Friday, 22 December 2017

Życie kontrolerki

Ponownie minęło kilku miesięcy od ostatniego wpisu i TYLE się działo. Wpadłam w wir... pracy (niestety nie wydarzeń, bo moje życie społeczne, a już w ogóle podróżnicze wyparowało). Po spróbowaniu sił w mało stymulującym post roomie i jakże udanym bezrobotnym sierpniu, od września wzięłam się (dosłownie!) do pracy.
Oficjalnie dołączyłam do grona KONTROLERÓW* (w polskiej wersji to chyba dyspozytor/-ka, niepotrzebne* skreślić) i już bez żadnego zająknięcia tak się przedstawiam, gdy ktoś pyta czym się zajmuję. W mojej poprzedniej roli nawet nie aspirowałam do tego tytułu, ot kontrolowałam w porze lunchu, rano i wieczorami, brakowało mi jednak pewności siebie i tej kropki nad i. Za to teraz wysyłam mejle z, a jakże, dumną stopką, która zawiera moje imię i nazwisko, nazwę firmę a przede wszystkim tytuł OPERATIONS CONTROLLER tuż pod nazwiskiem. Ha!
Po trzech miesiącach próbnych nie tylko nie straciłam pracy, ale co więcej nadal mi się podoba i całkiem jaram się tym, co robię. Jak to określił pewien menadżer kilka szczebli nade mną 'Cóż, to, że praca daje Ci tyle frajdy jest dodatkowym plusem. THAT'S GREAT'.
Frajda jest, ale tuż za nią czai się inny rodzaj stresu, niż znam, przemęczenie i... zaraz o tym, skupmy się na pozytywach.
 
Tak więc mam przed sobą trzy ekrany a na nich nasze oprogramowanie, mejle, WhatsApp Web, dwa okienka z chatem obsługi klienta, kilka plików Excel i praca mija mi na przełączaniu między ekranami, czyli jak to zwykłam mawiać – płacą mi za bycie ośmiornicą. Oprócz ekranów, wirtualne macki ogarniają dwa telefony, ponad stu kurierów na skuterach i dodatkowo dwóch koordynatorów. Po raz pierwszy mam team, którym zarządzam i to ja podejmuję główne decyzje w trakcie zmiany. Co ciekawe kontroluję poczynania nie tylko londyńskich kurierów, ale też tych z Manchester, Birmingham. a ostatnio nawet Glasgow i Edinburgh. Nie muszę znać topografii tych miast, ponieważ moje zadanie to monitorowanie czy dostawy jedzenia przebiegają tak jak powinny a nie, w odróżnieniu od standardowej kontrolki, gdzie układam zlecenia w tzw. runy. Dodatkowym plusem jest to, że nie muszę rozmawiać z klientami i firmami, które bookują kurierów, wszystko jest rozwiązywane przez tzw. strony trzecie i mogę skupić się tylko i wyłącznie na ekranie ze zleceniami na teraz, czyli LIVE SCREEN. 
Cóż, tak to wygląda w teorii, w praktyce niestety ciągle mnie ktoś rozprasza, często mam za mało koordynatorów, co z kolei przekłada się na zostawanie po godzinach, aby nadrobić z pisaniem mejli, raportów i innym adminem. Od pierwszej wypłaty zawsze wyrabiam nadgodziny i potem z miłym zaskoczeniem sprawdzam stan konta.
Zmiany są dość drastyczne, ponieważ trwają po 12 godzin 7 dni pod rząd. Wiem, wychodzi 84 godzin tygodniowo bez przerw obiadowych, ALE za to w następnym tygodniu mam wolne i mogę pojechać na mini wakacje bez potrzeby korzystania z urlopu. Teraz na przykład wybrałam należny tydzień wolnego i de facto przez trzy tygodnie siedzę w domu na płatnym urlopie. 
Wielu znajomych powtarza mi, że to mordercze zmiany i nie dali by rady pracować w takim systemie. Cóż, też tak myślałam, moje pierwsze cztery dni na tych obrotach były ciężkie, ale człowiek posiada zdolność przyzwyczajenia się do niemal każdych warunków,ja mając perspektywę tygodnia wolnego dla siebie, od połowy zmiany w czwartek ślizgam się z górki w kierunku całego tygodnia laby.  

Stres. Jest to inny rodzaj stresu niż ten na normalnym 'curcuicie', związany jest np. z niewystarczającą ilością koordynatorów w ciągu dnia lub z mniejszą ilością kurierów niż na w rozpisce. Przy czym jak już ktoś się nie pojawia, wymyśla nieziemskie wręcz wymówki, czasem nawet wyłącza telefon i potem dziwi się, że ściągam go z grafiku na najbliższych 5 dni. A już najlepiej jak wysyłam zmiany na przyszły tydzień i zaczyna się lament kurierów, że to za mało godzin (przy czym delikwent został obdarowany 65 godzinami w tygodniu!), że nie ten kod pocztowy ('nie chcę pracować na Wood Green bo tam byczki na skuterach z maczetami jeżdżą, wolę Stoke Newington', na co odpieram „Wiesz co, ciekawa sprawa, bo kurierzy z Wood Green mówią mi dokładnie to samo o Stoke Newington' – i bądź tu mądry/-a) albo mój ulubiony „Nie zamierzam dojeżdżać 10 mili do tej restauracji!” Wiesz co, tutaj w biurze wszyscy dojeżdżamy, niektórzy z Essex albo Hemel Hampstead (około 40 km od Londynu), to niby mamy przenieść siedzibę biura dla tej osoby?”.
Czasem mam wrażenie, że jestem taką ptasią matką, która przynosi glizdy do gniazda i każdy pisklak woła za mną 'ja, ja, nie zapomnij o mnie' i jakbyś nie wiadomo jak wychodził/-a ze skóry, nigdy ich nie zadowolisz. Nie wspominając, że poziom skarg z którymi muszę się zmierzyć na co dzień nie odbiega poziomem od tych w przedszkolu. Im więcej słyszę skarg, bardziej wzruszam ramionami. Chociaż nie, stosuję zasadę mojej równości, czyli w jakiś sposób wynagradzam tych kurierów, którzy nie są malkontentami, zawsze okazują się pomocni (np. nie skarżą się jak ich przeniosę do innej restauracji), mogę na nich polegać i generalnie dzięki nim moja zmiana przebiega bez turbulencji.
 
Czasem śmieję się, że moja praca jest czarno - biała, czarny tydzień kiedy jestem w pracy i biały, kiedy mam wolne. Czarny, bo jak pracuję to wypadam z obiegu i niczym typowa korpo mrówka żyję w trybie wstać - pracować - spać - wstać - repeat i tak przez 7 dni. 7 dni nieoczekiwanych zmian, czasem wyluzowanych, czasem spiętych od 11.01 do 23.01 bez przerwy na obiad a czasem zdumiewająco rozrywkowych, kiedy jeden z kurierów wysyła mi zdjęcia w kasku i swojego skutera, zbombardowanych jajkami z okazji Halloween. Mój biały tydzień zaczyna się od nienastawiania budzika w poniedziałek, potem kawa, książka, joga, powoli regeneruję system. Mam czas na spotkania, na chodzenie do galerii, na dobrobyt zarządzania swoim czasem w efektywny sposób 
Moja kolejna zmiana wypada na okres między Świętami i Sylwestrem, czyli będę pracować mniej godzin i od 1 stycznia mam tydzień wolnego, a potem, potem to już biało - czarne 7 dni in, 7 dni off... do kolejnej przrwy trzytygodniowej ;)
 
 

Thursday, 24 August 2017

Szukania pracy ciąg dalszy

Dzisiaj miałam urodziny, stuknął mi kolejny, tym razem 'ezoteryczny' numer i w zasadzie nic to nie zmienia. Ze względów praktycznych mało przywiązuję uwagę do urodzin, ba!, nawet porzuciłam tradycję tzw. self-prezzie. 
 
Jestem BezРаботна prawie od miesiąca i moje beztroskie dni mijają głównie na szukaniu pracy. Stwierdziłam, że powinnam podążać kierunkiem Logistics Coordinator, ponieważ to potrafię i jest szansa dalszego rozwoju w tym kierunku. Zatem codziennie wklepuję Logistics/ Coordinator/Assistant i Controller w te same wyszukiwarki na LinkedIn, Reed.co.uk, Indeed a nawet Gumtree. Przetrzebiłam już niemal wszystkie ogłoszenia, co ciekawe jednak, zauważyłam, że Koordynator Logistyki to takie pojęcie parasolka i obejmuje role od dyspozytorki, poprzez wypisywanie faktur, organizację palet a nawet wysyłanie sprzątaczek i elektryków w miejsca, gdzie są akurat najbardziej potrzebni. Czasem znajduję idealne ogłoszenie, aplikuję i.. i nic, nie odzywają się. A jak już się odzywają i idę na rozmowę, to okazuje się, że praca jest nisko płatna albo w wymiarze 50 - 60 tygodniowo (is this even legal???) i kończysz o 23.00 na zadupiu Londynu albo i mało płatne i mało stymulujące (przykład: full time despatch assistant gdzie rozkładasz płyty winylowe na półkach lub wyławiasz płyty i przygotowujesz zamówienia...). 
 
W międzyczasie ogarniam naprawy w domu (nowa podłoga w łazience!), przykręcam szafki, wymieniam żarówki, podmalowuję tu i ówdzie, generalnie wszelkie naprawy okołodomowe bardzo mnie pochłaniają i sprawiają sporo frajdy, w zasadzie chętnie poszła bym w tę stronę i została tzw. dekoratorką i trochę złotą rączką.
Chodzę również na jogę, czytam książki i doskonale swoje umiejętności w Words With Friends czyli odpowiednik Scrabbles (sigh...). Z jednej strony staram się wycisnąć jak najwięcej z mojej laby, z drugiej jednak brakuje mi zajęcia i ustalonego rytmu dnia. Niestety, samodyscyplina jest prosta w teorii, w praktyce często płata figle. Tyle moich rozważań na dziś, wracam do: 
 

Monday, 14 August 2017

Mexico black and white

   Untouched, unphotoshopped, raw b&w Fomapan 100 film roll.














Wednesday, 26 July 2017

Long time no write

Trudno uwierzyć, że nie pisałam tu od ponad roku. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy miałam świetny pomysł na posta tudzież rewelacyjne przemyślenia, które na koniec schowałam do szuflady. Miałam w planie chociażby opisać to jak fajnie jest być bez pracy i jaka to ulga odejść ze znienawidzonej (niemal! Choć nienawiść to mocny termin, którego staram się unikać) firmy. To było w marcu, później nastąpił celabracyjny wyjazd do Meksyku i na koniec po dwóch tygodniach okupowania kanapy, praca znalazła mnie sama.

No właśnie, miało być tak pięknie, blisko, nienajgorzej płatnie i przede wszystkim w znanym biznesie kurierskim... Wyszła z tegoprzedmiotowa rola ograniczająca się do wklepywania w system prywantnych paczek, umieszczania ich w szafce a następnie wydawania korpoludkom, których hobby to przede wszystkim zakupy online. Na nic moje doświadczenie, pasja związana z nazewnictwme ulic, co najwyżej miałam szansę zabookować komuś kuriera. Do tego doszedł szef rodem z kreskówki Family Guy, rubasnzy grubasek z seksistowskim poczuciem humoru i co najgorsze, sinusoidą humorów, w zależności od pozionu stresu serwuje głupie żarty, nabija się z innych lub zdyszany lata po pokoju rzucając F*CKami co drugie słowo. 

Drugi współpracownik przypomina syna Pettera Griffina ze wspomnianej kreskówki, Chrisa. Też przy tuszy, wszystko przyjmuje bez pośpiechu, byle wolniej, byle się mniej zmęczyć, tudzież zrzucić obowiązki na mnie. Kolejny współpracownik to wiecznie sfrustowany, wiecznie na telefonie z Fedexem (firma kurierska), powtarzjąc w nieskończoność, że tym razem to już na pewno pzrestanie korzystać z ich usług międzynarodowych. Powtarza też, że ludzka głupota go dobija, że kurierzy go dobijają, że de facto to jest takim sfrustowanym perpetuum mobile. Ostatni członek tej dysfunkcyjnej rodziny to tzw. dyfuzor, elokwentny, oczytany i w tym całym szaleństwie, jedyny relatywnie spokojny element w tej sfrustowanej mozaice charakterów.

                              

Trzy tygodnie temu powiedziałam DOŚĆ tej sytuacji, wolę dobrowolnie zrezygnować ze stanowiska i szukać lepszego zajęcia. Uff! Zostało mi dwa dni, od poniedziałku jestem wolnym człowiekiem, szukającym wymarzonej pracy. No właśnie, ale jakiej? Nie wiem co chcę robić, ale wiem co potrafię, i (to zabrzmi najwinie) że chciałabym pracować z nazwami ulic i kodami pocztowymi, po części kierując się zapoczątkowana fascynacją tym tematem w trakcie studiów (ach ta słynna praca magisterska nt. semantycznej motywacji nazw praskich ulic...).

Także, pozdrowienia z kanapy i rychłego przeczytania.


Sunday, 17 July 2016

Kontrolerka tudziez dyspozytorka tudziez co mi spedza sen z powiek

Ponownie przebudziłam się w środku nocy. Przewracając z boku na bok, nie mogę odepchnąć uporczywego problemu na dalszy plan... Komu przydzielić to parszywe N18 na samej górze ekranu Waiting Screen'u (tzw. Zlecenia jeszcze nieprzydzielone).

Od jakiegoś czasu taki właśnie koszmarek prześladuje mnie w środku nocy: jedno ze zleceń z jakiegoś trudnego kodu pocztowego typu E4, N22 czy SE25 pozostaje nieprzydzielone, ja nie mogę zdecydować się komu je sprzedać, wskazówki zagarka tykają... Ten absurdalny wyścig z czasem ściga mnie nawet w trakcie weekendu. Wychodzi pewne zboczenie zawodowe podsycone godzinami skumulowanego stresu w tzw. Control roomie, czyli kontrolce. Kiedyś już chyba wspominałam, że pracuję w firmie kurierskiej na telefonach, zaś od grudnia awansowałam na wychodzoną przez siebie pozycję Right Hand Person, tudzież Assistant Controller (Asystentki Dyspozytora).

Zakres moich obowiązków można ująć jako: ułatwianie pracy dyspozytorowi, rozwiązywanie problematycznych dostaw typu 'jestem pod drzwiami, odbiorcy nie ma w domu' lub 'przyjechałem po kopertę, a do odebrania jest pudło dla vana') doradzanie klientom i telefonistom z tzw. ETA, czyli Estimatetd Time of Arrival, naciąganie faktów - 'Kurier jest w drodze!', 'Tak, tak, jest już niemal za rogiem', wiedząc, że jeszcze co najmniej 15 minut minie, zanim dojedzie... choć to Londyn jest, więc zawsze można zrzucić na słabe warunki atmosferyczne, korki i czasem zawrotne odległości.

Przyjmuję też na klatę rozżalonych, wkurzonych i często totalnie pasywno-agresywnych Brytyjczyków (napiszę wyraźnie – w Wielkiej Brytanii zjawisko niestety nagminne), czyli sprzątam brud powstały w trakcie świadczenia usług kurierskich, które nawet przy najlepszych chęciach czasem wymskną się spod kontroli z powodu np. strajkujących pracowników TFL-u (Transportation For London, czyli nasze MPK), urodzin królowej, pogrzebu Thatcher itp.

Tyle teorii, w praktyce dzień mija Ci szybko, koktajl różnych osobowości podjudza rzucanie żartów w pracy i jest to nawet całkiem fajna robota wymagająca stałego kontaktu z ludźmi i umiejętności pracowania pod gigantyczną wręcz presją. Czasem jednak kontrolka robi się gęsta jak budyń z powodu nagromadzonego stresu, przekleństw rzucanych pod adresem klientów, kurierów i czasem innych pracowników, no i potu spływającego z palców stukających szaleńczo po klawiaturze. Dobra, trochę przekoloryzowałam w tym miejscu. Czasem stres tak Cię nakręca, że totalnie zapominasz, że oto jesteś na telefonie z ważnym klientem i wymyślasz jakieś straszne bzdury. Albo klient dzwoni z nieśmiertelnym z wyrzutami GDZIE JEST MOJA PACZKA?!?, ty starasz się skontaktować z kurierem, i ten akurat jest totalnie niekontaktowy, wyrzucasz z siebie Fu*cki, wank*ry i inne możliwe wyzwiska, by wyładować frustrację. 
 
Tak więc taka właśnie praca wypełnia mi dni, a wraz z nią jest jeszcze wisienka na torcie. Nazwijmy ją Natural Progression, jak to określił mój szef. Myśl, która pojawia się w głowie chyba każdego kuriera, a mianowicie, że po znudzeniu się kurierką zostanie dyspozytorem (będę w tym miejscu używać kalki językowej, czyli kontroler). Jak każdy wie, kontroler fajną robotę ma, siedzi w ciepłym, biurowym otoczeniu i zarabia kokosy. 
 
Czy rzeczywiście jest taka fajna robota? Zważywszy, że kontroler musi być niczym ośmiornica, czyli ogarniać wszystko ośmioma mackami, a konkretnie: pamiętać kto gdzie jest w i którą stronę jedzie, kto ma paczkę super rush i powinien pędzić, komunikuje się na bieżąco z resztą control room team i telefonistami, doradzając za ile zostanie odebrana paczka z City czy West Endu. Do tego dochodzi ciągła komunikacja z kurierami na radiu: 'Jesteś POB? (Package On Board) 'Odbierz EC3, EC4, zawołaj na radiu jak będziesz w W1, znaim zrzucisz ostatnią paczkę w NW10' ... Musi również czasem przemówić do rozsądku kurierowi, który nagle stwierdza, że ma dosyć na dziś i jedzie do domu; lub sprzedać zlecenie, które wywiezie kogoś na manowce. Kontrolując dbasz o dobro kurierów, firmy i zaspokajasz widzimisię klientów, a to wszystko w ciasnych ramach czasowych. Dochodzi do tego ciągłe przełączanie między ekranami ze zleceniami nieprzydzielonymi i tymi 'in progress', na kolejnym monitorze jest mapa pozycująca kurierów, która czasem zawodzi i nieaktualizuje się na bieżąco, więc tym bardziej musisz nadzorować na radiu, kto gdzie akurat się znajduje. Do tego dochodzi komunikacja smsowa, kurierzy wpadają do biura i zagadują i yadda yadda yadda, jesteś ośmiornicą na radiu.

Czujesz się jakbyś był/-a w centrum jakiejś skomplikowanej maszyny i wiesz, że wszystko spoczywa w Twoich dłoniach. Spada na Ciebie ogromna odpowiedzialność niczym głaz popychany przez jeszczę większą skałę. Aby okiełznać stres i adreanlinę klniesz, tłumisz to w sobie albo nadrabiasz postawą zen, jogą lub medytacją
 
Tak więc, chciałam obwieścić wszem i wobec, że oto od stycznia z mojej własnej inicjatywy i z zachętą szefostwa oraz pozostałych kontrolerów, szkolę się na kontrolerkę. The dream comes tru ktoś mógłby powiedzieć. W moim przypadku zawsze była fascynacja ulicami i kodami pocztowymi, czemu dałam wyraz w pracy magisterskiej poświęconej nazewnictwu ulic w Pradze, kolejno poszerzałam wiedzę o londyńskiej topografii w trakcie pracy na kurierce, a teraz doskonalam zrozumienie struktury pocztowej i nazewniczej Londynu, które to stanową esencję tej pracy. 
 
Rozwijam tę pasję, czując zarazem w środku, że generalnie jest to mocno zmaskulinizowana profesja. W swojej karierze kurierskiej miałam do czynienia z jedną kontrolerką, która zresztą była szefową firmy i jak na szefa przystało, kontrolowała nad wyraz kiepsko (obecny szef idzie tym samym tropem, byle by ekran wyczyścić.. ech..) . Zatem w pewien sposób przedzieram nowe szlaki i coś sobie, a może i innym udowadniam, zresztą wychodzę z założenia, że kontrolując, utylizuję kobiecą wielozadaniowość, więc ta rola jest wręcz szyta dla nas na miarę, drogie Panie!

Mam szczęście, że pracuję z Nigelem, który jest urodzonym kontrolerem, i potrafi np. przydzielać zlecenia z godzinnym wyprzedzeniem i (poprzez tzw. Pre-alokację, któa pozwala ułożyć na ekranie plan kto, co dostanie)i wysyłać je w precyzyjnym momencie, kiedy kurier akurat zrzuca paczkę. Nigel twierdzi, że kontrolowanie to gra, coś jak tetris, kiedy planujesz kolorowe klocki i czekasz na ten w tym samym kolorze, który jak w końcu spadnie, nabije Ci wysoki wynik. Tak więc Nigel jest moim wzorem i w tę stronę chcę pójść. W stronę spójnego, precyjnego kontrolowania i umiejętności podejmowania szybkich decyzji. 
 
Jak mi idzie? Pozbyłam się poczucia zamrożenia i cholernej tremy, które początkowo towarzyszły mi, kiedy siadałam na 'pudle' (z ang. 'to be on the box'). Teraz siadam na spokojnie, wiedząc dokładnie kto jedzie w jakim kierunku, na ile mogę polegać na poszczególnych kurierach, obstawiam na czas tzw. Prebooki (czyli paczki zabookowane z wyprzedzeniem czasowym, które z założenia powinny być odebrane na czas), brzmię pewniej i asertywniej na radiu (co ma nie lada znaczenie zważywszy, że mam pod sobą 17 latynosów i mieszankę 5 chłopaków na rowerach) i generalnie daję radę. Podejmuję w sumie ważne decyzje, planuję kursy i mam na uwadze to, że ktoś miał wczoraj kiepski dzień i dziś załuguje na specjalną uwagę. Czasem podejmuję decyzje, które nie do końca odpowiadają kurierom i malkontenci nie omieszkają skomentować tego głośno na radiu, czasem muszę grać na twardo i zgrywać twardzielkę, a innym razem wiem, że mogę sobie pozwolić na żarty. I tak się kręci na 'pudle'.

P.S. Powyższy post pisałqm na przestrzeni niemal trzech miesięcy, koszmary przestały mnie prześladować, trudne do obsadzenia zlecenia niestety nie.