Tuesday, 29 December 2009

... po bandzie

Marcinie aka Hubercie: Pojechałeś po bandzie mówiąc kolokwialnie.
Poza opublikowania tekstu o mnie i HitchhikeTheEdge, Marcin prowadzi bloga o boksie, jazzie i sami sprawdźcie czym jeszcze:

http://hubertdia.blox.pl/html



As you see in the picture above, a close friend of mine simply went over the top. He posted few words about my person and this tiny blog you're reading now. No comment.

Thursday, 24 December 2009

O Al Hasnie, panie bałwanie i ryżu krótkoziarnistym

Znalazłam. Wpadłam na nią niemal przypadkiem. Nie przypuszczałam nawet, że ją kiedykolwiek zobaczę w Pradze. Akurat w sercu Europy tak po prostu ją odnajdę. Al Hasneę... Czyli ten właściwy i jedyny powód, dla którego piję kawę. Kawę syryjską. Kawę z kardamonem. Z obfitą dawką kardamonu, sięgającą do 20% zawartości opakowania.
Al Hasnaa uśmiecha się tajemniczo z zielonego opakowania, co chwilę mrugnie okiem, a zaraz potem przechyli czarkę z kawą. Automatycznie nasuwają się wspomnienia z Syrii. Te uśmiechy, zaciekawione spojrzenia rzucane ukradkiem, jedna z kawiarni przy suku Al Hamidiyeh. Sierpniowy ukrop spotęgowany żarem spływającym z nieba. Wrzaski dzieciaków biegających w kółko, kolorowe chusty i kawa. Gorąca, aromatyczna kawa.

Okazuje się, że naprawdę niewiele trzeba, aby dodać magii dniu powszedniemu. Takiemu jak ten chociażby, kiedy cała Praga, od wschodu do zachodu, północy i południa, spowita jest szarawą, zbrudzoną resztką śniegowych oparów. Za oknem ohydna smogowa mgła, krótki mówiąc paskudny, obmierzły wymiot jak okiem sięgnąć.
Magia zatrzymała się na 4 piętrze cytrynowo-limonetkowej kamienicy przy ulicy Nezamyslovej. Okupuje to miejsce już od ponad godziny i tak długo tu pozostanie, jak długo z głośników będzie się sączyć Sigur Ros a lampa będzie przepuszczać w kółko leniwe, wesołe bąble.

Z innej bajki, raczej lodówki w tym przypadku. Alicja podesłała mi prześliczne wprost zdjęcia swojego nowego przyjaciela, którego uratowała jak tylko zaczęła się plucha za oknem. I teraz Pan Bałwanek smacznie leżakuje sobie w zamrażalce czekając na lepsze, zimowe dni. Hi5!


by Alicja.

W zasadzie 'dziś' to dzień odkryć. Kolejnym zjawiskowym objawieniem okazało się niezwykle prozaiczne gotowanie ryżu. Nie mając pod ręką fachowego 'rice cookera' ciężko jest ugotować ryż krótkoziarnisty (inaczej 'ryż kleisty', choć to określenie przywodzi na myśl leguminę) tak, aby poszczególne ziarenka przylegały do siebie a zarazem aby nie unosiły się w kleistej, skrobiowej otoczce. I oczywiście aby ryż nie przywierał do garnka. O dziwo wspomnienia z dzieciństwa wybawiły mnie z ryżowej opresji. Otóż babcia ma w zwyczaju zawijać ugotowany w garnku ryż w ręcznik a następnie wsadzać go pod kołdrę. Dzięki temu ryż nabiera doskonałej konsystencji, krótko mówiąc 'dochodzi'. Ziarenka się lepią, nie powstaje zjawisko skrobiopłynu czy przypalania się garnku.
I dzięki tej prostej babcinej metodzie nauczyłam się dziś coś nowego. Gotować ryż.



Sunday, 20 December 2009

z jak zima. z jak zło.

zima mnie zamraża od środka. obezwładnia do tego stopnia, że chodząc po ulicach czuję się jak kawał sztywnego, wykrochmalonego płótna naciągniętego na krosno malarskie, na którymś ktoś wymusza naukę chodzenia. krok za krokiem. zima w kościach, zima w bucie i zima przeszywająca palce. i nachodzi mnie myśl, że oto nadszedł moment, kiedy moje palce przymarzły do skarpetek, a te do obuwia, a obuwie do zlodowaciałego chodnika.
nienawidzę zimy, śniegu, bałwanów i śnieżek.
nienawidzę telepania się na przystanku, przeskakiwania z nogi na nogę i upartego poprawiania czapki i dwóch kapturów na niej, aby co najbardziej uniemożliwić wdzieranie się mrozu do ciała przez dziurki w uszach i w nosie.
........................................................................
Zdjęcie poniżej pochodzi z Casablanki, Maroko.
Zdaje się, że zostało zrobione przypadkiem i całkiem fajnie trzyma się kompozycji 1/3 vs. 2/3. Poszarpane trakcją kolejową niebo kontrastuje z białym płotem. Za płotem dają o sobie znać marokańskie slumsy. Niewykończony dom, blaszana rudera i nagminne (ponoć) w tym kraju anteny satelitarne. Podoba mi się jak obecność szaroburych budynków i anteny burzą kompozycję linii poziomych na fotografii.
Prostota i totalny brak estetyzmu miejskiego.


Photo by Magda (or Eduardo)

Sunday, 6 December 2009

Murakarazm

W nawiązaniu do Haruki Murakamiego i marazmu listopadowego. Studiuję Kronikę Ptaka Nakręcacza i z zadziwieniem spoglądam na przedostatnią stronę, która zawiera pełen wykaz przetłumaczonych książek tegoż autora. Nie wiem czy sięgnę po wszystkie z nich, póki co zanurzam się w świecie codziennego absurdu. Niekoniecznie japońskiego.

Absurdu dnia powszechnego. Zwyczajnych, codziennych sytuacji. W sklepie, w metrze i w stołówce. W aucie promotorki, w trakcie mojego pierwszego seminarium magisterskiego. Miało być normalnie, w gabinecie, a skończyło się na konsultacjach w podejrzanie zaparkowanym aucie w jednej z uliczek odchodzących od rynku. Po 21.
W praskim mieszkaniu, kiedy sąsiad Aguilera (ponoć nawet utrzymuje więzy rodzinne z tą Aguilera) wparował do mojego pokoju z Samsonem (terier szkocki maści białej) i swoimi dwoma 'podopiecznymi' w wieku gimnazjalnym. Godzina 20, jak okiem sięgnąć ciemność rozświetlona nikłym światłem lamp ulicznych, 4 piętro, strome poddasze, a on chce się dostać przez dach do swojego mieszkania, ponieważ po raz kolejny zatrzasnął drzwi. Wysłał na misję jednego z 'podopiecznych'. O dziwo udało mu się pokonać dystans między dwoma oknami bez upadku. 2 m wszerz i jakieś 30 m w dół.
---------------------------------------------------------------

Schronisko dla zabawek: Mr Bean Teddy Bear. Dworzec Świebodzki we Wrocławiu.
Głowę stracił samoistnie, ale już jest na miejscu.

Sunday, 8 November 2009

Co nowego w Korei Południowej?

Ostatnimi czasy w ręce wpadło mi kilka filmów made in 대한민국.
I zdecydowanie polecam film 'Bez tchu'(Ddongpari/똥파리)w reżyserii Yang Ik-Joon
Film dość ciężki, przesycony brutalnością i piętnem przemocy domowej. Główny bohater dorastał w obliczu ojca tyrana i sam kieruje się zasadą pięści w życiu codziennym. Spotyka na swojej drodze uczennicę liceum, która jak się okazuje też przywykła do twardych zasad. Film jest przeplatany scenami agresji i bezsilności. O ile od samego początku odczuwasz niechęć i potępienie dla głównego bohatera (grany przez reżysera) to w trakcie rozwijania się akcji budzą się w tobie pozytywniejsze uczucia względem niego. I kiedy ma nastąpić oczekiwany pozytywny zwrot akcji, następuje dramat.
Po tym filmie doznałam catharsis. Nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam film, który w tak doszczętny sposób by mnie wciągnął. Poczułam się jak po praniu mózgu i cholernie smutno zarazem. Dobra porcja kina, która zwraca uwagę na jedną z patologii szargających tak Koreę, jak i resztę świata.



Kolejno trzy tytuły, które w jakiś sposób były dla mnie interesujące.

Heundae(해운대) w reżyserii Yoon Je-kyoon.
Żadne tam ambitne kino, ot perspektywa tsunami w Korei, wciąganie w losy bohaterów i rodzinne tragedie wynikłe z katastrofy naturalnej. I kilka wątków humorystycznych, nawet w samym epicentrum tragedii, co jest dość nietypowym zabiegiem. Dla mnie film ten ma znaczenie przede wszystkim sentymentalne, ponieważ od początku do końca został zrealizowany w Busanie. Fajnie było zobaczyć miejsca, gdzie spędzałam czas, jak choćby most Gwangan czy okolice tytułowej plaży Heundae. Gdzie godzinami przesiadywałam w kafejce Tom'n'Toms z moim przyjacielem, gdzie prowadziliśmy rozmowy o życiu i gdzie robiłam z siebie totalnego głupca. Plus za sentyment i efekty specjalne (mogło być gorzej).



Speedy Scandal (과속스캔들/Kwa-sok-seu-kaen-deul) reż. Kang Hyung Chul.
Komedia którą z nudów zaczęłam oglądać w samolocie powrotnym. Niestety było lądowanie a ja nie zdążyłam obejrzeć film do końca. Czy było warto ściągać film? Było. Komedia z nietuzinkowym motywem, fajnie wkradająca się w koreańskie realia (i w tym tkwi siła tego obrazu). Już zawrotny plakat informuje, że jest śmiesznie. Warto wrzucić dla relaksu.



Spin kick (돌려차기/Dolryeochagi)
, reż. Nam Sang-gook.
Film polecany przez kolegę, który trenuje narodowy sport Korei, taekwondo (no, kłóciłabym się czy obok taekwondo drugim narodowym sportem nie jest przejęty od amerykanów baseball, patrz Busan Lotte Giants).
Historia z rodzaju 'od zera do sukcesu'. Kilku opryszków z liceum dostaje propozycję nie do odrzucenia i w zasadzie są zmuszeni do wzięcia udziału w corocznych zawodach taekwondo nie mając oczywiście żadnego pojęcia o tej sztuce walki. Brzmi płytko, ale nie jest. Film pokazuje ducha sportu, ducha porażek i wygranych. Wciąga i rozśmiesza zarazem.



------------------------------------------------------
Poza tym chciałam zaprezentować dwa teledyski prosto od Wonder girls. A więc lecimy...





W piosence numer dwa pojawia się jedno z moich ulubionych słów czyli BABO 바보. Niemniej nie chodzi o wołacz od słowa 'baba'. Babo oznacza tyle co 'silly': niemądry, głupkowaty. Streszczając słowa piosenki, to odnoszą się do chłopaka, który nie umie zbytnio zrobić pierwszego kroku.
Nie spodziewajmy się zbyt wiele, po prostu 'the song is so cute and catchy, the dance steps are equally cute too' jak możesz przeczytać na oficjalnym (?) blogu zespołu (http://wonderfulgeneration.blogspot.com).

Po prostu K-Pop.

----------------------------------------------------

Na koniec kilka niepublikowanych wcześniej zdjęć.

Chingu: O psie, który jeździł skuterem.
To jest Chingu (tłum. przyjaciel). Najfajniejszy pies jakiego do tej pory spotkałam w swoim życiu. Skory do zabawy, ekstremalnie sympatyczny i jeździ na skuterze (z właścicielką, żeby nie było).





Jeju-si czyli Jeju City.





Impresje z promu powrotnego. Spałam w tej śmiesznej sali typu open space, z około 60 ludźmi obok, którzy tak jak ja spali na tych pokracznych kanciastych poduszkach (i na podłodze). Powrót wypadł na dzień moich urodzin, który był dla mnie wyjątkowo szczególny. Po raz pierwszy w życiu miałam okazję kąpać się w ocenie. Prawdziwym, wielkim ocenia, który zawsze sprawiał takie wszechogarniające wrażenie, a tym czasem fale może i miały wyczuwalną, ukrytą moc, ale były w zasadzie niskie i leniwe. I jedyne co przynosiły z sobą, to małe meduzy usiane czarnymi plamkami po środku. Plamki to zły znak, ponieważ im ciemniejsza meduza tym więcej trucizny skrywa w mackach. I pływając miałam tę niekończącą się wizję, że płynę i szast prast meduza osiada mi na twarzy zostawiając 30-dniowy ślad (czerwone pręgi) i cholerne pieczenie.
Obyło się bez macek. Był za to totalny chill out na plaży, podziwianie ukształtowania terenu na wyspie (te spadki... góra, dół, góra i dół...)i mega zabawna konwersacja na promie przeciągająca się w odśpiewanie koreańskiego happy birthday i przedziwną nasiadówę z studentami busańskiej polibudy.

lampa-schody-lampa. Właśnie tak.







hyundai-hyundai-hyundai.



Na koniec wymieniane już dziś Heundae. Najbardziej znana koreańska plaża, przodująca w ilości parasolek. Tu akurat parasolka sponsorowana przez Home Plus, tzn. koreańska odnoga Tesco. Ale to historia na inny post.



No tak...


photo by Hoon.

Wednesday, 4 November 2009

This is Bill.



Otwieram pierwszą część cyklu 'Toy Shelter'(Schronisko dla zabawek).
Pytanie do publiczności: kogo przypomina Bill?
Podpowiem, że chodzi o postać z popkultury.
---------------------------------------------------------
I'm opening first part of series 'Toy Shelter'.
Question for the audience: who does Bill resemble?
I will prompt that this figure is from popculture.

Toy Shelter jest inicjatywą non profit prowadzoną przeze mnie.
Zbieram zabawki porozstawiane po kątach lumpeksów. Stoją takie w kącie, opuszczone, poniszczone i przez nikogo niechciane. Zawsze trafiam na jakichś freaków. Choćby taki Bill. W niedługim czasie kolejne odsłony wesołej gromady.



Gratulacje dla NYHC.

Tuesday, 27 October 2009

quid te non necaverit, certe confirmabit

W ciągu ostatnich dni miało miejsce kilka wydarzeń, które układają się w puzzle 'jest gorzej niż źle'. Tak mimochodem. Mam za sobą 12 godzin maszerowania w tę i we w tę z brudnymi talerzami, lampkami od szampana i jedzeniem niczym rasowa kelnerka podczas bankietu dla 250 dentystów w luksusowej restauracji. Opowiadanie o tym doświadczeniu niedługo. Tym czasem czeski hit z cyklu classic 80's inspirowany muzyką z 'Niekończącej się opowieści', na który natrafiłam przypadkowo podczas wspomnianej powyżej całonocnej warty z tacą w ręku.

Michal David – Děti ráje

"S láskou kráčíme jak blázni létem,
den je bez problému, náš je čas,
stále se nám nechce stát a stárnout,
víme, co říct, když se ptáte nás.

Ref:Nám to vyjde, co chcem máme, s větrem v zádech počítáme,
máme vůli, nám to vyjde, všechno vyjde nám,
nám to vyjde, máme zájem, nejsme zlí, jsme děti ráje,
dětem ráje, těm to vyjde, jako vám, tak nám. "





Wąsy pierwsza klasa. Układ taneczny okupiony długimi godzinami praktyk.
Dla zainteresowanych tematem:

www.diskografie.cz

Saturday, 17 October 2009

Korea, wciąż Korea.

'Jak cudownie, że wspomnienia zostają. Nikt ich nie zabiera. Wszystko zostaje w głowie.'

Kasiu, dzięki za te słowa. Korea wytrwale i natrętnie okupuje moją głowę. Codziennie powraca w postaci przeglądanych zdjęć, oglądanych filmów a przede wszystkim słuchanej muzyki. I choćby byłby to pop dla nastolatek, przesycony różem i gadżetami, nasiąkam jak gąbka. Wyniki poniżej plus dwa linki dla zainteresowanych tematem.

http://hallokorea.exteen.com/

http://www.koreanmovie.com/


Dwa razy Girls' Generation znane również jako SNSD (czyli akronim imienia So Nyeo Shi Dae)oraz F.T. Island czyli "The name F.T. Island stands for 'Five Treasure Island', each of the five members being a treasure". Nie mam żadnych pytań.







Monday, 12 October 2009

Korea, my sweet Korea



I do like this picture.
Its dynamism, space, frame.
I’m not a good photographer and my photos suffer from lack of ‘space’, perspective, however I find something catchy in this particular photo.
Something I was looking for a long time.
Even tough faces are lit in an ugly, shadowy way (the picture was taken around 2pm), and colours are not perfect, I still enjoy looking at it.
This photo does not only remind me of great time I spent in Korea.
And it's not only presents how busy is typical university area in Seoul.
It also shows how chaotic are Korean streets, with their colorful, garish signboards, lights, many cafés, bizarre crossroads...
I tend to look for chaos in my surroundings and in this fleeting, particular moment I managed to catch a bit of it. By chance of course.
The blue sky, the girl lost in thought, the man in the background, who is pulling funny face.

All these fragments will always remind me about my last day in Korea, when I was riding a bike whole day long, taking pictures and, I must shamefully admit, doing last ‘cute’ shopping. Cute Korea, my sweet Korea.

Few pictures from my last day.















[tak, to są ubranka dla psów]






P.S. Today I was deeply moved by my Korean friend. He did very simple and meaningful thing for me. Sometimes the simplest gestures are the most valuable. I will never forget it. Thank you Hoon!

Monday, 5 October 2009

(Korean) Party animal

02.02: Powinnam iść spać, ponieważ jutro muszę wcześnie wstać (oficjalny koniec wakacji - początek roku akademickiego na Karlovce), ale natrętnie przesłuchuję Lollobrigidę, mój nowy nabytek na dysku D (thanks a lot Nikola and Vojkan!!!).
A zatem... Elektro Punk prosto z Hrvatska:



http://www.myspace.com/vislollobrigida


Wczoraj obchodziłam oficjalną imprezę urodzinową. Była plastikowa korona i magiczna różdżka. Był współlokator nerd i crustowiec z Tajwanu. Nie zabrakło koreańskich hitów i dr Spiele (jak kicz to po całości). I wreszcie była masa wegańskich smakołyków. Nie mam pytań. Zwłaszcza po tym, jak zobaczyłam nasze domowe Honzatko pląsające w rytm Boney M.



Dziś ponownie 'oslava narozenin', tym razem znajoma Czeszka organizowała małe party. I jeszcze kilka innych tego typu wydarzeń w przeciągu ostatniego tygodnia. Zastanawia mnie ten fenomenalny wręcz wzrost mojego uspołecznienia. Party zwierzyna rodem z Korei jak nic.

Monday, 28 September 2009

Zpátky v Praze. Tohle je můj svět.

Wróciłam na stare śmieci, na Nezamyslovą, na Nusle, po prostu do Prahy, mojej Prahy.
Ostatnimi czasy moje życie znów przyspieszyło, trip na Bałkany, potem kilka szalonych dni we Wrocławiu. Zaganianych dni wypełnionych spotkaniami ze znajomymi i zdobywaniem rzeczy na wyjazd do Pragi. Czasem tracę kontakt z internetem, z blogiem i po prostu płynę pochłonięta przez chwile TU i TERAZ. Na razie mam wakacje od pracy, tłumaczeń i studiów. Za tydzień zacznę coś z sobą robić, wrócę do pracy w hotelu, zamieszczę ogłoszenia o tłumaczeniach i rozejrzę się za ciekawymi zajęciami na Karlovce (dla niewtajemniczonych: Uniwersytet Karola). Dziś jeszcze wakacje i wspomnienia z Bałkanów.

Od kuchni: Jedna z lepszych szarlotek, jakie jadłam (Belgrad)




Kačkavalj smakuje niczym ser "od kozy", choć jak widać poniżej jest "od soji"



Blimp polubił Knjaza...









Czas na Nikona F50. W wersji black and white. Belgrad i to, co mnie ostatnio fascynuje w architekturze. Paneláky.











I Tila. Belgradzki psi debeściak.

Thursday, 17 September 2009

Jak zeSplitowac Mostar?

Bedac w Korei poznalam malzenstwo z Ameryki, ktore bylo wrecz zniesmaczone Podgorica, stolica Czarnogory. Niewiele z tego wtedy zrozumialam, ale teraz juz wiem. Mimo calej otwartosci i postawy open-minded, nie znalazlam po prostu nic w tej, hm, stolicy. Co prawda byla jedna stara wieza, pod ktora chcielismy skonsumowac obiad i w przeciagu sekundy pojawil sie lokalny pijaczyna z pytaniem o chleb, chipsy, a nawet zaprosil na piwo.
Anyway, skorzystalismy z zaproszenia przyjemnej pary z Belgradu, ktora wczesniej nas wziela na stopa, i tak oto wyladowalismy w Barze. Nie takim normalnym barze z piwem, wodka i zakaskami, ale w portowej miejsowosci o tej niezwykle uroczej nazwie. Przypomnialy mi sie wakacje spedzane na wsi: stare, drewniane okna, maly pokoj, psy-przylepy i totalny relaks od rana do wieczora. Dzien spedzony na plazy, jakis spacer, jakas nektarynka po drodze... Zasiedzielismy sie dwa dni i dzis w koncu udalo sie nam na zebrac na stopa w kierunku Bosni i Hercegowiny (i docelowego Mostaru). No, z tym stopem to roznie bylo, w polowie polaczony z autobusami i road hikingiem. Koniecznosc, ktora napotyka kazdy autostopowicz\ka. Tym razem wyszlo ponad 13 km marszu i popisalam sie po drodze poprawna polszczyzna... No coz. Gdzies po drodze stwierdzilismy, ze troche malo czasu mamy na Bosnie, wiec zostala Chorwacja. I Split, do ktorego zawiozla nas ekipa wracajaca z wyjazdu sluzbowego. Wielki fart po niemal godzinnym lapaniu na granicy.
Jutro plaza. Ostanie szanse plazowania przed nadchodzaca jesienia i permanentnym brakiem morza w Czechach ;)

Friday, 11 September 2009

Antifa fest w Zrenjinie

Siedzac z belgradzkimi punkami i pijac kawe zbieramy sie na festiwal Antify w Zrenijnie. Mieszkanie tutejszych scenersow wyglada jak sklot, i gdyz nie ma szans na zalozenie sklotu w Belgradzie. Masa zinow, kaset i trampolina. Udalo mi sie sforografowac 3 smutne budynki dosc silnie przypominajace belgradzka przeszlosc. Choc moze nie bylo w Jugoslawii tak tragicznie jak sie nam wmawia. Jak mowi Vojkan, moj gospodarz CS, Jugoslawia byla silna, ludzie nie narzekali na zycie, tolerowali rozne wyznania w ramach tego wielkiego panstwa. I potem sie zaczelo kilka dlugich lat wojny, rozrywania kraju na czesci. Jutro po festiwalu ruszam w kierunku Czarnej Gory, poki co looking forward to antifa. Read you soon!

Wednesday, 9 September 2009

Srbija

Po powrocie z Korei nie moglam sie ogarnac i w koncu pisze. Z Serbii. Dokladnie z Belgradu, ktory dzisiaj wrze z powodu meczu pilki noznej Serbia vs. Francja. Serbowie tlumnie odwiedzaja cerkwie pod wezwaniem Sw.Sawy z nadzieja, ze bedzie wygrana. Poza tym zycie plynie spokojnie, staruszki graja w szachy w parku Kalamegdan, a mlodziez przechadza sie prospektem Kneza Mihailova. A ja zaraz uciekam do kwatery moich nowych znajomych z CS, Vojkana i Nikoli by bacznie sledzic mecz:)




Autentyczna radość. Cały Belgrad oglądał mecz, tu akurat ludzie stali przed piekarnią, w której był telewizor i relacja na żywo ze stadionu.



Sunday, 30 August 2009

Dzień 93: Seul rowerowo. Seoul hardcorowo

Trzy ostatnie dni w Korei i zarazem trzy ostatnie dni w Seulu. W sobotę trafiłam na koncert hard core'owy, w zasadzie z 6 kapel, 4 grały niemal to samo, ale i tak się cieszę, że tam trafiłam. Że zobaczyłam moshujące Koreanki, koreańską zabawę w tłumie i byłam w świetnym klubie, w zasadzie w piwnicy przerobionej częściowo na klub.
Trafiłam również do Loving Hut, prześwietnej restauracji wegańskiej. Ceny przystępne, i Sweet Coffee Soy Latte... Brak pytań.
Jutro wylot, więc kończę. Dopiszę już w PL...

Friday, 28 August 2009

Dzień 90: Ostatni dzień w Busanie :(

"Bye, bye Busan, bye, bye" parafrazując jedną z wczesnych piosenek Madonny. Ostatni dzień w tym świetnym mieście. Mieście moich inspiracji i niekończących się wzgórz.
Pożegnanie z dzieciakami i moim koreańskim przyjacielem, któremu dużo zawdzięczam. Ostatni hang out po Seomyeon, okolicach Gwanagli beach. I ostatnia herbata w Tom'n'Tom's Cafe. Nostalgia, wiem. Jestem typem człowieka, który przyzwyczaja się do miejsc, ludzi, nawet przedmiotów i potem rozpamiętuje często odwiedzane miejsca, spotkanych ludzi...
Jutro Seul, koncert, kilka ostatnich szans na spotkanie Koreą.
Ostatni Koreański hicior - Tohoshinki.

Tuesday, 25 August 2009

Dzień 87: Jeju...

Nie przypuszczałam, że Jeju Island aż tak mnie zauroczy. Przez 3 dni pobytu jeździłam na rowerze, motorze, autostopem a nawet skorzystać z autobusu i podziwiać kunszt kiczowatego wystroju. I po raz pierwszy w życiu miałam okazję pływać w oceanie, dokładnie w dzień moich urodzin.

Ale od początku. Prom z Busanu do JejuSi. Naiwnie liczyłam na to, że w trzeciej klasie będzie łóżko czy chociaż materac. Zero materaca (za to dostałam prostokątną, niewygodną poduszkę), spanie w pokoju typu open space i 40 osobami wokół. 11 godzin przekręcania się z jednego boku na drugi, przypadkowego stykania się stopami z pozostałymi śpiącymi. W Korei istnieje inne pojęcie dystansu między ludźmi. Podchodzą blisko, stoisz w kolejce i ktoś chucha Ci na szyję, w metrze siedzisz w ścisku między babcią w daszku a dziewczyną w kwadratowych okularach typu "telewizor".

Wróćmy do Jeju. Moja pierwsza myśl: Jak tu zielono! Klockowata architektura mieszająca się z zielonymi połaciami parku, który pnie się hen hen wysoko ponad inne budynki. Miałam prosty plan, aby pozwiedzać muzea, odwiedzić jedną z plaż i w końcu wylądować an beach party u mojego gospodarza z CouchSurfing. I kiedy tak rozmyślałam jak ułożyć plan wycieczki, natrafiłam na wypożyczalnię rowerów. Błysk w oku i już jechałam na czarno-żółtym pogromcy szos. Po drodze mały przystanek na śniadanie w okolicach skały Yongdu-am, która wyglądem przypomina ziejącego ogniem smoka. I przy okazji wszystko w okolicach się rusza. Schodzę w dół po skałach i miga mi przed oczami. Poprawiam okulary i nadal miga. Przybrzeżne skały są obsiane małymi żyjątkami, które z braku nomenklatury nazywam Szybkochodami. Tak więc Szybkochody mają motorek w jednym z 8 odnóży i dzięki temu jak tylko wyczują, że zbliża się jakiś obiekt, w ciągu sekundy chowają się w szczelinach.

Rower zawiózł mnie do ciekawego photo spot i słyszę za plecami "Hello". I w ten sposób poznałam dwóch rowerzystów, których spotkałam wcześniej na promie: Jongmin i Dohyun. I stanęło na tym, że pojadę wraz z nimi na Hyopje Beach. Po drodze fotografowanie, podziwianie widoków z ścieżki rowerowej tuż przy samym morzu i moja wywrotka na asfalcie. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że mózg wydał rozkaz "Do przodu", zaś ramiona rządziły się swoim prawem i chciały skręcić kierownicą w lewo. I jako rezultat braku subordynacji wylądowałam pod rowerem śmiejąc się do rozpuku.

Ścieżki rowerowe na Jeju to mistrzostwo. Wokół całej wyspy (jak również w poprzek) ciągną się ścieżki rowerowe. Nic tylko pożyczyć rower z jednej z licznych wypożyczalni i zrobić trip wokół wyspy, czyli około 300 km. I jest to dość popularny sposób na odkrywanie Jeju. Po drodze natknęłam się na dziesiątki Koreańczyków i Koreanek przemierzających wyspę na rowerze tudzież na skuterze.

Raj dla rowerów, raj dla mnie. Niemal płaski teren i wiejskie krajobrazy na zmianę z widokami na morze. I po drodze statuetki Dolharubang, tzn. kamiennego pradziada, który stoi na straży każdej z wiosek. Obecnie jest to jeden z głównych symboli wyspy, reprezentuje ducha mieszkańców Jeju, którzy mimo trudności życia na wyspie (np. w przeszłości niedostatki pitnej wody i konieczność wędrowania po nią około 20 km, co było zadaniem kobiet nota bene), potrafili im sprostać i stawić czoła.

Hyopje Beach pozytywnie zaskoczyło. Błękitną, przezroczystą wodą i czarnymi skałami okalającymi ją. Czarne skały to nic innego jak powulkaniczne pozostałości. Całe Jeju to jeden wielki nieczynny wulkan i kamieni pod dostatkiem. Więc od wieków kamień był głównym budulcem domów, płotów i wspomnianych statuetek Dolharubang.

Ale wracając do Hyopje. Byłam urzeczona. Mała plaża, kolor wody, niemal biały piasek... Nie wiedziałam, że tego dnia czeka na mnie jeszcze lepsza plaża. Plaża wypisz wymaluj z katalogu Neckermanna. Ale najpierw musiałam się dostać z powrotem do JejuSi (Jeju City - jedno z dwóch głównych, i zarazem jedynch miast na wyspie; reszta to mniejsze lub większe wioski), co stanowiło nie lada eksploatację moich mięśni. W zasadzie dystans 60 km nie jest niczym szczególnym, aczkolwiek pedałowało się ciężko z powodu upału. Po prostu nie nastawiłam się na takie wyczyny tego dnia, i czasem z trudem musiałam przymusić się do dalszego pedałowania.
Z językiem na wierzchu dotarłam do miasta i jakimś cudem udało mi się złapać właściwy autobus do Gimyang Beach. A nawet z przesiadką! I poznałam przemiłego Koreańczyka, rozmawiając z nim po rosyjsku (mocno połamana ruszczyzna z mojej strony) od słowa do słowa zaproponował pomoc, kiedy będę w Seulu. Anioł. Podróżując spotykasz takie Anioły, które oferują pomoc, wyciągną Cię z tarapatów, gdy potrzeba. Nieznajomi a jakby bliscy niż nie jeden ze znajomych. Może Anioł to mocne słowo, ale powołując się na jedną z książek, pojęcie to świetnie oddaje charakter sytuacji, kiedy obcy człowiek bezinteresownie Ci pomaga, niczym anioł właśnie.

I w ten sposób trafiłam na beach party. Wokół sami Amerykanie, Kanadyjczycy, oczywiście wszyscy uczą angielskiego w szkołach. Chyba nie do końca łapię kontakt z takimi ludźmi, może przez trywialność rozmów, ale byli sympatyczni. Co rusz wskoczyłam do wody i płynąc w kierunku zachodzącego słońca myślałam o tych wszystkich drobnych chwilach, kiedy szczęście przeszywa Cię do samego szpiku kości. Kiedy masz ochotę śpiewać, skakać i tarzać się w piasku.

Trochę rozmawiałam z Philem, moim gospodarzem, który zaoferował mi niekonwencjonalny jak na CouchSurfing "Couch": spanie w namiocie. Rano ponownie boska plaża, pływanie żabką, "na meduzę" (znaczy na plecach i powolne ruchy niczym meduza), i przypalanie się na słońcu. Ta...

This is Jeju....