydelniczki, skończywszy na (uwaga, uwaga!) obieraczce do ziemniaków.
Myślę, że obieraczkę z Hello Kitty każdy mieć by chciał. Głowa boli od myślenia, opuściłam ten lokal.

Cute bunny. Prosto z Children's Grand Park



Dziś też było dobrze. Wypad na wyspę Eulsuk, która jest siedliskiem dla wielu gatunków ptaków i stanowi lokalny eko ośrodek (najbardziej mnie zastanowiły samoloty, które średnio co 20 minut przelatują tuż nad wyspą. W końcu lotnisko nieopodal znajduje się). Ptaki ptakami, mnie jednak najbardziej uwiodła opcja wypożyczenia roweru.
Fajny treking, fajne ścieżki i miły strażnik, który mnie wpuścił na teren oznaczony Zakaz wjazdu dla rowerów. Ludzie mają chyba do mnie pozytywne nastawienie. Wyjeżdżając z terenu wyspy zobaczyłam w oddali biel. Biały uśmiech strażnika pokazującego kciukiem OK.
W końcu nie bez przyczyny Eulsuk Island widnieje pośród 10 Prouds of Busan:

http://english.busan.go.kr/about_busan/pride/pride_01_08.jsp

Czekam na kolejny weekend, który tym razem będzie w Daejeon. See you then!

Dzień 47: Teaching madness

Wczoraj miałam niepowtarzalną możliwość uczenia dwóch klas naraz. Dwóch, czyli mojej, "zaawansowanej" i rozbrykanej grupy mojej współlokatorki, tzn. dzieciaki w przedziale wiekowym 7 - 10... Razem ponad 20 osobowa gromadka. Wrzaski, piski, huśtanie się na podłodze i tym podobne oznaki dziecięcej aktywności. Apogeum nastąpiło w trakcie jednej z gier: bieganie dookoła, odpowiadanie na pytanie "w podskokach", i co chwilę pytania od "mojej" grupy. Teacher, teacher!
Dwie godziny miętolenia mojej cierpliwości. Obłęd.

Příběh o korejské vlajce czyli co się skrywa za koreańską flagą.

Na pewno logika. Każdy ze elementów ma swoje znaczenie i nie znalazł się tam przypadkowo, jak to ma miejsce z wieloma flagami w Europie.
Koreańska flaga nosi nazwę taegeukgi, symbolizuje mądrość, filozofię oraz mistycyzm Dalekiego Wschodu. Czerwono-niebieski okrąg po środku nawiązuje do dwóch symboli jedności, Yin i Yang, które będąc przeciwnymi sobie (na zasadzie ogień - woda, śmierć - życie), tworzą razem harmonię. Białe tło reprezentuje nic innego jak "czystość ludzi", "czystość ducha".
W czterech krańcach flagi znajdują się 4 trygramy zaczerpnięte z chińskiej księgi I-Ching, inaczej przedstawiają harmonię, symetrię, równowagę oraz krążenie (w domyśle energii).
Symbole to (w kolejności wskazówek zegara):



(gam) symbolizuje wodę, witalność.



(gon) reprezentuje ziemię, płodność, prawość.



(ri) symbolizuje ogień, mądrość.



(geon) symbolizuje niebo, powietrze (jako jeden z 5 żywiołów), sprawiedliwość.

Aktualna postać flagi pochodzi z roku 1883, istnieje nawet dokładny zakres wymiarów (pożyczyłam z Wikipedii), a więc:



Więcej ciekawostek pod tym adresem:

http://en.wikipedia.org/wiki/Flag_of_South_Korea



Czas na sobotni hang out i karaoke. Read you later.

Tuesday, 14 July 2009

Dzień 43: Nadrabiam zdjęciami

Z buddyjskich świątyń: Samgwangsa














"budujemy nowy dom, budujemy nowy dom..."



: Beomosa







kup własną dachówkę i ozdób ją wedle uznania.















Monday, 13 July 2009

Koreańskie hity z satelity

Wprost nie mogłam sobie odmówić wrzucenia tutaj tegorocznych koreańskich TOP 3. Disco, kicz i mtv.
Pierwszy song wbrew pozorom jest smutny, traktuje o tym, że w sobotnią noc chłopak rzucił dziewczynę. Trudno się domyślić śledząc nuty.



Pozostałe dwie mają bardziej (chyba) pozytywny wydźwięk, aczkolwiek czekam na weryfikację tłumaczenia. No, może "Again and Again" lekko ciągnie nastrój w dół.
Enjoy (;



Sunday, 12 July 2009

Dzień 41: Seul tudzież Soul



Seul od samego początku zapowiadał się mocno na plus. Darmowy przelot samolotem, ponieważ z powodu wiatru/ulewy mój gospodarz, Mr Kim, stwierdził że, jest to lepszy środek transportu.
- Yyy, ale ja nie mam tyle pieniędzy...
- Moja firma stawia.

Więc opłaciła lot, który trwał całe 45 minut. Nice.

Seoul by rain

Seul płakał. W Korei szaleje sezon monsunowy, więc deszcz atakuje jak szalony. Czegoś takiego do tej pory nie doświadczyłam i zaczynam się przyzwyczajać do parasolki, która dziwnym trafem całkiem przyzwoicie chroni przed atakiem ciskającej w ciebie wilgoci. Czasem jednak parasolka nie daje rady, taki przynajmniej wniosek podsunął mi widok 6-7 połamanych i zgnębionych parasolek leżących na chodniku w odległości około 10 m od siebie.

Sightseeing Seoul

Z uwagi na wszechogarniający (a raczej wszechprzemakający) deszcz, czwartek zarezerwowałam na muzea.
National Museum of Korea - szczerze powiedziawszy jedno z lepszych muzeów, jakie odwiedziłam. Nowoczesny, wielki gmach wypełniony bogatymi zbiorami z dziedziny archeologii, sztuk pięknych i sztuki azjatyckiej, w tym wystawa poświęcona malowidłom i figurom przedstawiającym Buddę. Dodatkowo część muzeum jest zarezerwowana na Children Museum. Dla mnie bomba.

Długo oczekiwane Kimchi Museum - kimchi art, różne rodzaje kimchi, a nawet wystawa poświęcona wartościom odżywczym tego kulinarnego fenomenu. I mapa ukazująca gdzie i w jakich ilościach jest eksportowane kimchi (jak się okazuje Japonia z wynikiem 93,2% przoduje, Niemcy czy Wielka Brytanie to jedyne 0,1%).
Muzeum na 4 z plusem, szkoda, że nie sprzedają koszulek czy magnesów z kimchi, przynajmniej były kapuściane kubki.
Udało mi się również dotrzeć do pałacu Gyeongbokgung, jednego z pięciu Wielkich Pałaców zbudowanych w trakcie panowania dynastii Joseon. Wielki kompleks, którego częścią jest m.in. muzeum etnograficzne (koreańskie muzea mogą się pochwalić naprawdę pomysłowymi wystawami).
Wikipedia twierdzi, że "The name of the palace, "Gyeongbokgung," translates in English as "Palace Greatly Blessed by Heaven." Więc pewnie jest to prawda.
Trafiłam również na seulski pchli targ, do dzielnicy Bukcheon, słynącej z oryginalnej koreańskiej zabudowy, i do jednej z świątyń buddyjskich. Dobry hang out nie jest zły.

Seul by night

Nocny Seul był grany 3 dni z rzędu, pierwszego dnia w miejscu, gdzie serwują kimchi pancakes (inaczej kimchi pizza) i makoli, tzn. rodzaj alkoholu z ryżu, który wygląda jak mleko. I być może tak smakuje. Nie wiem, nie próbowałam.
Kimchi pizza wygląda jak pizza, wielki, okrągły kawał ciasta z warzywami, ewentualnie z mięsem czy mieszkańcami morza. Spośród azjatyckich nacji Koreańczycy przodują w piciu, choć narodowe drinki są raczej słabe (np. makoli ma 6%).
Piątkowy wieczór to party ze znajomymi Maru, mojego hosta z Couch Surfing. Ekipa z różnych części świata, tańce w rytmie hiszpańskich hitów (w końcu były aż 3 hiszpańskojęzyczne osoby)i zmiana miejsca biesiady średnio co 2 godziny. Zakończenie wypadło na jakiś pub z muzyką puszczaną z youtube.
Ostatni wieczór to skromny hang out w centrum Seulu. Więcej neonów niż w Busanie. To na pewno.

Aż sama się dziwię jak to możliwe, że ze swoją postawą straiht edge dałam się wciągnąć w ten clubbing. At least it's new Korean experience.

Lotte World

Bodajże najbardziej szalona rzecz, jaką udało mi się do tej pory przedsięwziąć.
Nie sądziłam, że odważę się spróbować takie rewelacje jak Gyro Drop czy Atlantic Adventure ("Be careful of the start~ A sudden rise at the speed of 80 km an hour to a height of 21m at an angle of 72 degrees.").
Gyro Drop to jedyne 70 metrów nad ziemią, kilka sekund i... " Nobody knows when it falls~ Take a deep breath and count numbers~ ". Samo odliczanie było chyba najmniej miłym momentem, ponieważ wiesz, że za chwilę polecisz szybko w dół a twój żołądek przesunie się w okolice serca. Sam wjazd na górę jest przyjemny, ale lot w dół to heart attack w czystej postaci.
Atlantic Adventure to roller coster i zjeżdżalnia w jednym. Szybko, intensywnie i miejscami przechylenie kąta siedzenia o 72 stopnie. 10 minut dochodziłam do siebie, nogi jakoś mimowolnie same się trzęsły.
Pozostałe atrakcje Lotte World nie pozostają w tyle, French Revolution (ponownie roller coster), The Adventures of Sindbad czy Jungle Adventure powalają wystrojem, przygotowaniem i feerią barw.
Best place ever!

Seoul by bike

Dzięki Maru miałam szansę pojeździć na rowerze po seulskich ulicach. Tylko czekałam na moment, kiedy jakiś motor wyceluje akurat we mnie. Koreańscy motocykliści jeżdżą po chodniku, więc nawet jako przechodzień musisz uważać. Kolejna sprawa, na ulicy wymijają od prawej strony i przeciskają się wszelkimi dostępnymi sposobami do przodu, więc w natłoku ulicznych dźwięków starasz się wyłapać nadciągający motor.
Fun fun fun.

Weekend zakończył się hang outem z 3 znajomymi Koreańczykami. Jedna z busańskich plaży posiada nową atrakcję w postaci śpiewających fontann (czyli powtórka z rozrywki z Erewanu lub Pragi - Křižíkova fontána). Barwne widowisko z możliwością taplania się w fontannie po pokazie.
W trakcie hang outu dowiedziałam się, że koreańskie społeczeństwo nadal nie akceptuje wspólnego mieszkania par przed ślubem. Obecnie zdarza się to częściej, jednak nadal panuje pogląd, że dopiero małżeństwo upoważnia dwoje ludzi do wspólnego zamieszkania.
Trochę zaskakujący kontrast patrząc na nowoczesność Korei i chociażby odważną miejscami kinematografię.

Więcej takich weekendów.

Wednesday, 8 July 2009

Dzień 37,5: Lick me, I'm vegan.

Zarwana nocka. Za godzinę wyjazd do Seulu, więc przynajmniej w aucie nadrobię.
Po dzisiejszym przedstawieniu w wersji Attention Deficit Hyperactivity Disorder i przypływie endorfin związanym z wizytą w kawiarni Purely Decadent (już sama nazwa uwodzi) nie wróciłam jeszcze do normy.
Wegańskie delicje. Najlepsze z najlepszych. Lick me, I'm vegan.

http://www.turtlemountain.com/products/purely_decadent.html

Czekam na piątkowe wydarzenie, tzn. wizytę w lunaparku Lotto World, a tym samym realizację jednego z dziecięcych marzeń (tzn. permanentny brak paszportu do 18-go roku życia i zero opcji na wyjazd do Disneylandu).

http://www.lotteworld.com - zapowiedź wymiata!

Zdjęcia z ostatnich dwóch tygodni:



Tuż za znakiem były strome, betonowe schody zapuszczające się głęboko w dół.
Znak jak najbardziej na miejscu. I kable.





Samgwangsa











Wspomniana kiedyś babcia-muchomor









Tuesday, 7 July 2009

Dzień 37: 히치하이킹

Geoje! Geoje! Geoje!
Wypad na Geoje Island zarządził! Dodatkowym uzupełnieniem minionego weekendu była jazda na motorze po wzgórzach i krętych uliczkach Busanu. Awesome!
Więc po kolei.

Hitchhike Korea!

Powiem tak: autostop w Korei ma się lepiej niż dobrze. Ma się wręcz wyśmienicie, ponieważ średni czas oczekiwania na stopa wynosi jakieś 7 minut! Co dziwi o tyle, że w Korei autostop nie jest znany w ogóle (a tym bardziej praktykowany), o czym świadczy choćby fakt, że nie istnieje koreańskie określenie na ten sposób podróżowania. Więc pozostaje tylko angielska wersja hitchhike znana jako 히치하이킹.

Dopłynęłam szczęśliwie promem do Gohyeon i odwiedziłam były POW camp, czyli były obóz dla więźniów z okresu wojny koreańskiej. Świetne muzeum, ciekawe ekspozycje ukazujące życie codzienne w obozie (w tym nie zabrakło szczegółów, hm, sanitarnych..), waaarto.. Czas na stopa.
Tablica z nazwą miejscowości napisaną po koreańsku i niecałe 3 minuty łapania. Trójka sympatycznych znajomych podwiozła mnie na samo południe wyspy, gdzie zjedliśmy wspólnie obiad. Później podrzucili mnie do the Windy Hill, skąd popłynęłam na Oedo Paradise Island. Rajska wyspa wzięła swoją nazwę od ogrodu botanicznego z niecodziennymi gatunkami roślin (w zasadzie cała wyspa to jeden wielki ogród botaniczny). Faktycznie, niektóre drzewa są żywcem wyjęte z elewacji budynków zaprojektowanych przez Gaudiego.

Powrotny autostop to trójka Koreańczyków, oczywiście zero angielskiego, więc posługiwałam się moim zeszytem z podstawowymi informacjami: My name is Emi. I'm from Poland. I'm a volunteer in Busan. I teach English to children.
Dużo śmiechu, swoją drogą takie wizytówki przydają się w trasie!

Następnie kierowałam się na Okpo i przydarzyła mi się sytuacja z cyklu Świat Jest Mały. Zagadały mnie dwie kanadyjki (oczywiście nauczycielki angielskiego, w Korei najpopularniejsza profesja wśród native'ów angielskiego, zwłaszcza pochodzących z US czy Kanady) i jedna z nich niespodziewanie stwierdziła: „Znam Cię! Widziałam Twój profil na Couch Surfing!” (?!) Krótka pogawędka i łapiąc na Okpo wróciłam wraz z przemiłą koreańską rodzinką z powrotem do Gohyeon. Na zakończenie dnia obiad i jimjilbang, o czym zaraz.

Na niedzielę pozostawiłam stop powrotny do Busanu, co wiązało się z niecałymi 5 minutami łapania i potyczkami językowymi. Kierowca (za cholerę nie mogę zapamiętać koreańskich imion!) zawiózł mnie do samego Busanu, nadrabiając tym samym ponad 40 km w jedną stronę. HitchhikeTheEdge!



Jimjilbang

To nic innego jak koreańska łaźnia (nowomodny odpowiednik to tzw. SPA).
Po intensywnym dniu marzyłam jedynie o dobrym spaniu i prysznicu. Z drugą opcją pojawił się problem natury psychologicznej powiedziałabym. Dotarłam do jimjilbangu, wjechałam na 4 p. i nagie Koreanki powitały mnie na dzień dobry. Lekki szok i szybka konsternacja "Acha, prysznic jest w głównym, kompletnie nagim pomieszczeniu...". Być może odezwał się we mnie jakiś europejski wstyd, kultura która zachęca od odkrywania ciała na ulicy i na odwrót, zakrywania w takich miejscach jak łaźnia czy wspólny prysznic. Choć i tu istnieje rozgraniczenie na poszczególne kraje europejskie.
Tak czy inaczej po przedostaniu się cichaczem pod prysznic stwierdziłam, że w sumie czemu by nie, you live only once ("...so you better do it well" jak było w jednej z hardcore'owych piosenek). I nieśmiało wskoczyłam do basenu o temperaturze 38C, potem sauna, lodowaty basen, sauna i 90C i tak w kółko. Relaks przez duże R.
Spanie było mniej przyjemne, skromnie na podłodze w pomieszczeniu z komorami niczym ze Star Treka. Każda komora miała nastawioną inną temperaturę, więc ludzie wylegiwali się w środku z bądź bez przykrycia. Dziwy. Jednak Koreańczycy potrafią dorównać Japończykom w swoich dziwactwach.

Motorbike hang out.

Zdjęcia, motor i Busan w nocy. Lepiej być nie mogło, co więcej, zaczęłam myśleć o sprawieniu sobie własnego skutera kiedyś w przyszłości. Jazda krętymi uliczkami Busanu, wspinającymi się w dół i znów w górę, niespodziewane zakręty, gdzieniegdzie siedzące babcie kontemplujące zachód słońca tudzież co ugotować jutro na obiad. Świetne widoki na miasto, małe, kolorowe domki poprzebijane wysokimi molochami mieszkalnymi i wieżowcami w centralnej części miasta. Dla mnie rewelacja, nie potrzebuję więcej do szczęścia.
Koniec weekendu zakończony robieniem zdjęć mostu Gwangan. I sympatyczna konwersacja z koreańskim znajomym, Hoonem. Best Korean weekend ever.