Sunday, 17 July 2016

Kontrolerka tudziez dyspozytorka tudziez co mi spedza sen z powiek

Ponownie przebudziłam się w środku nocy. Przewracając z boku na bok, nie mogę odepchnąć uporczywego problemu na dalszy plan... Komu przydzielić to parszywe N18 na samej górze ekranu Waiting Screen'u (tzw. Zlecenia jeszcze nieprzydzielone).

Od jakiegoś czasu taki właśnie koszmarek prześladuje mnie w środku nocy: jedno ze zleceń z jakiegoś trudnego kodu pocztowego typu E4, N22 czy SE25 pozostaje nieprzydzielone, ja nie mogę zdecydować się komu je sprzedać, wskazówki zagarka tykają... Ten absurdalny wyścig z czasem ściga mnie nawet w trakcie weekendu. Wychodzi pewne zboczenie zawodowe podsycone godzinami skumulowanego stresu w tzw. Control roomie, czyli kontrolce. Kiedyś już chyba wspominałam, że pracuję w firmie kurierskiej na telefonach, zaś od grudnia awansowałam na wychodzoną przez siebie pozycję Right Hand Person, tudzież Assistant Controller (Asystentki Dyspozytora).

Zakres moich obowiązków można ująć jako: ułatwianie pracy dyspozytorowi, rozwiązywanie problematycznych dostaw typu 'jestem pod drzwiami, odbiorcy nie ma w domu' lub 'przyjechałem po kopertę, a do odebrania jest pudło dla vana') doradzanie klientom i telefonistom z tzw. ETA, czyli Estimatetd Time of Arrival, naciąganie faktów - 'Kurier jest w drodze!', 'Tak, tak, jest już niemal za rogiem', wiedząc, że jeszcze co najmniej 15 minut minie, zanim dojedzie... choć to Londyn jest, więc zawsze można zrzucić na słabe warunki atmosferyczne, korki i czasem zawrotne odległości.

Przyjmuję też na klatę rozżalonych, wkurzonych i często totalnie pasywno-agresywnych Brytyjczyków (napiszę wyraźnie – w Wielkiej Brytanii zjawisko niestety nagminne), czyli sprzątam brud powstały w trakcie świadczenia usług kurierskich, które nawet przy najlepszych chęciach czasem wymskną się spod kontroli z powodu np. strajkujących pracowników TFL-u (Transportation For London, czyli nasze MPK), urodzin królowej, pogrzebu Thatcher itp.

Tyle teorii, w praktyce dzień mija Ci szybko, koktajl różnych osobowości podjudza rzucanie żartów w pracy i jest to nawet całkiem fajna robota wymagająca stałego kontaktu z ludźmi i umiejętności pracowania pod gigantyczną wręcz presją. Czasem jednak kontrolka robi się gęsta jak budyń z powodu nagromadzonego stresu, przekleństw rzucanych pod adresem klientów, kurierów i czasem innych pracowników, no i potu spływającego z palców stukających szaleńczo po klawiaturze. Dobra, trochę przekoloryzowałam w tym miejscu. Czasem stres tak Cię nakręca, że totalnie zapominasz, że oto jesteś na telefonie z ważnym klientem i wymyślasz jakieś straszne bzdury. Albo klient dzwoni z nieśmiertelnym z wyrzutami GDZIE JEST MOJA PACZKA?!?, ty starasz się skontaktować z kurierem, i ten akurat jest totalnie niekontaktowy, wyrzucasz z siebie Fu*cki, wank*ry i inne możliwe wyzwiska, by wyładować frustrację. 
 
Tak więc taka właśnie praca wypełnia mi dni, a wraz z nią jest jeszcze wisienka na torcie. Nazwijmy ją Natural Progression, jak to określił mój szef. Myśl, która pojawia się w głowie chyba każdego kuriera, a mianowicie, że po znudzeniu się kurierką zostanie dyspozytorem (będę w tym miejscu używać kalki językowej, czyli kontroler). Jak każdy wie, kontroler fajną robotę ma, siedzi w ciepłym, biurowym otoczeniu i zarabia kokosy. 
 
Czy rzeczywiście jest taka fajna robota? Zważywszy, że kontroler musi być niczym ośmiornica, czyli ogarniać wszystko ośmioma mackami, a konkretnie: pamiętać kto gdzie jest w i którą stronę jedzie, kto ma paczkę super rush i powinien pędzić, komunikuje się na bieżąco z resztą control room team i telefonistami, doradzając za ile zostanie odebrana paczka z City czy West Endu. Do tego dochodzi ciągła komunikacja z kurierami na radiu: 'Jesteś POB? (Package On Board) 'Odbierz EC3, EC4, zawołaj na radiu jak będziesz w W1, znaim zrzucisz ostatnią paczkę w NW10' ... Musi również czasem przemówić do rozsądku kurierowi, który nagle stwierdza, że ma dosyć na dziś i jedzie do domu; lub sprzedać zlecenie, które wywiezie kogoś na manowce. Kontrolując dbasz o dobro kurierów, firmy i zaspokajasz widzimisię klientów, a to wszystko w ciasnych ramach czasowych. Dochodzi do tego ciągłe przełączanie między ekranami ze zleceniami nieprzydzielonymi i tymi 'in progress', na kolejnym monitorze jest mapa pozycująca kurierów, która czasem zawodzi i nieaktualizuje się na bieżąco, więc tym bardziej musisz nadzorować na radiu, kto gdzie akurat się znajduje. Do tego dochodzi komunikacja smsowa, kurierzy wpadają do biura i zagadują i yadda yadda yadda, jesteś ośmiornicą na radiu.

Czujesz się jakbyś był/-a w centrum jakiejś skomplikowanej maszyny i wiesz, że wszystko spoczywa w Twoich dłoniach. Spada na Ciebie ogromna odpowiedzialność niczym głaz popychany przez jeszczę większą skałę. Aby okiełznać stres i adreanlinę klniesz, tłumisz to w sobie albo nadrabiasz postawą zen, jogą lub medytacją
 
Tak więc, chciałam obwieścić wszem i wobec, że oto od stycznia z mojej własnej inicjatywy i z zachętą szefostwa oraz pozostałych kontrolerów, szkolę się na kontrolerkę. The dream comes tru ktoś mógłby powiedzieć. W moim przypadku zawsze była fascynacja ulicami i kodami pocztowymi, czemu dałam wyraz w pracy magisterskiej poświęconej nazewnictwu ulic w Pradze, kolejno poszerzałam wiedzę o londyńskiej topografii w trakcie pracy na kurierce, a teraz doskonalam zrozumienie struktury pocztowej i nazewniczej Londynu, które to stanową esencję tej pracy. 
 
Rozwijam tę pasję, czując zarazem w środku, że generalnie jest to mocno zmaskulinizowana profesja. W swojej karierze kurierskiej miałam do czynienia z jedną kontrolerką, która zresztą była szefową firmy i jak na szefa przystało, kontrolowała nad wyraz kiepsko (obecny szef idzie tym samym tropem, byle by ekran wyczyścić.. ech..) . Zatem w pewien sposób przedzieram nowe szlaki i coś sobie, a może i innym udowadniam, zresztą wychodzę z założenia, że kontrolując, utylizuję kobiecą wielozadaniowość, więc ta rola jest wręcz szyta dla nas na miarę, drogie Panie!

Mam szczęście, że pracuję z Nigelem, który jest urodzonym kontrolerem, i potrafi np. przydzielać zlecenia z godzinnym wyprzedzeniem i (poprzez tzw. Pre-alokację, któa pozwala ułożyć na ekranie plan kto, co dostanie)i wysyłać je w precyzyjnym momencie, kiedy kurier akurat zrzuca paczkę. Nigel twierdzi, że kontrolowanie to gra, coś jak tetris, kiedy planujesz kolorowe klocki i czekasz na ten w tym samym kolorze, który jak w końcu spadnie, nabije Ci wysoki wynik. Tak więc Nigel jest moim wzorem i w tę stronę chcę pójść. W stronę spójnego, precyjnego kontrolowania i umiejętności podejmowania szybkich decyzji. 
 
Jak mi idzie? Pozbyłam się poczucia zamrożenia i cholernej tremy, które początkowo towarzyszły mi, kiedy siadałam na 'pudle' (z ang. 'to be on the box'). Teraz siadam na spokojnie, wiedząc dokładnie kto jedzie w jakim kierunku, na ile mogę polegać na poszczególnych kurierach, obstawiam na czas tzw. Prebooki (czyli paczki zabookowane z wyprzedzeniem czasowym, które z założenia powinny być odebrane na czas), brzmię pewniej i asertywniej na radiu (co ma nie lada znaczenie zważywszy, że mam pod sobą 17 latynosów i mieszankę 5 chłopaków na rowerach) i generalnie daję radę. Podejmuję w sumie ważne decyzje, planuję kursy i mam na uwadze to, że ktoś miał wczoraj kiepski dzień i dziś załuguje na specjalną uwagę. Czasem podejmuję decyzje, które nie do końca odpowiadają kurierom i malkontenci nie omieszkają skomentować tego głośno na radiu, czasem muszę grać na twardo i zgrywać twardzielkę, a innym razem wiem, że mogę sobie pozwolić na żarty. I tak się kręci na 'pudle'.

P.S. Powyższy post pisałqm na przestrzeni niemal trzech miesięcy, koszmary przestały mnie prześladować, trudne do obsadzenia zlecenia niestety nie.

Tuesday, 14 June 2016

few snaps from past few months

Well, let's be honest about it. I find London utterly uninspiring and as the time passes, I take less and less photographs. No doubt London is full of action, great for street photography and offers this urban dynamics, so easy to capture BUT... there is something about this place that slows down my attempts.

Sunday, 21 February 2016

Polki Bez Granic

W zeszłym tygodniu otrzymałam e-mail od redakcji Wysokich Obcasów z informacją, że oto mój list zostanie opublikowany w wydaniu z 15 lutego. Strasznie miło mi się zrobiło, zważywszy na to, że list wysłałam w marcu 2015 i zwyczajnie wyszłam z założenia, że albo nie spełniał wymogów publikacji lub zaginął w lawinie listów.

Tak czy owak, wspomniany list dostępny jest  tutaj. Zapraszam do krótkiej lektury!

Szczerze mówiąc, gdybym teraz miała napisać list w ramach tej samej akcji, miałby on znacznie bardziej pozytywny wydźwięk. Czytając tekst z marca 2015 mam wrażenie, że towarzyszył mi kompleks pochodzenia, doprawiony dozą doświadczeń rzucających negatywny cień na całokształt egzystencji w Londynie. 

Zdecydowanie jestem teraz w innym miejscu, lepszym. Podjęłam decyzję o wyjeździe, i mimo, że data ciągle ulega zmianie, to raz zasiana idea zapuściła w korzenie, które z dnia na dzień umacniają swój byt. Powoli przesiąkam wiedzą na temat Wietnamu, nabywając pewności, że jestem w stanie odciąć londyńską pępowinę, zanurzyć się w zupełnie innym świecie i zdać się na to, co przyniesie kolejny dzień. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, jak rozpieściło mnie życie tutaj - zaspokajanie potrzeb materialnych, towarzyskich, ba, nawet dbanie o rozwój fizyczny i duchowy dzięki zajęciom jogi, które nie ukrywajmy, nie są bezpłatne. Myślę, że dojrzewam do wyjścia poza tę comfort zone, jak mówią lokalni tubylcy, i zdaję sobie sprawę, że im dłużej zagnieżdżę się tutaj, tym ciężej będzie się stąd wyrwać. 

Sunday, 7 February 2016

My Perfect Day in 10 Sentences

Mój pierwszy post od 2015 (mam ochotę napisać od 1999, aby podkreślić od jak dawna nie pisałam) będzie lakoniczny i treściwy. Ostatnio rzuciłam temat Mój Idealny Dzień i bez namysłu wyrecytowałam:

Pobudka koło 09.00, gdyż o wiadomo, że porannym słowikiem nie byłam, nie jestem i pewnie już nie zostanę. Poranne muesli, kawa, do tego czytadło książkowe lub Dużo Formatowe. Potem na spacer, bo spacerować lubię a przy okazji można pobawić się w postharcerskie odławianie skrytek w ramach GeoCachingu. Spacer oczywiście po drodze na jogę - Dharmę, Rocket lub inne Ashtangopochodne zajęcia. Po jodze mogłabym w spokoju studiować w domu, zgłębiać ciemne zaułki angielskiego, odświeżać mocno zakurzony czeski a być sięgnąć nawet po hiszpański? Pod wieczór ponownie joga lub przebieżka 5km, aby dostarczyć organizmowi trochę endorfin przed snem. Wieczorem do kolacji serial (Breaking Bad calutki obejrzałam, nowy The Walking Dead tuż za rogiem) i przed snem ponownie zanurzanie się w lekturze. 

I tak mógłby wyglądać mój każdy dzień, coś dla ciała, coś dla ducha, coś dla umysłu. Więc póki co spinam się i odkładam zaskórniaki, aby tak  zaplanowany dzień uskuteczniać w Pradze.


Sunday, 25 October 2015

Wnioski na jesień

Długo nie pisałam. Nie pisałam w sierpniu, nie pisałam we wrześniu, październik już prawie za pasem a ja dopiero zabieram się do pisania.
Ostatnie miesiące minęły pod znakiem jednostajnej rutyny, braku wakacji i braku lata, chociaż możliwe, że to ostatnie zwyczajnie przeoczyłam zamknięta w czterech biurowych ścianach. Tegoroczne wakacje są jednak w planie, wyjeżdżam w jakże niewakacyjnym listopadzie do równie niewakacyjnej i obowiązkowej Polski na coroczny maraton dentysty, okulisty i znajomych.

Dni dzielę na weekdays i weekends, czyli jak każdy mieszkaniec/mieszkanka Londynu odliczam dni byle do piątku, zaczynając od poniedziałkowej mantry Yeah, I'm all right, you know, Monday blues, w środę recytuję Halfway there, które przechodzi w czwartkowy Nearly there, aby ostatecznie w piątek iść do pracy w jakże motywującym nastroju Happy Friday everyone!
Nie dziwi chyba, że długo oczekiwane nadejście weekendu trzeba w odpowiedni sposób przywitać, więc jak tylko wybija clock-out, większość pracowników biur i pracowników w ogóle zmierza w kierunku pubów, aby następnie zalać pałę, wylewając się przy okazji z pubów na ulice.
Ja dla odmiany idę dobrze zjeść albo się z kimś spotkam.
Weekend to dla mnie przede wszystkim na czas na wyspanie się, czas na zajęcia jogi w środku dnia a nie o 20:00, potem zakupy na lokalny markecie, gdzie kupuję owoce i warzyw, aby następnie przerobić je na sok; czytam, oglądam, studiuję, ostatnio udało mi się nawet podrasować pokój, pobawić młotkiem i w ogóle mieć z tego fajne poczucie. Mam też czas dla kota, który w weekendy pląsa się za mną krok w krok, zwyczajnie potrzebując zabawy i towarzystwa. Tak zwyczajnie i tak doskonale zarazem.

Czuję, że znalazłam się w punkcie, w którym obecna praca stała się demotywująca, odtwórcza i w bezmyślny sposób kradnie najlepsze godziny w ciągu dnia w zamian oferując wypłatę niewspółmierną za poświęcony czas i użeranie się z recepcjonistkami z firm PR, które mimo, że zamawiają tego samego kuriera dzień w dzień, nadal nie wiedzą, ile czasu zabiera dostarczenie paczki z punktu A (zazwyczaj siedziba firmy) do punktu B (w 90% jeden z wydawców magazynów typu Cosmo, Vogue czy Grazia). Thick, dense, bimbo po prostu.

Pierwszy raz w życiu też rozumiem te wszystkie żarciki o szefie, który odgrywa rolę pana i władcy, a my jego plebsu, który ani się waży z nim polemizować czy podważyć jego decyzję. Jam jest Le Boss i będzie po mojemu.
I tak np. jakiś czas temu wylądowałam “na dywaniku” za to, że chodzę w biurze bez butów. Chodzę tak od niemal półtora roku, więc tym bardziej zaskoczyło mnie, że nagle naruszam tym słynne Health & Safety, mimo, że jak zaczęłam drążyć tema o jakie H&S mu chodzi, ten zaczął szukać pomocy w Internecie. Następnie zwalił to na tzw. wyczucie, aby po weekendzie wrócić do tematu z nowym powodem itp itd...
Dało to początek aferze Shoegate w naszej firmie, po której musiałam iść na kompromis, ale co rusz obśmiewam tę nową zasadę nie-zasadę za każdym razem rzucając “Shoes On!”, kiedy któryś ze współpracowników odchodzi od biurka.

Szczerze mówiąc, to siedząc na dole z szefem i słuchając tej paplaniny o obuwiu, myślałam tylko o tym, że nie chcę tak spędzić swojego życia, nie chcę być ani czyimś pracownikiem i wysłuchiwać takiego steku bzdur ani czyimś pracodawcą aby dawać takie trywialne wykłady. Nie chcę stracić życia wykonując coś bezwartościowego, bez żadnej satysfakcji oprócz wynagrodzenia, które i tak nie nie jest współmierna do czasu, jaki poświęcam. Nie chcę być trybikiem w tej machinie zależności mówiąc najprościej. Nie twierdzę, że chcę przestać pracować i bimbać całymi dniami, ale na pewno nie chcę utopić życia w takiej bezcelowości. 

Kiedyś chciałam zdać certyfikat na nauczycielkę angielskiego, po powrocie z Chin miałam na to oszczędzać i potem... i potem się rozmyło, pojawiła się 'poważna' praca, zero opcji na kontynuowanie praktyk nauczycielskich, i co najgorsze spadek motywacji i wzrost braku niepewności językowej. Teraz co prawda odkrywam, że zaczynam mówić jak współpracownicy, ba, w końcu dzień w dzień siedzimy w swoim sosie 9.5 godziny, więc naturalnie wyłapuję te wszystkie 'iffy, stroppy' i 'fucking fuck ducky' od tych moich gitów 50+.

Wczoraj jeden z gitów przywalił szefowi. Czyn był nieadekwatny do sytuacji i naprawdę nie rozumiem, czemu inteligentny facet sięgnął po zszywacz i cisnął go w szefa, aby podeprzeć walkę na argumenty słowne. Mimo wszystko całym sercem jestem z Johnem, który mimo całej szorstkiej skorupy, niewyparzonego języka i ciągłego napuszania się, zapunktował u mnie jako idealista reprezentujący bliskie mi wartości. Niecałe trzy tygodnie temu z kolei inny No Worries Nigel wybiegł z biura rzucając F*ckami w kierunku managementu. Stawiam na to, że będę trzecia i wręcz taką mam nadzieję, aby w końcu rzucić tym wszystkim (no, może nie zszywaczem!), spakować siebie, kota i po prostu wybyć stąd.