Sunday, 28 June 2009

Dzień 27: Pies w butach

Pies w butach bynajmniej nie jest bajką, ale stosunkowo częstym widokiem na ulicach Busanu. O ile lubię psy, to muszę przyznać że ich koreańska wersja jest po prostu wstrętna. Małe, białe i ogolone z kudłatymi uszami (najczęściej farbowanymi na różowo czy pomarańczowo) i żabimi, wyłupiastymi oczami. I dziś po raz pierwszy zobaczyłam tego cudaka w butach. Spytałam się Sarang (koreańska wolontariuszka zarazem współlokatorka) czy to tutaj normalne, odpowiedź: "Tak, psy noszą noszą buciki, aby im się łapki nie pobrudziły". Nie mam więcej pytań, jak jednego upoluję obiektywem, z miejsca go tutaj wrzucę.

Wczoraj udałam się do jednej z najbardziej znanych świątyń buddyjskich w Korei, Beomeosy. Początki świątyni sięgają VII wieku, chociaż z tamtego okresu pozostało jedynie kilka kamiennych pagod. Nazwa świątyni, Beomeosa wywodzi się od Beom(범;梵) = nirvana - eo(어;魚) = ryba - sa(사;寺) = świątynia, inna jej nazwa to "Heavenly Fish" (pomijam polską wersję, ponieważ brzmi co najmniej kuriozalnie).
Świątynię tworzy kompleks budynków w większości pochodzących z początku XVII wieku. Złote posągi Buddy, stare, drewniane wykończenia i charakterystyczne, kolorowe malowidła robią wrażenie, aczkolwiek przyznam, że wolę Samgwangsę. Z powodu natłoku ludzi (przynajmniej w części udostępnionej zwiedzającym) ciężko jest się skupić w trakcie medytacji czy zwykłego wpatrywania się w jeden punkt (ze względu na odgórne problemy z koncentracją jest to moja wersja medytacji:).

Beomeosa położona jest na zboczach góry Geumjeongsan, która stanowi tutejsze centrum trekingowe. Wokół znajduje się kilkanaście szlaków regularnie przemierzanych przez chmary dziadków wyposażonych po zęby w sprzęt trekingowy niczym jak na wyprawę w Alpy. Chciałabym, aby w Polsce starsze osoby były równie aktywne fizycznie jak tutaj, gdzie normalnym widokiem są babcie i dziadki w trekingowym, kolorowym wdzianku (są jeszcze babcie w wielgachnych, prześwitujących daszkach, ale ten fenomen klasyfikuje się na odrębną opowieść).

Wczoraj również miałam okazję spróbować koreańskiego karaoke, znanego tutaj jako Noraebang. W zasadzie z mojej strony średnio było ze śpiewaniem, ale samo pomieszczenie, kula disco wściekle rzucająca wokół kolorami i koreańskie hiciory zrobiły robotę!

Let's learn Korean!

Przyznam, że dotychczasowa nauka koreańskiego ogranicza się głównie do zoologi, i tak:
Hemsta - chomik/hamster
Kikuri - słoń/elephant
Taramgi (taramdżi) - wiewiórka/squirrel
Hepari - meduza/jellyfish
Kuyani - kot/cat
Ge (długie eee) - pies/dog

A propos chomików, w centrum młodzieżowym jest chomik, który pożarł swoją żonę, nazywa się oczywiście Hemsta i patrząc na niego nie wierzę, że mógł się dopuścić tak szkaradnego czynu...

Tuesday, 23 June 2009

Day 22: Kimchi Museum!

Dear friends,
it has been three weeks since I arrived in Korea. Well, I could summarize this period as a really successful vegan Korean experience! Seriously, Korean cuisine surprised me most! I never before have enjoyed local cuisine as much as in Korea. Korean cuisine amazes me everyday, for instance lately I discovered fantastic, brilliantly delicious seaweed with sesame! If you mix it with rice and add some bean sprouts, chopped cucumber, chili sauce you have a good base for BiBimBap! You can use these seaweed for salad as well.
Regarding my activities here, last week I moved a bit in a rut, even so I have enough time for taking photos, translations and watching The IT Crowd (btw, in the meantime I watched two good movies “Caramel” by Lebanese director Nadine Labaki and “Deep Red” by Dario Argento, strongly recommend them!).

On the last weekend I planned to hitchhike to Geojedo Island, but the weather damped down my enthusiasm and I decided to stay in Busan. I went to Samgwangsa Buddhist Temple which is one of the most significant Buddhist centres in Busan. The Samgwansa Temple was build relatively not so long time ago, in 1968; additionally apart from being a place for praying wishes to Avalokitesvara (the Buddhist Goddess of Mercy), it also organizes variety of workshops such as Chinese classes, calligraphy classes or tea ceremony group.
I am not a Buddhist, but when I went inside and saw all these women praying and singing mantras I decided to try meditation. Well, paying attention to one action is not probably one of my strong points, thus I didn’t meditate too long. However observing people around and Buddha statues looking at me disposed me very peacefully. I am going to back there soon, as well as go to other Busan’s Buddhist temples.

After visiting temple I set off to Children’s Grand Park, where you can enjoy nice amusement park hidden in greenery (yeah, a lot of wild-looking greenery around), take photo with statue of monkey disguised as a sausage or just have a nice walk around reservoir. Unfortunately the amusement park was closed, thus I must back there in the nearest future:)

Volunteer project goes well, children are eager to learn English and I try to act seriously when they are around, but as you know, I am probably more childish than children their selves haha!
My main hobby here is taking photos of outstanding neighborhood (results below) that does not consist of overwhelming, tall blocks of flats only. Nope, there are tiny, colorful houses just at the foot of them. I may be wrong, but these houses resemble slums, and that makes interesting architectural contrast in Busan.

The latest news... in Seoul there is Kimchi Museum! Yes, unique place that provides good source of information about preparing, storing and eating kimchi, presents many kinds of this characteristic Korean food, in addition it shows history of kimchi (including “The Exhibition of Ancient Books about Kimchi History” or “The Models of Kimchi in Each Period”). It will be museum of my life! Look forward to go there....
Useful links:

http://www.kimchimuseum.co.kr/
http://www.lifeinkorea.com/travel2/seoul/315

Neighboring block



Neighborhood again..



and again...



My percfect view of the window



Finally view over the roofs of tiny houses

Sunday, 21 June 2009

Dzień 20: Busan's happiness

Początkowo w weekend porywałam się na wypad autostopowy na wyspę Geojedo, ale pogoda skutecznie ostudziła moje zapały i na koniec pozostał Busan ze swoimi blokowiskami, drapaczami chmur (no, bardziej mgieł) i świątyniami buddyjskimi. Wybrałam się do jednej z nich, Samgwangsa Temple, stanowiącej jeden z najpopularniejszych ośrodków buddyjskich w Busan. Świątynia ta nie jest zbyt wiekowa, została zbudowana w roku 1969 z zamiarem stworzenia miejsca modlitw do Avalokitesvary (buddyjskiej bogini miłosierdzia). W skład kompleksu wchodzi m.in. budowla JiKwanJon, która jest w stanie pomieścić na raz 10 000 osób. I jeszcze jedno, oprócz regularnego ośrodka modlitw (świątynia otwarta jest 24 godziny na dobę), organizowane są również warsztaty chińskiego, kaligrafii czy warsztaty poświęcone ceremonii parzenia herbaty. Moje osobiste wrażenia z pobytu w świątyni to przede wszystkim poczucie ogarniającego wyciszenia i spokoju. Właśnie tego potrzebowałam, wyciszyć się, oderwać od tego, co zostawiłam za sobą w Polsce. I mimo, że nie jestem dobra w medytacji, to już sama obserwacja modlących się kobiet i obecność kilkuset posążków Buddy zwróconych w moją stronę sprawiła, że nabrałam więcej spokoju. I wiem, że tam wrócę.

Po wizycie w świątyni nieco zgłodniałam, a że nie znalazłam wege restauracji w ścisłym pobliżu, postanowiłam zejść niżej wybierając drogę przez wąskie uliczki, których szerokość ledwie pozwala na przepuszczenie auta. Nie wiem, czy zamieszkiwanie tych parterowych domków związanych jest z niższym statusem społecznym, ale wiem, że tworzą one świetny kontrast do piętrzących się dookoła blokhausów. Charakteru busańkiej metropolii dodaje niesforna falistość terenu, i podejrzewam, że stąd wzięły się charakterystyczne, strome, koreańskie schody. Strome, wysokie, wąskie i przeznaczone dla osób o stopie maksymalnie nr. 38. Niestety, ale moje 41 to za dużo, i stąd mam już za sobą jedno negatywne doświadczenie ze schodami.
Na samym dole moim oczom ukazała się intrygująca jadłodajnia z bajecznie niską ceną napisaną na oknie. Zaglądam.... wygląda na szwedzki stół, więc znikają obawy o to, czy coś będzie na mnie spoglądać z talerza. Zagaduję panią dziwnym koreańsko-angielskim dialektem. Na szczęście udaje się jej wychwycić BiBimBap z mojego potoku słów i gestów, kiwa głową i już wiem, że dobrze trafiłam....
Oszalałam. Od natłoku warzyw, kolorów i mnogości wyboru. Skonstruowałam zajebisty (pierwsze przekleństwo na tym blogu) BiBimBapek, na drugim talerzu tofu, nudle, chili, jakieś gloniska.... I potem spożywczy amok i powolna konsumpcja...

Dobrze, że w parku dzieci był już zamknięty lunapark, ponieważ gdyby był otwarty na pewno bym wstąpiła na roller coaster rozciągający się na całym terenie parku rozrywki, w tym nad zalewem (!). I wtedy byłby wodny BiBimBap... Ale był zamknięty, i wiem, że jest to miejscówka obowiązkowa. Sam park zresztą również zachwyca, jest wielki, z mnóstwem ścieżek i dziką zielenią dookoła. Dodatkowo kolorowe ogrodzenia z kreskówkowymi postaciami, specjalne wydzielone miejsca na zrobienie fotografii (np. ławka z królikiem, psem i małpą przebraną za Wursta – mistrz!).

Niedziela była bardziej spokojna, Busan doświadczył niezłej zlewy i niemal totalnego pogrążania we mgle. Wyobraź sobie drapacze chmur w połowie spowite białą, mleczną mgłą.
Z całą rodzinką Kim udaliśmy się na wycieczkę przez... most Gwangan. Gigantyczny most rozciągający się ponad morzem (a tym samym łączący części Haeundae-gu i Suyeong-gu), w jakiś dziwny sposób wykrzywiający się u podstawy i z założenia mający być ułatwieniem w godzinach miejskiego szczytu. Swoją drogą, most jest jednokierunkowy, znaczy dwu, pasmo górne prowadzi w jednym kierunku, a pod nim kolejne część 5 pasmowa. Ze swoimi 6,500 metrami długości, Gwangan jest najdłuższym mostem w Korei. Szkoda, że miałam pecha, ponieważ z powodu mgły widziałam jedynie biel, co przypominało bardziej lot w chmurach, niż jazdę po szosie. Mgła swoja drogą stanowiła sympatyczne zjawisko, idealne do fotografii, co było raczej trudne zważywszy na przemieszczanie się autem. Tak czy inaczej nadchodzi pora deszczowa i więcej takich dni. Odebrałam kolejną partię zdjęć, więc enjoy the photos!

Say kimchi and smile!



I kimchi w praktyce



Welcome to Jagalchi Fish Market



Początek bez hard core'u



Octopus...



and at close-up



Morskie robale, czyli real sea worms...




Jedna ze świątyń od spodu



Tombs in Tumuli Park, Gyeongju



W trakcie sesji na blokowiskach



Neighborhood 1



Neighborhood 2



And finally different buildings



...and me

Friday, 19 June 2009

Dzień 18: Gyeongju i kulinarne endorfiny

Kulinarne endorfiny dostarczone podczas dzisiejszego obiadu w Gyeongju zmotywowały mnie do napisania kilku słów. Ostatnimi dniami trochę pracowałam i tłumaczenia software'u komputerowego typu bezprzewodowe karty sieciowe tym bardziej nie zachęca do paraliterackich produkcji na blogu :)

W tym tygodniu przyznaję niewiele się działo, miałam mały zastój w przemieszczaniu się (z wyjątkiem fotografowania sąsiednich blokowisk) i w zasadzie kursowałam na szlaku centrum młodzieżowe - dom (o ile mogę tak określić obecne miejsce pobytu).

Za to dziś wraz z państwem Kim pojechałam na wycieczkę do Gyeongju, czyli byłej stolicy królestwa Silla. W latach świetności, tj. w VII-X wieku n.e. poczet obywateli wynosił około miliona a doniesienia o koreańskim królestwie dobrobytu pojawiły się nawet w Egipcie. Ze względu na doniosłość historyczną i okazałe zbiory archeologiczne Gyeongju stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Korei Południowej. Warto jeszcze dodać, że oprócz spuścizny królestwa Silla (czyli Gyeongju National Park z grobowcami królewskimi i kompleksu Gyeongju National Museum), w Gyeongju znajduje się jedno z najstarszych na świecie obserwatoriów astronomicznych Cheomseongdae (bagatela z VII w.), grota Seokguram oraz buddyjska świątynie Bulguksa (pierwsze koreańskie pamiątki, które zostały wpisane na listę UNESCO).

Do Gyeongju pewnie jeszcze wrócę, a już na pewno do restauracji sambap. Sambap to sposób jedzenia ryżu polegający na tym, że nakładasz ryż na liść kapusty, glona czy innej zieleniny, dodajesz warzywa, kimchi i inne przystawki, zwijasz i jesz.
Najpierw zobaczyłam swojskie wnętrze wypełnione starymi przedmiotami gospodarstwa domowego, różnymi sprzętami, wystrój tzw. graciarni. Potem moim oczom ukazały się niskie stoły przy których się siedzi po turecku a na koniec cały stół zapełnił się kilkunastoma przystawkami z przewagą czerwieni (chili!!!). A później się wyłączyłam nie mogąc nasycić oczu widokiem tylu barwnych przystawek (90% wegańskich!) i podniebienia.... Nowe miejsce na mojej koreańskiej mapie spożywczej!

Na koniec ucieszyłam się jeszcze takim oto widokiem: Starsza sprzedawczyni ulicznego jedzenia siedząca pod tęczowym parasolem, na głowie chusta z wzorem muchomora i całość dopełniona kiczowatym koreańskim disco 80's.... Mistrz! Zdjęcie czeka na wywołanie a ja na kolejną wizytę w Gyeongju!

Poniżej fragment bloga w wersji tureckiej przetłumaczony przez mojego tureckiego kolegę, Buraka (tak, to prawdziwe imię i nawet odważyłam się mu wyjaśnić, co oznacza w języku polskim), a przy okazji zagadka dla Was: który fragment bloga został przetłumaczony? Pierwsza osoba otrzyma upominek z Korei:)

"Bugün çocuklar birinci toplantıda i... oldu uff, sürece iyi düştü! Biraz korkuyorum eğer emin wypali işbirliği Annyeong at Korece benim bilgi-haseyo (Merhaba) ve İngilizce çok az bilgiye dayalı. Bu iki kız da, sanki hiçbir şey hiç İngilizce,
nasıl tahmin öğrenmek için malzemeleri taramak oldu bizim ofis, gelmeye başladı İngilizce sürümünü ananas, vb Sonra grubu adresi, başladı ve ben nasıl buraya (Yogi) olduğu öğrenilen bir ve (dżogi). Bilgi ve kapasite Çocuk rozbroiły bana anlayış sakin ve elbette görüntü altında küçük marjı ('s meyve salatası yapıyorlar böylece geçirilmesi!)"


Dorzucam jeszcze kilka niepublikowanych wcześniej zdjęć.

Całkiem straightedge'owy przekaz na busańskiej plaży





Widok z okna 2



W gruncie rzeczy przejście dla pieszych na skrzyżowaniu to dobry pomysł, ponieważ w w tym samym momencie piesi z każdej strony mają zielone.



Gazebo



DEAR BURAK! THANKS A LOT FOR TRANSLATION!!!

Sunday, 14 June 2009

Dzień 13: KKK: Kocham Koreańską Kuchnię




AAA! Niedawno wróciłam z bodajże najlepszej kolacji mojego życia. Moje trzewia nadal radośnie tańczą walca z ryżowym deserem, sojowymi pysznościami i herbatą śliwkową a ja wprost nie mogę się nacieszyć kulinarnym odkryciem roku. Dzisiejsza kolacja przebiła palisadki z Vegan Thai w Londynie, muzułmański posiłek w Aleppo i wegański, szwedzki stół w Wiedniu. Od chwili gdy zobaczyłam tę radosną feerię barw na dwóch, długich stołach i kilkadziesiąt przystawek, nie schodzi mi uśmiech z twarzy. Nie wiedziałam od czego zacząć, więc po kolei: trochę sojowych steków, jakieś czerwone kulki, potem warzywa obsmażane w panierce, panierowany kotlet, dwa rodzaje kimchi, glony, ciasteczko ryżowe, kimbob.... Potem zupa glonowa z noodlami, deser ryżowy, mrożone lichi, herbata śliwkowa.... W którymś momencie straciłam rachubę oddając się błogiej przyjemności kosztowania po kolei każdego ze specjałów, i jedno jest pewne: że chcę tam wrócić! Namiary wzięłam i z tego, co się dowiedziałam, jest to restauracja dla buddystów, w całej Azji są podobne wege miejsca, gdzie za niewielkie pieniądze można się delektować wege pysznościami.

Poniżej dokumentacja wizyty w restauracji specjalizującej się w tofu:

Mile zapowiadająca się wystawa (nawet, gdy jest plastikowa):



Przystawka



Finally.. Zupa Master Tofu



Z innej beczki. Dziś byłam na „World Famous Fish Market Jagalchi. Come, Buy and Eat”.
Dokładnie taki był napis na bramie wejściowej i przyznaję, że jest to świetnee miejsce do robienia zdjęć, sprzedawcy, dziwne stwory w miskach i akwariach, ale.... nigdy nie widziałam tyle zwierząt przeznaczonych na rzeź w jednym miejscu. A już tym bardziej zwątpiłam, jak zobaczyłam obdartego ze skóry, żyjącego jeszcze i poruszającego się węgorza czy rozrywanego na żywca kraba. Jasne, ryba czy inne morskie stworzenie nie krzyknie, nawet okiem nie da znać, że go boli, ale czy to znaczy, że to zwierzę, nie ma nerwów? Ma prymitywny system nerwowy i nawet abstrahując od tego czy odczuwa ból czy nie, to odzieranie na żywca ze skóry jest totalnie niehumanitarnym, okrutnym aktem. Dlatego tym bardziej się dziwię jak ktoś, to uznaje się za wegetarianina wpuszcza na swój talerz „owoce morza”. Czy ryby rosną na drzewach? Pokaż mi takie drzewo.

A swoją drogą nie wiedziałam, że ludzie jedzą nawet morskie robale, który wyglądają jak chodzące jelita z czułkami. Więcej na:
http://en.wikipedia.org/wiki/Sea_worm

Tyle atrakcji na jeden dzień, jutro idę w plener (blokowiska...).

Friday, 12 June 2009

Dzień 11: I developed my photos!!!

Świeże i gorące niczym dopiero co ugotowany ryż, w dodatku w cenie niższej niż w Europie, i przy tym w takiej samej jakości:) Architekturę na razie pominę, ta zasługuje na odrębny wpis, a więc...

Koreański chaos









Niektórzy się w nim dość dobrze odnajdują



Lampiony w pobliżu świątyni buddyjskiej



W tle Busan Tower



Przed sezonem







Mali Koreańczycy i małe Koreanki









Kończę robakami... Smacznego!

Thursday, 11 June 2009

Dzień 10: Kamchatka Town

Współpraca z dzieciakami chyba się rozkręca, wczoraj na przykład dostałam oklaski za to, że potrafię napisać swoje przezwisko po koreańsku, a co więcej - dostałam prezent w postaci gumy do żucia. Dzieciaki co prawda znają się na zwierzętach, kolorach i owocach, ale jak przychodzi kolej na czytanie, to już jest gorzej... W języku koreańskim nie występuje głoska "f", więc nagminnie czytają "f" jako "p" i w ten sposób powstaje ‘pox’ (swoją drogą ang. ‘pox’ to nasza 'ospa') zamiast ‘fox’ i ‘Prance’ zamiast ‘France’. A poza tym chłoną wiedzę jak gąbka i uwielbiają gry (zwłaszcza bingo), więc przygotowywani się na zajęcia obraca się wokół wątku 'Hm, czym by ich dzisiaj zaskoczyć...'

Dzisiaj wybrałam się do parku Yongdusan, w którym znajduje się Busan Tower oraz dwie gazebo, czyli coś, co dla nas wygląda jak pagoda, ale w odróżnieniu od pagody ma tylko jedno piętro. W jednym z gazeb znajduje się tradycyjny koreański dzwon, którym dzwoni się 33 razy na przywianie Nowego Roku. Poza tym park ten, jak chyba wszystkie inne parki na świecie zresztą, spełnia funkcję wypoczynkową, więc zawsze jest w nim sporo staruszków zalegających w cieniu drzew i dzieci malujących wieżę, gazebo lub drzewa w parku.
Przy okazji odwiedziłam galerię i wystawę drewnianych modeli łodzi. Nothing is better than being nerd.

Cieszę się, że pojechałam sama na ten mały trip po mieście, ponieważ ludzie z miejsca inaczej się do Ciebie odnoszą, są bardziej ośmieleni, zagadują Cię, dzieci wołają ‘How are you?’ i takie wydarzenia sprawiają, że z odwiedzonych przez mnie krajów Korea plasuje się najwyżej w kategorii najsympatyczniejszy kraj i jego mieszkańcy. Początkowe wrażenie było pozytywne i w zasadzie każdego dnia dostaję tego potwierdzenie, choćby prozaiczna sytuacja, gdy jestem w sklepie spożywczym i kasjerka rzuca cenę a ja ni w ząb nie rozumiem, to wiem, że uśmiechem naprawię sytuację, i dostanę odwzajemniony uśmiech (Ach, ci obcokrajowcy, mylić Annyeong-haseyo z Annyeonghi-gaseyo!).

Udałam się również do czegoś, co zowie się China Town, tudzież Shangai Street. Teoretycznie jest to chińska część, ale swoim jestestwem dała mi raczej mętne pojęcie o Chinach. Chińskich napisów nie uświadczysz, za to rosyjskie jak najbardziej... Automat na kawę z napisem Кофе, w oknach Компьютер PC (oznaczenie kafejki internetowej) czy pojawiające się gdzieniegdzie napisy Камчатка. W okolicy widziałam samych azjatów mówiących po rosyjsku, więc podejrzewam, że byli to przybysze z północnych Chin, gdzie używa się rosyjskiego; tak czy inaczej w moim mniemaniu z China Town zrobiło się Kamchatka Town.

Jedzenie...

W Korei wrócił mi apetyt na tyle, że zawsze jem najwięcej ze wszystkich, przy okazji rozsypując jedzenie dookoła. Swoją drogą pałeczki stanowią nie lada wyzwanie i frajdę zarazem, zawsze coś skoczy na talerzu, kartofel spróbuje łyżwiarstwa figurowego na stole, a kimchi sprawdzi, czy aby na pewno zawsze spada na cztery nogi (chyba bardziej na cztery liście). Może i kiedyś wyrośnie ze mnie Chopstick Master, ponieważ w Korei jest nie lada ostry trening w postaci metalowych pałeczek, a dodatkowo ryż na śniadanie, obiad i kolację. No mercy. Ale czuję się lepiej mając świadomość, że codziennie jem ryż (na zmianę z makaronem ryżowym), glony, dużo soi i świeżych warzyw. I oczywiście fermentowane kimchi, jakże by inaczej. Moje europejskie kubki smakowe podpowiadają mi, że tutejsze jedzenie jest nie dosolone, ale tylko spożywcza fatamorgana. Celowym zabiegiem Koreańczyków jest solenie ryżu tylko odrobinę, ponieważ dodając glony czy liście sezamu równowaga soli w posiłku jest zachowana. Zapomniałam o pikantnych przyprawach (chili master), które pozytywnie wpływają na metabolizm. Kuchnia Koreańska to azjatycki mistrz! Wiem, że jak tylko wrócę do Pragi, to wybiorę się do jednej z koreańskich restauracji, aczkolwiek wiem, że kuchnia danego narodu w kraju a poza nim to jak Polonia w Chicago a Polacy w kraju

Kontynuując wątek kulinarny, w przypływie nagłego głodu odwiedziłam jedną z tanich jadłodajni. Mile mnie zaskoczyło menu po angielsku, co nie zmieniło faktu, że kelnerka po angielsku nie mówiła. Wskazałam więc na danie i powtarzając "No meat, no egg" byłam przekonana, że niestety, ale tym razem będzie coś na mnie patrzeć z miski... Pani okazała się na tyle wspaniałomyślna, że zrozumiała moje przestraszone spojrzenie i przyniosła wyśmienity, 100% roślinny, gorący bibimbap na stół. Niceee...
Właśnie, kilka słówek związanych z jedzeniem:

비빔밥 Normalny bibimbap po koreańsku
돌솥 비빔밥 Tym razem bibimbap na gorąco, czyli Dolsot Bibimbap
Gim, czyli moje ulubione, prasowane glony do zawijania ryżu 김
김치전 I jeszcze nowo poznany rodzaj kimchi, czyli kimchi obsmażane w mące, mniej pikantne niż zazwyczaj.

Na dziś wystarczy, jutro uderzam z aparatem w kierunku okolicznych blokowisk i zaczynam tłumaczenie tekstu o specyfiku powiększającym biust (!). Best translation ever!

p.s. Karta zamówienia w restauracji, zakreślasz i potem wygrywasz danie, prawie jak w totolotku.

Monday, 8 June 2009

Dzień 7: Annyeong-haseyo Ms Emi!

Dziś miałam pierwsze zajęcia z dzieciakami i... uff, wypadło chyba dobrze! Trochę obawiałam się, czy aby na pewno wypali współpraca opierająca się na mojej wiedzy o koreańskim na poziomie Annyeong-haseyo (Dzień dobry)i ich nikłej znajomości angielskiego. Zaczęło się od przyjścia dwóch dziewczynek do naszego biura, które jak gdyby nigdy nic zaczęły przeglądać nasze materiały do nauki angielskiego, zgadywać jak jest po angielsku ananas itd. Po czym zaczęłam zajęcia ze swoją grupą, i przy okazji nauczyłam się jak jest tutaj (yogi) i tam (dżogi). Dzieciaki rozbroiły mnie swoją zdolnością pojmowania wiedzy przekazywanej w języku opanowanym w tak niewielkim stopniu, poniżej obrazek z zajęć (Let's make fruit salad!):



Imiona moich podpiecznych to:
- Hwang Se Ra
- Kang The Mi
- Kim Jong Yoon
- Oh Su Min
- Iim Ju Mhan
- Yang Hym Mo
i An Bo Sun

Na razie ich nie pamiętam, ale leżące obok kartki mają mi pomóc w szybkim opanowaniu :)

Udało mi się zrobić zdjęcie Ginger Soy Drink, tak więc...



I cała rodzinka (włączając napój sojowy z zieloną herbatą, ze zbożami oraz serek tofu marchewkowy):



Na koniec jeszcze przewyśmienite glony. Wykorzystuje się je do zawijania ryżu lub jako chrupką, słoną przekąskę. Tak wyglądają pod światło:



Dziś byłoby na tyle, trochę jestem zmęczona a muszę jeszcze zrobić korektę tłumaczenia. Annyeonghi-gaseyo! (Bye!)